Trwa aktualizacja forum. Pisać już można, skorzystajcie z opcji przypomnij hasło, gdyż hasła przepadły. Nowe hasło dostaniecie mailem, na email podany podczas rejestracji.

Rozgniewał się starszy jego syn. Wtedy ojciec jego tłumaczy

Teksty jakie zamieściłem w tym roku na swoich blogach: www.polonus.alleluja.pl, www.polon.us, www.hiob.us i www.jaskiernia.com
Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11136
Rejestracja: 24-10-07, 21:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Rozgniewał się starszy jego syn. Wtedy ojciec jego tłumaczy

Post autor: hiob » 19-03-07, 01:00

Dzisiaj w Kościele znowu słyszeliśmy przypowieść o synu marnotrawnym. Pisałem już na ten temat, viewtopic.php?t=295 , ale było to niemal dwa lata temu, więc myślę, że mogę znowu napisać na ten temat parę słów.

Wszyscy wiemy, że ta przypowieść jest o synu, który przepuścił swój majątek i postanowił powrócić do domu ojca i o przebaczającym, kochającym ojcu, który z radością czeka na powracającego syna. Ale dla mnie ta przypowieść przede wszystkim jest o starszym synu. A nawet jak nie "przede wszystkim", to na pewno także o nim. Tymczasem my często w ogóle nie zauważamy tego aspektu i pomijamy go, słuchając tej przypowieści.

Pisałem wczoraj o faryzeuszu, który czuł się lepszy od celnika, błagającego Boga o zmiłowanie. I Jezus wyraźnie uczy, że to celnik, nie faryzeusz jest usprawiedliwiony. Przypowieść o synu marnotrawnym mówi nam dokładnie to samo. Bóg jest miłosierny i cieszy się z każdego nawróconego grzesznika. Ale grzesznikiem jest każdy z nas. Tego nie widział starszy syn, uważając, że jest taki dobry, że nie potrzebuje za nic przepraszać ojca. Ale nie o tym mówi ta przypowieść, tylko o naszej zawiści.

My często chcemy posłać innych "do diabła". I to dosłownie. Gdy sobie uświadomimy, że oni, grzesząc cale życie nawrócili się przed śmiercią, to zalewa nas żółć ze złości. "Po co my całe życie staraliśmy się być dobrzy, jak on cale życie grzeszył, używał sobie i kpił z Boga, a teraz ma wszystko darowane? Gdzie tu sprawiedliwość?" To jest jednak bardzo niebezpieczne rozumowanie i to co najmniej z dwóch powodów. Pozwólcie, że wytłumaczę.

Po pierwsze nie byłbym taki szybki w domaganiu się sprawiedliwości od innych. Dlaczego? Choćby dlatego, że każdego dnia prosimy Boga:

"I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom".

I nie jest to modlitwa wymyślona przez nasze babcie, to są słowa samego Jezusa, z Kazania na Górze. A gdyby ktoś uważał, że błędnie interpretuję te słowa, to zacytuję komentarz samego Jezusa. On chyba wiedział, co chciał powiedzieć i tak to sam wyjaśnia:

Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień. (Mt 6,14-15)

Biblia i w innych miejscach uprzedza nas, żeby nie osądzać innych, bo takim samym sądem jak my osądzamy, osądzą i nas:

Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka /tkwi/ w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata. (Mt 7,1-5)

Mocne słowa i nie łudźmy się, że to nie do nas są one skierowane. Są one przeznaczone dla każdego z nas.

A co z tym, że Bóg jest "niesprawiedliwy"? Że nie jest to fair, że traktuje tak samo tych, którzy są mu wierni całe życie, jak tych, co nawrócili się w ostatniej chwili? Na to także mamy odpowiedź w Słowie Bożym, w innej przypowieści, o robotnikach pracujących w winnicy. Znamy ją wszyscy, a kończy się ona tymi słowami:

A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? (Mt 20, 8-15)

Najlepiej to można zrozumieć, jak się samemu jest ojcem. Gdyby mój syn narozrabiał, popadł w konflikt z prawem, a szczerze byłby skruszony i wiedziałbym, że z całego serca pragnie poprawy, wcale nie pragnąłbym dla niego surowego wyroku. Modliłbym się z całego serca, żeby sędzia zlitował się nad nim i darował mu karę. Tak chyba czuł by każdy ojciec i każda matka. Bóg jest ojcem nas wszystkich. Ojcem i sędzią, ale przede wszystkim nas kocha. Gdy więc widzi, że żałujemy i pragniemy poprawy, z wielką radością daruje nam karę.

Jest jednak i drugi aspekt, dla którego nie powinniśmy zazdrościć tym, którzy grzeszyli całe życie. Czyjś grzech w ogóle nie powinien być przedmiotem naszej zazdrości. Jeżeli jedyną motywacją, dla której nie grzeszymy jest strach przed gniewem Boga i karą, to coś nie tak z nami. To dowód, że tak naprawdę Go nie kochamy. Takim chyba właśnie był starszy syn z dzisiejszej przypowieści.

Jeżeli bowiem kochamy Boga, to zawsze żałujemy, że Go zraniliśmy. Zawsze żałujemy każdego grzechu. Boli nas także to, że inni grzeszą i zazdrość, że oni sobie "używają" jest niewyobrażalna. Znowu przychodzi na myśl starszy brat marnotrawnego syna, który właśnie tak to widział:

Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. (Łk 15,30)

Słysząc jego wymówki widzimy tę zazdrość, że jego brat używał sobie i teraz uniknął kary, a w ogóle nie wdać żalu, że brat ranił ojca i radości, że się w końcu nawrócił. Jedyny żal, jaki jest w stanie wzbudzić w sobie starszy brat, to taki, że to nie on był tym, który trwonił majątek ojca.

To piękna przypowieść i bardzo mądra, bo pokazuje nam, jacy naprawdę jesteśmy. Każdy z nas jest trochę jednym, trochę drugim bratem. I o ile nie mamy problemu z identyfikowaniem się z synem marnotrawnym, to dobrze by było, żebyśmy ujrzeli także w sobie starszego brata. Tego zawistnego, uważającego się za lepszego i niezdolnego do radości, że inni się nawrócili i że ich przygarnął miłosierny Ojciec. A przecież:

"Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi." (1 J 4,20)
Ostatnio zmieniony 12-09-13, 16:20 przez hiob, łącznie zmieniany 2 razy.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11136
Rejestracja: 24-10-07, 21:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Re: Rozgniewał się starszy jego syn. Wtedy ojciec jego tłumaczy

Post autor: hiob » 24-02-08, 01:55

Czytam teraz wspaniałą książkę papieża Benedykta "Jezus z Nazaretu". Analizując w niej przypowieść o synu marnotrawnym (albo raczej, jak sam zaznacza, "o dwóch braciach i o dobrym ojcu") zauważa on jeszcze jeden jej aspekt, który ja wcześniej przeoczyłem. Myślę, że warto go tu przypomnieć. Porównując starszego brata z przypowieści do narodu Izraelskiego, a ojca do Boga, Benedykt XVI pisze:

"W rozgoryczeniu spowodowanym dobrocią Boga widoczna jest wewnętrzna gorycz okazywanego posłuszeństwa, ukazująca jego granice: w swym sercu chętnie by wyruszyli ku wielkiej wolności. Jest tu skrywana zazdrość tego, na co pozwolił sobie młodszy brat. Nie przemierzyli oni drogi, która oczyściła młodszego brata, na której poznał, czym jest wolność i synostwo. Wolność przeżywają w rzeczywistości jako niewolę i nie dojrzeli jeszcze do autentycznego synostwa. Także im potrzebna jest jeszcze droga. Mogą ją znaleźć, jeśli z całą prostotą przyznają rację Bogu i przyjmą Jego święto jako swoje własne. Tak więc w tej przypowieści Ojciec mówi przez Chrystusa do nas, pozostających w domu, żebyśmy i my rzeczywiście się nawrócili i cieszyli się swą wiarą." (Benedykt XVI. Jezus z Nazaretu. Wydawnictwo M, str. 181. Podkreślenie moje.)

Im więcej poznaję tę przypowieść, im bardziej wydaje mi się, że jestem bliżej Boga, tym bardziej dostrzegam, że coraz bardziej przypominam starszego brata. Zwłaszcza ten aspekt "żalu, że nie można sobie pogrzeszyć" mnie osobiście zmartwił, bo tak bardzo odnosi się on także do mnie. Jakże często nie robię czegoś nie dlatego, że kochając szczerze Jezusa widzę, jak bardzo bym go skrzywdził grzesząc, ale dlatego, że zmuszam się do tego wbrew uczuciom, żałując, że muszę postępować w taki sposób. I nie mówię tu nawet o sytuacjach w których ulegam pokusie, ale o tych, gdy udaje mi się pokusy pokonać. Przecież starszy brat z przypowieści przestrzegał prawa. Tak, jak bogaty człowiek, którego Jezus napotkał na swej drodze i który zapytał Go co ma uczynić, by osiągnąć życie wieczne:

Zapytał Go pewien zwierzchnik: Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu odpowiedział: Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij swego ojca i matkę. On odrzekł: Od młodości przestrzegałem tego wszystkiego. Jezus słysząc to, rzekł mu: Jednego ci jeszcze brak: sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź ze Mną. Gdy to usłyszał, mocno się zasmucił, gdyż był bardzo bogaty.
(Łk 18,18-23)

Ale to, że zwalczamy pokusy najwyraźniej nie wystarcza Jezusowi. On nie chce, byśmy osiągnęli minimum. Nie chce, byśmy zaledwie przestrzegali prawa i wypełniali przepisy. On oczekuje od nas szalonej miłości, oddania się Mu całkowicie. Rozdania całego majątku i pójścia za Nim. I nie chodzi tu wcale o materialne dobra, ale raczej o utratę naszego do nich przywiązania. chodzi raczej o duchowe, niż materialne ubóstwo. Czegoś takiego brakowało starszemu bratu i człowiekowi którego napotkał Jezus. I tego także ciągle i mnie brak. Jak trudno jest zaufać Mu całkowicie...
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11136
Rejestracja: 24-10-07, 21:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Re: Rozgniewał się starszy jego syn. Wtedy ojciec jego tłumaczy

Post autor: hiob » 12-09-10, 20:58

(Dziś na Frondzie i w Salonie24 zamieściłem po raz pierwszy nieznacznie poprawiony ten felieton z początku naszego wątku. Dodałem jednak do niego trochę , zatem poniżej zamieszczam to, co uzupełniłem:)

Powyższy tekst był już zamieszczony na moim forum. Zrobiłem tylko niewielkie poprawki. Komentarze do czytań, do Ewangelii mają to do siebie, że są ciągle aktualne. Ja jednak chciałbym coś do tych słów dodać. Coś, co mi nie daje od jakiegoś czasu spokoju.

Gdy Maryja spotkała dzieci w Fatimie, w dniu 13 lipca powiedziała im:
Ofiarujcie się za grzeszników i powtarzajcie wielokrotnie – zwłaszcza gdy będziecie czynić jakąś ofiarę – "O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie, w intencji nawrócenia grzeszników oraz jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi"
Tylko… co to znaczy? Czy my się nad tymi słowami kiedyś zastanowiliśmy? Maryja nas wzywa do czegoś bardzo konkretnego. Do czynienia ofiar w intencji nawrócenia grzeszników. Namawia nas, wzywa, byśmy czynili ofiary, aby je ofiarować Bogu za … no właśnie. Za kogo? Za tych, których tak chętnie wysyłamy do diabła. Za Michników i agentów, za Urbana, TVN, PO i ktokolwiek nam leży na wątrobie i jest w naszej duszy uosobieniem diabła.

W czasie kolejnego spotkania, 19 sierpnia, Matka Boża znowu poleciła dzieciom praktykowanie umartwień:
Módlcie się, módlcie się wiele i czyńcie ofiary za grzeszników, ponieważ wiele dusz idzie do piekła, bo nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił.
To będzie także nasza wina, że "wiele dusz pójdzie do piekła". Z drugiej strony nie będzie chyba błędem twierdzenie, że gdyby każdy z nas zaczął się umartwiać w tych intencjach i ofiarował swe umartwienia Jezusowi, przez ręce Maryi, wygralibyśmy wszystkie żyjące dusze. A jeżeli wszyscy ludzie staliby się świętymi (bo przecież tylko tacy zdobywają Niebo) – to jakie by to miało konsekwencje dla naszego życia na Ziemi? Nietrudno to sobie wyobrazić.

W czasie dzisiejszych czytań słyszeliśmy nie tylko "Przypowieść o Synu Marnotrawnym", ale także przypowieści o zagubionej monecie i zaginionej owcy. Obie nas uczą tego samego: Wielka jest radość w Niebie z każdej nawróconej osoby. I wielki żal, wielki smutek z powodu każdej duszy utraconej na zawsze. Nie wspomagajmy kudłatego, nie bądźmy jego sługusami. Nie zachowujmy się tak, by przez nas inni odchodzili od Boga.

Powtarzałem to już wiele razy, powtórzę pewnie jeszcze nie raz: To nie Michniki, nie bolki, nie agenci bezpieki, nie dziennikarze TVN-u, nie Urban, nie Komorowski i nie Tusk są naszymi wrogami. Nie osądzając niczyjej duszy można powiedzieć jednak, że każdy grzesznik jest pacjentem, kimś śmiertelnie chorym, któremu my możemy dać życie. Nie przez obrzucanie go wyzwiskami, ale przez ofiarowanie za niego cierpień, wyrzeczeń.

Ale jak to zrobić? Można ofiarować te cierpienia, których nam nie skąpi nasze życie. Nasze choroby, boleści, te fizyczne i te ze sfery naszej psychiki. Ale to nie wszystko. Maryja najwyraźniej wymagała od dzieci z Fatimy czegoś więcej. I dzieci to zrozumiały. Czytając ich biografie widzimy, jak wiele dobrowolnych wyrzeczeń przyjmowały na siebie. Cytat za jedną ze stron internetowych:
Dzieci szukały wciąż nowych możliwości i sposobów ponoszenia ofiar za grzeszników. W czasie upałów rezygnowały z napojów. Jedzenie oddawały biednym dzieciom. Ze sznura robiły pokutne powrozy, którymi bardzo mocno oplatały ciała, aż do krwi. Wiązkami pokrzyw biczowały sobie nogi. Początkowe małe poświęcenia urosły z czasem do ponoszenia ofiar, przerastających dziecięce siły. O ponoszeniu tak wielkich ofiar nie wiedział żaden z mieszkańców wioski ani rodzice dzieci.
Do tego dochodziły modlitwy, różaniec. A my? Maryja nie przyszła do Fatimy, by zmienić życie trójki małych dzieci, ale by nas czegoś nauczyć. Albo raczej by nam coś przypomnieć. I to przesłanie jest dziś jeszcze bardziej aktualne niż wtedy.

Czytam teraz Opowieści z Narni CS Lewisa. Jak wszyscy pamiętamy, w Narnii żyją zwierzęta mówiące ludzkim głosem. Ale także są tam "normalne", drapieżne zwierzęta, groźne dla ludzi. W "Księciu Kaspianie" jeden z takich niedźwiedzi niemal nie zabił Łucji, a jej siostra, Zuzanna, nie obroniła jej, bo obawiała się, że zabije mówiącego niedźwiedzia. Wiele lat po tym, jak Aslan, a potem dobry król Piotr z rodzeństwem opuścili Narnię, wiele zwierząt się "zezwierzęciło". Po tym incydencie Lucy mówi:

— Czy to nie byłoby straszne, gdyby pewnego dnia w naszym świecie, na Ziemi, ludzie zdziczeli w środku jak te zwierzęta tu, w Narnii, a z zewnątrz wyglądaliby nadal jak zwykli ludzie, tak że nigdy by się nie wiedziało, z kim się ma do czynienia?

Obawiam się, że to się już stało. Zaledwie pół wieku po wydaniu książki Lewisa. I choć, zdaje się, dla zwierząt w Narnii nie było już ratunku, to dla ludzi zawsze jest. I to także zależy od nas.

Ale "od nas" to nie znaczy nic. My o tym, że coś zależy "od nas" wiemy. Ja chciałem powiedzieć, że to zależy ode mnie i od Ciebie. Konkretnie ode mnie i konkretnie od Ciebie. Właśnie od Ciebie, od nikogo innego. Bo to tylko Ty możesz zmienić, jeżeli nie robisz tego jeszcze. I tylko ja. Tu nie ma żadnych innych. Jak śpiewał kiedyś Zwoźniak w piosence "Plaga zaimków""

Powiedzmy sobie szczerze raz na jakiś czas: przecież nie ma tu nikogo oprócz NAS!
Ostatnio zmieniony 05-03-13, 07:48 przez hiob, łącznie zmieniany 1 raz.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

Anteas

Re: Rozgniewał się starszy jego syn. Wtedy ojciec jego tłumaczy

Post autor: Anteas » 15-11-12, 21:57

Postaram się pisać zwięźle.

Co do starszego syna; Pisze o nim tylko tyle, że wkurzył się na wieść, że jego ukochany braciszek, szczególnie utalentowany w przepuszczaniu majątku na wszystkie możliwe przyjemności, wrucił do domu, a jego stęskniony Ociec wyprawił ucztę. Nie będę wnikał w to, co się komu wydaje na temat przyczyny jego gniewu. Pismo nic nie mówi na ten temat, a ja nie mam najmniejszego zamiaru usprawiedliwiać jego, skądinąd niskiego uczucia. Powiem tylko tyle; Jeśli ktoś wypełnia swoje obowiązki, to moim zdaniem dobrze czyni. Jeśli wypełnia obowiązki to jego motywację obchodzą mnie mniej niż zeszłoroczny śnieg.

Co do młodszego; Wspaniały przykład do naśladowania. Miłujący ojca syn bierze połowę jego majątku, czyli całe swoje dziedzictwo, po czy przeprowadza się, i w krótkim czasie przepuszcza cały ten majątek na alkohol i kobiety wiadomo jakich obyczajów. Jest tak kochającym synem, że nawet w tedy nie wraca do papy, tylko najmuje się do pasania świń. Dopiero gdy grozi mu śmierć głodowa wraca do rodziciela chcąc błagać o litość, licząc na to, że ów nie pozwoli na śmierć głodową swojego syna, pomimo, że ten jest kompletnym utracjuszem. Na swoje szczęście nie doznaje zawodu.

Który z tych przykładów jest bardziej godny naśladowania? Ten co trwoni majątek, czy ten kto w pocie czoła go pomnaża? Moim zdaniem ten co pomnaża majątek rodziciela. Cały czas mam gdzieś motywację starszego syna, bo nic na ten temat nie piszę w Piśmie. To co Ojciec Święty pisze, to jest jego prywatna interpretacja, całkowicie omylna, więc nie będę się ustosunkowywał do tego.
Człowiek który wypełnia swoje obowiązki, w większym stopniu buduje na ziemi Królestwo Boże, niż ten co "kocha" i stoi z założonymi rękami. Nawet jeśli ten drugi ma lepszą motywację.

Ja w każdym razie nie mogę iśc za przykładem młodszego syna, bo nie mam majątku który mógł bym przehulać, aby się potem nawrócić (piszę to całkowicie poważnie). Pozostaje mi mieć nadzieję, że Pan będzie mnie sądził z mojej pracy przy budowie Jego Królestwa. Choć po przeczytaniu tego tekstu wątła to nadzieja.

Poprzedni proboszcz mojej parafii powiedział kiedyś kazanie na temat motywacji. Wyszczególnił trzy możliwe motywacje;

1 Chcę iść do Nieba, bo kocham Pana Boga - motywacja dobra.

2 Chcę iść do Nieba, bo nie chcę iść do piekła - motywacja dopuszczalna.

3 Nie chcę mieć nic wspólnego z Panem Bogiem, więc z braku innej alternatywy chcę iść do piekła - motywacja zła.

Ja tej trzeciej motywacji na pewno nie mam. Na pewno mam przynajmniej tą drugą, a co do pierwszej, to jest to dość skomplikowana sprawa, która nie zależy tylko ode mnie.

Awatar użytkownika
Agunik
Przyjaciel forum
Posty: 347
Rejestracja: 10-03-12, 00:25
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Rozgniewał się starszy jego syn. Wtedy ojciec jego tłumaczy

Post autor: Agunik » 18-11-12, 12:07

Anteas pisze: Który z tych przykładów jest bardziej godny naśladowania?
- odpowiem Ci: ten marnotrawny :) - ponieważ...
ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się. (Łk 15, 32)

A dlaczego?
Łk 15, 7
większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych

A teraz popatrzmy na postawę tego starszego...
Starszy syn zdaje się być pozytywną postacią. W czasie, kiedy młodszy prowadzi grzeszne życie On pozostaje w domu i pracuje. I wydaje się, że nie można mu nic zarzucić, zdaje się nienagannie wypełniać swoje obowiązki. Tymczasem... Wraca młodszy brat i ujawnia się drugie oblicze tego, który pozostawał dotychczas w domu. Starszy syn nie widzi powrotu brata. Nie wie co się stało.
Nie słyszy wyznania:
Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, (wskazującego na metanoię)
już nie jestem godzien nazywać się twoim synem (żal i gotowość poniesienia konsekwencji - pokuta). (Łk 15,21)
Omija więc starszego brata to, co najważniejsze w spotkaniu ojca i młodszego syna.
Gdy wracał z pola usłyszał muzykę i tańce. Wypytał sługę co się stało.

Wówczas nastąpiła reakcja:
- rozgniewał się (ὠργίσθη) - grecki czasownik nie wskazuje na chwilową złość, która szybko przechodzi, ale na silny gniew, mający trwałe i bardzo złe skutki (ten sam czasownik użyty jest np. Mt 5,22; 18, 34; 22,7; Ap 12,17)
- nie chciał wejść do domu (czyli nie chciał uczestniczyć w pełnej komunii w rodzinie!)
Ojciec wychodzi zarówno do marnotrawnego syna, jak i do tego starszego.

Zauważmy co starszy odpowiada swojemu Ojcu:
- Łk 15, 29 Oto tyle lat ci służę (nie określa siebie mianem syna tylko δουλεύω - sługa, poddany, niewolnik)
- Łk 15, 29 i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. (W języku teologicznym oznacza to odwołanie się do sprawiedliwości "legalnej". Innymi słowy syn zarzuca ojcu niesprawiedliwość)
- Łk 15, 30 Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, ( nie nazywa go bratem - wypowiadając takie słowa stawia się poza nawiasem rodzinnych relacji zarówno w stosunku do ojca jak i do brata)

Dlatego Ojciec:
- przypomina Mu, że są rodziną, mówiąc: Łk 15, 31 Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie.
- odpiera zarzut niesprawiedliwości: Łk 15, 31 i wszystko moje do ciebie należy.
- tłumaczy sens wydarzenia: Łk 15, 32 A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się.

Czego brakuje starszemu synowi, który pozostawał przy Ojcu? Przede wszystkim właściwych relacji i z Ojcem i z bratem. To brak tych właściwych relacji nie pozwala Mu uczestniczyć w komunii.

Dlatego ten marnotrawny jest bliżej Ojca niż ten, który cały czas pozostawał obok.

Mt 21,31
Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego.
Ostatnio zmieniony 18-11-12, 12:08 przez Agunik, łącznie zmieniany 1 raz.
Z Bożym pozdrowieniem!
Agnieszka
--------
Odnowię bowiem moje przymierze z tobą i poznasz, że Ja jestem Pan,
abyś pamiętała i wstydziła się,
i abyś ze wstydu ust swoich nie otwarła wówczas,
gdy ci przebaczę wszystko, coś uczyniła. (Ez 16,62-63)


Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11136
Rejestracja: 24-10-07, 21:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Przypowieść o dwóch braciach i dobrym ojcu.

Post autor: hiob » 05-03-13, 08:09

To papież Benedykt XVI w swej książce "Jezus z Nazaretu" nazwał przypowieść o synu marnotrawnym przypowieścią o o dwóch braciach i dobrym ojcu. Usłyszymy ją w najbliższą niedzielę, więc chciałem o niej napisać parę słów.

Wszyscy znamy historię syna marnotrawnego. Ucieczka, grzeszne życie, upadek, poniżenie i powrót do domu, gdzie ukochany ojciec każdego dnia z utęsknieniem wyglądał jego powrotu. Łatwo także jest nam się z nim utożsamić, bo w każdym z nas jest coś z marnotrawnego syna. Niektórzy z nas już wrócili do Ojca, inni dopiero rozpuszczają Jego majątek, a jeszcze inni karmią świnie, wstydząc się powrotu do domu. Jednak niezależnie od tego na którym etapie jesteśmy, jest to coś, co wielu z nas w jakimś stopniu w swoim życiu przechodzi.

Dużo trudniej nam się utożsamić ze starszym synem. Tym "dobrym". Zwłaszcza nam, katolikom, chrześcijanom. Tym "dobrym" jak i on, którzy nigdy Ojca nie opuścili. Tym, którzy nie uważają, by potrzebowali się nawracać. Tym, którzy wysłaliby do diabła każdego, kto trwoni majątek Ojca.

Jest pewna zasadnicza różnica między stanem ducha ojca i starszego brata. Ojciec kocha bezgranicznie wszystkie swoje dzieci. Nie jest wyrachowany, nie boi się, że da za dużo, bo wie, że miłość to nie jest deal fifty-fifty. Gdy się naprawdę kocha, daje się wszystko. I otrzymuje się wszystko.

Starszy brat ma mentalność niewolnika czy najemnego robotnika. Zamiast cieszyć się z powrotu brata, jest wściekły, bo to, co się stało, jest w jego oczach niesprawiedliwe. Brat uniknął kary, a wcześniej sobie pohulał, gdy on się tu męczy w pocie czoła pracując u ojca. Ale skoro tak to odczuwał, to znaczy, że brak mu było miłości.

Ta przypowieść jest wielowymiarowa. W jednym z wymiarów starszy brat symbolizuje Izrael, ojciec, to Bóg, a młodszy syn, to my, "goje", którzy także jesteśmy dziećmi Adama, syna Bożego, ale odeszliśmy od Ojca. Po wiekach, po tysiącleciach wracamy, ale Izraelici nie potrafią dzielić radości Ojca z tego powodu.

Inny wymiar jest współczesny, dzisiejszy. My dzisiaj bardzo często zachowujemy się jak starszy brat. Nie pragniemy szczerze powrotu innych dzieci Ojca, którzy Go opuścili. Wysyłamy ich do diabła, nie widząc, nie chcąc pamiętać, że to są nasi bracia. I niezbyt szczerze się cieszymy z tych, którym powrócić się udało, postrzegając to jako niesprawiedliwość. Bo jakże to: My całe życie męczymy się starając przestrzegać przykazań, a taki drań nagrzeszył sobie ile chciał i teraz ma być z nami w Niebie?

Szemramy, jak ci robotnicy w winnicy:

/Robotnicy/ szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. (Mt 20, 11b-12)

Czasem wręcz bolesne jest zachowanie niektórych katolików, pełne nienawiści, do osób o innych poglądach politycznych, mających inne przekonania. Traktują ich jak osobistych wrogów. Ale w ten sposób nikogo się nie wygra dla Chrystusa. Nikt nie wróci do Domu Ojca, gdy ci, którzy głośną krzyczą, że w tym Domu są przyjaciółmi Gospodarza, okazują im taką wrogość.

Matka Boża w Fatimie pokazała dzieciom piekło i wszystkich tych, którzy tam trafili, bo nikt się za nich nie modlił. Bo nikt za nich nic nie ofiarował. Wizja ta tak przeraziła dzieci, że same zaczęły pościć i umartwiać się w intencji grzeszników. One zrozumiały, że każdy grzesznik jest ich kochanym bratem. A my?

/Tekst zamieszczony dziś na Frondzie i w Salonie24/
Ostatnio zmieniony 12-03-13, 19:47 przez hiob, łącznie zmieniany 1 raz.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

ODPOWIEDZ