Dzień z życia... pracownika

Tutaj są wszystkie tematy, które nigdzie nie pasują. Jednak ciągle proszę nie zaczynać wątków w żaden sposób nie związanych z generalnymi założeniami tego forum.
MRC
Przyjaciel forum
Posty: 394
Rejestracja: 10-02-14, 20:57
Lokalizacja: Śląsk&okolica

Dzień z życia... pracownika

Post autor: MRC » 09-10-16, 13:23

Witam,
zapraszam Wszystkich na nowy cykl, w którym będę opisywał jak wygląda praca w poszczególnych zawodach.
Dla lepszego zrozumienia położenia z jakiego będę to czynił przypomnę że jakiś czas temu odszedłem zza wygodnego biurka, gdzie mając do dyspozycji telefon komórkowy, komputer i kluczyki od samochodu służbowego byłem częścią mechanizmu korporacyjnego. To co teraz robię można nazwać resetem korporacyjnym, sprawdzeniem siły woli i hartu ducha oraz niekonwencjonalnym fitnesem dla ociężałego od siedzącego tryby pracy ciała. Wszystkie poniższe doświadczenia są z pozycji człowieka o którym Elektryczne Gitary napisały piosenkę Jestem z miasta... to widać słychać i czuć.
Mam nadzieję że dzięki przelaniu na strony internetu kilku ze swoich historii pomogę wielu ludziom w obraniu takiej a nie innej drogi kariery czy to w odniesieniu do wakacyjnego wyjazdu do pracy sezonowej czy też i w kwestii wyboru ścieżki zawodowej.

MRC
Przyjaciel forum
Posty: 394
Rejestracja: 10-02-14, 20:57
Lokalizacja: Śląsk&okolica

zielono mi...

Post autor: MRC » 09-10-16, 16:27

Czy kiedykolwiek ktoś z Was zastanawiał się ile pracy ludzie wkładają w wytworzenie tak łatwo dostępnych na regalach sklepowych rzeczy?
W poniższym tekście rozpatrzę przypadek pewnej rośliny doniczkowej.

Dwa dni wcześniej...
Otrzymuje telefon z agencji pracy w której jestem od pewnego czasu zarejestrowany z propozycją pracy na krótki okres czasu (firma ma duży kontrakt i sporo pracy do wykonania w bardzo krótkim okresie czasu, której nie są w stanie samodzielnie poczynić pracownicy którymi dysponuje pracodawca) na plantacji kwiatowej. Po krótkiej rozmowie przystaję na podane mi godziny pracy jak i wynagrodzenie.

Pierwszy dzień pracy...
Pierwszego dnia pracy stawiam się kwadrans przed rozpoczęciem nowego wyzwania zawodowego na podanym w mailu przez agencję pracy adresie pracodawcy. Na miejscu spotykam inne osoby wysłane z tego samego pośrednictwa jak również rodaków, którzy mieszkają na miejscu. Punktualnie o godzinie 7:00 jesteśmy poproszeni o zajęcie miejsca w samochodzie szefowej. Po kilkunastu minutach podróży docieramy na miejsce docelowe którym okazuje się być ... pole.
Zaraz po wyjściu z auta widząc że nie mam ze sobą żadnego plecaka szefowa spytała się:
- Czy masz ze sobą jedzenie?
- Nie, nie mam, zjadłem śniadanie w domu a do kolacji wytrzymam
- (spojrzawszy na mnie przez pryzmat mroku gdzie rzucił się jej w oczy mój zarost i opalona od słońca skóra na twarzy odpowiedziała) aha rozumie ... ramadan

Po podejściu do grządki kwiatowej dostaliśmy krótką instrukcję od szefa, który chwilę wcześniej przywiózł drugim samochodem pozostałych pracowników. Wytyczne dotyczyły sposobu pakowania roślin do folii ochronnych w jakich to są sprzedawane w sklepie.
Roślinę pozostawioną jakiś czas temu na polu należało teraz wraz z doniczką wyrwać z ziemi (przywarły tam za sprawą korzeni które wniknęły w głąb ziemi poprzez otwory w doniczce). Można to poczynić na dwa sposoby. Pierwszy z nich rekomendowanym przez szefa polegał na schyleniu się i obruszaniu doniczki tak jak się to czyni przy odkręcaniu zaworu zasuwowego (takiego z okrągłym pokrętłem), drugim sposobem było obkopanie butem doniczki. Drugi sposób wymaga nieco wyczucia i praktyki, której to początkowy brak owocuje popękanymi plastikowymi doniczkami. Kolejną wymaganą w tej pracy czynnością była umiejętność umiejscowienia doniczki w zbliżonej kształtem do rożka folii. Przed zapakowaniem rośliny do folii należało ją przytulić do siebie zmniejszając tym samym objętość kwiatostanu i w taki sposób wrzucić ją do worka który to trzymała druga osoba.
Skoro jesteśmy przy drugiej osobie to teraz wspomnę coś o moim pierwszym kontakcie z osobą z tzw. pokolenia jp. Pokolenia jp proszę nie mylić z pokoleniem JP II, które swoją nazwę wzięło od naszego sławnego i świętego rodaka Jana Pawła II. W tym przypadku mamy styczność z ludźmi z ust których najczęściej słyszymy wulgarny zwrot ja ... (i w drugiej części coś z imieniem stylisty o nazwisku Cardin)
Moim supportem w pracy była młoda matka i żona mająca nieco ponad 20 lat. Jej zadaniem było rozszerzanie foliowego worka do którego wrzucałem kwiatek a następnie odrzucenie na ziemie zapakowanej rośliny. Tylu wulgaryzmów ile wypowiedziała ta dziewczyna podczas swojej pracy nie usłyszałem od wszystkich pozostałych Polaków pracujących razem z nami.
Była to jej 3 z rzędu praca. Pierwszą jeszcze pozyskaną w Polsce rzuciła po 2 tygodniach, drugą którą miała już na emigracji zostawiła po półtorej godzinie... W tym przypadku stwierdziła że taśma za szybko się przesuwała więc poszła do toalety sobie zwymiotować i na podstawie złego samopoczucia opuściła firmę.

Wracając do meritum to wyrywając i pakując kwiatki do folii upłyną mi 10 godzinny okres czasu rozdzielony łącznie 5 kwadransami przerw.

Dzień drugi...
Następnego dnia obolały od rozruszania zastałych mięśni stawiłem się ponownie pod siedzibą firmy, gdzie tym razem nie będąc już tak rozemocjonowany jak pierwszego dnia dostrzegłem pewne rzeczy których zmysły nie wychwyciły wcześniej. Zaobserwowałem jak to pod osłoną ciemności, które otaczają budynki przed nastaniem świtu wjeżdża samochód szefa do środka jednego z zabudowań. Do zakrytego murami przed oczami postronnych gapiów pojazdu wsiadło 5 osób mających zapewnione konstrukcyjnie wewnątrz pojazdu siedzenia... oraz dodatkowe 4 osoby do bagażnika. Mnie jednak kolejny już raz udało się dotrzeć na miejsce pracy w "komfortowych" warunkach.
Rozpoczęcie pracy tego dnia z racji wczesnej pory i stalowych chmur wiszących nad nami miało miejsce przy sztucznym oświetleniu. Dziewczyna z którą pracowałem wczoraj również i dziś stanowiła parę dla mnie jednak najwyraźniej mocno odczuła to że musiała się nieco nachodzić po polu i przerzucić te kilkaset kg w wadze kwiatków, efektem czego było zasygnalizowanie mi już po godzinie pracy że coś ją bierze... Przed odejściem ze stanowiska pracy naszła ją jeszcze taka refleksja, że chyba lepiej było by dać d... tzn sprzedać się raz czy dwa razy dziennie i mieć tyle kasy co za 10 godzin spędzonych w takich warunkach ...

Tym samym zostałem bez pary i moim nowym zadaniem było zanoszenie na raz po 6 zapakowanych kwiatków (waga jednej rośliny to ok 2-2,5 kg) pod regały na których to finalnie rośliny są transportowane ciężarówkami do sklepów.
Zanim nastała pierwsza z dwóch przysługujących nam przerw dowiedzieliśmy się że do siedziby firmy wpadła kontrola i dobrze było by... ukryć część pracowników na ewentualną okoliczność odwiedzenia pola przez urzędników. Tak też się stało i trójka ludzi z kraju Drakuli poszła w przysłowiowe krzoki. Kwadrans później akcja została odwołana i wszyscy razem mogliśmy przystąpić do pracy. Wizyta szefowej przybyłej kilkanaście minut po przerwie wiązała się nie tylko z odebraniem z pola "schorowanej" koleżanki ale i z wydaniem instrukcji pracownikom na okoliczność pojawienia się pod ich domem urzędników. Z tego co usłyszałem mieli zapamiętać kwoty pieniężne jakie dostają za przepracowaną godzinę jak również zakodować sobie to że to nie oni płacą szefowej za to że mogą u niej mieszkać, a jest zupełnie na odwrót i to ona daje im pieniądze na zakwaterowanie.

Przerzucając łącznie dobre kilka ton w kwiatkach zakończyłem drugi dzień pracy.

Małe podsumowanie.
W tej pracy spotkałem ludzi zarówno z Polski jak i z Rumunii. Niektórzy z naszych rodaków przyjeżdżają tam już od niemal 10 lat. Wynagrodzenie dla przybyszy z kraju w którym wytwarza się dacie wynosi ok 6€/h a nasi wyciągają na rękę więcej od nich o 1,5€ wzwyż. Dziennie pracują po ok. 10,5 godziny przy czym tydzień pracy wynosi do 7 dni (w tzw. sezonie w niedzielę też muszą pracować) Koledzy z Polski pochodzili w głównej mierze ze wschodu Polski z woj. lubelskiego. Rodacy w dużej mierze byli koleżeńscy i uczynni względem mojej osoby dając mi rady, które miały uchronić mnie przed przykrymi kontuzjami. Odnośnie mieszkańców Rumuni to mogę jedynie stwierdzić że ich znajomość języka obcego jest wręcz zerowa i że niestety bywają kiepsko traktowani. Nasza krajowa ekipa z tego co usłyszałem spała na łóżkach polowych rozmieszczonych po różnych pomieszczeniach w tym i w aneksach kuchennych, natomiast jeden z Rumunów zakwaterowany u innego gospodarza opowiadał że krowy sen mu zakłócały bo w stajni czy chlewie przyszło mu nocować.
Ostatnio zmieniony 09-10-16, 17:29 przez MRC, łącznie zmieniany 1 raz.

MRC
Przyjaciel forum
Posty: 394
Rejestracja: 10-02-14, 20:57
Lokalizacja: Śląsk&okolica

Post autor: MRC » 13-10-16, 19:15

Garść informacji.
W przerwie między wrzucaniem kolejnych historii jakie miały miejsce w mojej karierze zawodowej wypiszę kilka ciekawostek.

W niektórych krajach na zachodzie zdarza się że maszyny rolnicze jeżdżące na tzw. oranżadzie czyli oleju barwionym na czerwono przeznaczonym również do ogrzewania domów.

Dysproporcja w cenie skupu płodu rolnego od rolnika, a ceną w sklepie może sięgać wartości 1/9 czyli za 1 sztukę w sklepie płaci się tyle ile rolnik dostaje za sprzedanie 9 sztuk w skupie, najczęściej jednak jest to ok. 2/9 lub w najlepszym przypadku nawet 3/9.


Kilka informacji o tym jak może wyglądać praca sezonowa dla Polaków przyjeżdżających do zachodniego pracodawcy (np. w Belgii do której to w relacjach finansowych nawiązuje), który zapewnia im nocleg.
Z tego co zauważyłem to większość ludzi odprowadza ok. 100-150€ (takie pieniądze przy najniższej stawce netto ok. 7,6€/h zarabiają przez 2-3 dni) z wynagrodzenia za możliwość mieszkania u pracodawcy. Ludzie ci najczęściej śpią na łóżkach polowych, gdzie jedno pomieszczenie sypialne przeznaczone jest dla kilku osób. W większości przypadków pracodawca udostępnia nie tylko tzw. wodę do umycia się ale również pralkę jak i hasło do wi-fi. Z racji tego że prace sezonowe związane są najczęściej z rolnictwem, a jak wiadomo czas tam nagli to okres pracy może wynosić 11 godzin dziennie. Niestety najczęściej są to takie godziny pracy, które przez większą część tygodnia uniemożliwiają zrobienia zakupów w marketach (otwartych zazwyczaj od 8:30 do 18 czy 19, w niedzielę w mniejszych miastach zamkniętych, a w tych średniej wielkości otwartych do 13 czy 16 godziny), dlatego też ważnym jest odpowiednie zarządzanie czasem umożliwiającym podjechanie do sklepu i zrobienie odpowiednich zapasów żywności. Polacy których spotkałem na różnych plantacjach pracują w sezonie nawet po 7 dni. Niektórzy pracodawcy wypłacający wynagrodzenia raz na miesiąc po tygodniu pracy oferują możliwość pobrania zaliczki w wysokości np. 100 €. W celu zapewnienia lepszej mobilności pracownikom pracodawca udostępnia im stare rowery. W 99% przyjeżdżający do pracy ludzie zabierają ze sobą swoje ciuchy robocze, którymi w przypadku prac polowych są; nieprzemakalne kurtki i spodnie (takie ze sklepów z bhp, a nie pelerynka i stare spodnie ortalionowe :mrgreen: ) , rękawice (tu może być kilka modeli, które też w cenie do 1 € można kupić w tanich sklepach na miejscu), kalosze + niekiedy dodatkowo buty robocze z blachą wewnątrz oraz czapki takie jak nosi się późną jesienią/zimą na głowie. Z tego co się zorientowałem to co roku do pracodawców zjeżdżają stałe ekipy i są to ludzie z jednego okręgu (miasta czy też i województwa). Jeżeli wybieracie się pierwszy raz na taki rodzaj pracy to rozeznajcie się czy w danym państwie nie wymaga się np. zgłoszenia meldunku po upływie kilku dni (np. 8 dni, do czego zobligowany jest pracodawca). Sprawdźcie ile czasu legalnie można pracować przy tego rodzaju zatrudnieni (np. 60 dni dla prac sezonowych, później konieczność zmiany rodzaju zatrudnienia np. na kontrakt). W przypadku gdyby coś poszło nie tak na miejscu zawsze warto mieć przy sobie kwotę umożliwiającą powrót do domu. Warto też poczytać na forach Polonii w danym kraju o tym czy np. w pobliżu miejsca zatrudnienia nie ma agencji pracy w której znajduje się polski pracownik do którego można by się spróbować udać gdyby robota załatwiona w Polsce okazała się być niewypałem. To chyba tyle z takich niezbędnych informacji. Dodatkowo też pamiętajcie że niekiedy są okresy zastoju czy to z uwagi na fatalne warunki pogodowe czy np. ze względu na różnego rodzaju siły wyższe (klęski nieurodzaju, zmiany w kontraktach u pierwotnego odbiorcy towaru etc)

MRC
Przyjaciel forum
Posty: 394
Rejestracja: 10-02-14, 20:57
Lokalizacja: Śląsk&okolica

B jak ból, beznadzieja

Post autor: MRC » 04-02-17, 11:16

Popołudniowa witaj zmiano...
Wreszcie nastał długo wyczekiwany weekend. Przez dwa kolejne dni nie obowiązuje mnie to co Lady Punk zawarło w Zamkach na piasku:
"Taśma kręci się
Ty stoisz przy niej
Jesteś pionkiem w grze
Kółkiem w maszynie"

5 dni roboty, a podczas każdego z nich ok. 25000 (słownie: ćwierć stówy) obrotów rękami czyli finalnie 125000 rotacji tygodniowo. 8 godzin na nogach z lekko zgarbioną postawą i rękami wystawionymi jak u pianisty któremu podwędzili stołeczek.
Właśnie nastała moja pierwsza miesięcznica od rozpoczęcia kontraktu. Jest to zatem idealny czas na małe podsumowanie.

B jak ból.
Po 8 godzinnym dniu pracy nasza zmierzająca ku wyjściu załoga żywo przypomina tych którzy za czasów PRLu mieli możliwość przejścia ścieżki zdrowia zorganizowanej przez smutnych panów podróżujących nyskami. Wszechobecny hałas i drgania wytwarzane przez maszyny, niekomfortowa pozycja podczas pracy, woń unosząca się w pomieszczeniu i tempo pracy powodują to że na koniec dnia przypominamy ekipę zgarbionych zombi. W celu zwalczenia bólu kilka osób łyka specyfiki farmakologiczne takie jak ibuprofen 600 czy ketonal 100 do tego jeszcze po powrocie do domu nanoszą na swoje ciała kojącą maść. Osobiście za wyjątkiem wszechobecnego bólu mięśni dorobiłem się jeszcze kataru, który początkowo wydawał mi się niepożądaną rzeczą ale z czasem polubiłem go i zacząłem się cieszyć z tego że go mam. Zapewne zapytacie się jak można cieszyć się z chlupoczącego nosa? Odpowiedź na to jest prosta. Pracujemy w zamkniętej hali z temperaturą zbliżoną do tej jaka panuje na dworze. Co kilkanaście minut do pomieszczenia wjeżdża wózek widłowy napędzany zziębniętą jednostką wysokoprężną. Rura wydechowa widlaka pozbawiona filtrów cząstek stałych, katalizatorów i innych zbędnych pierdół wywala w atmosferę ogrom sadzy i innych aromatycznych dodatków. Mając umiarkowany katar i smarkając raz na kilka godzin można się dopatrzeć na białej chusteczce czarnych wtrąceń czyli człowiek od razu jest szczęśliwszy że zamiast to wszystko do jego płuc to poszło razem z chusteczką w kosz.

B jak beznadzieja.
Takie to uczucie musi teraz towarzyszyć jednemu chłopakowi z naszej zmiany, który przyjechał popracował 3 dni i poległ. Pracując z nim tego trzeciego feralnego dnia widziałem jak zmaga się z bólem zatrzaskującego się mu kciuka. Próbował niczym Rambo być twardy: uderzał, naciągał a finalnie nawet owiną taśmą izolacyjną kciuk. Dotrwał końca zmiany ale następnego dnia się już nie pojawił. Przyszedł po 4 dniach rekonwalescencji ale po półtorej godzinie walki z bólem zakończył dzień pracy i zaraz minie tydzień jak go nie ma. Na powyższym przykładzie doskonale widać jaki czasem gorzki smak ma to € euro. Zdecydowana większość z przyjeżdżających tu Polaków nie ma nic za wyjątkiem polskiej karty NFZ. Wizyta na miejscu u lekarza kosztuje od 37 do 50-60€. Wychodząc z założenia że jakoś samo przejdzie i bez pomocy medycznej a za tym idzie i farmakologicznej się obędzie jak przez palce przelewają się ludziom pieniądze w kwocie kilkukrotnie większej niż te które wydali by na wizytę i zakup medykamentów. To jest jedno z obliczy emigracji zarobkowej i to zarówno tej stałej jak i krótkoterminowej. Musisz zawsze i na wszystko być przygotowany. To że dziś jesteś zdrowy nie oznacza że tak będzie jutro czy za kilka dni. W 99,9% ludzie przyjeżdżający tu nie znający tutejszego języka, dodatkowo nieposługujący się lub będący zaznajomieni wyłącznie z podstawowym angielskim nie dostaną innej roboty niż fizyczna do której bez sprawnych rąk i nóg się nie nadajesz. A co z L4 zapewne taka myśl przebiega Wam teraz przez głowę? Nic, przy takim charakterze pracy nie ma płatnego chorobowego. Na koniec tygodnia dostajemy kontrakt obejmujący dotychczas przepracowane dni. Zachorowałeś, organizm odmówił ci posłuszeństwa - sorry masz wycięte te dni niedyspozycji przy wypłacie. Jeśli choroba czy stan uniemożliwiający pracę trwa na tyle długo że pracodawca stwierdzi że nie może dłużej czekać na twój powrót to masz jeszcze większego pecha bo nie dość że nie zarabiasz nie będąc w pracy to jeszcze tracisz pieniądze na opłacanie wynajmowanego lokum, a dalsze perspektywy na znalezieniem innej pracy dla "ogólnego" bez języka etc nie wyglądają optymistycznie.

Kasa, kasa, kasa...
Na koniec krótkie podsumowanie ile to wszystko jest warte. Spoglądając na sprawę przez pryzmat osób przyjezdnych z Polski, które finalnie będą tu pracowały przez te 2 czy 3 miesiące nie mogę się nadziwić jak im się to kalkuluje. Ludzie przemierzają ponad 1500 km w jedną stronę by tu na miejscu pójść do pracy za ok. 400€ tygodniowo (przy preferencyjnej podstawie podatku - w Polsce fiskus może im uszczknąć jeszcze nieco z tego). Na wynajęcie lokum wydają 350€ do tego dochodzi jedzenie, koszty telefonu, internetu, przelew wypłaty do polskiego banku każdorazowo zabierający im po 6€ od transakcji etc. Ile z tego finalnie zabierze się do Polski? Jak uda się odłożyć te 4000-4500 zł to będzie max. Taka góra pieniędzy będzie niejednokrotnie okupiona wspólnym dzieleniem łazienki, kuchni oraz ciągłym podkradaniem i podżeranie żywności między współlokatorami etc.

ODPOWIEDZ