"17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Pytania na każdy temat. nie ma pytań głupich, czy niedyskretnych. Takie mogą być co najwyżej odpowiedzi.
dragon45

"17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: dragon45 » 29-12-11, 14:39

Przegladajac wykop natrafilem na takie znalezisko link. Moglbys sie jakos odniesc na te punkty. Niektore z nich zaskoczyly mnie. Chodzi mi o to ile w nich jest prawdy.

tlumaczenie:
1. Amerykanie są zbyt wrażliwi.
Tutaj mowa ogólnie o politycznej poprawności, te takie "sztuczne uśmiechy" zamiast powiedzenie wprost prawdy.

2. Wszystko jest "niesamowite"! ("awesome")
Nadużywanie słowa awesome, przez używanie takich słów w każdej okazji straciły one swoje znaczenie, taki wypełniacz, coś jak "nice", "great".

3. Uśmiech nic nie znaczy.
Sztuczne uśmiechy, nawet wśród obcych. Jeżeli nie uśmiechniesz się do obcego sąsiada to znaczy że jesteś niemiły. Podobnie jak nadużywanie tych "super słów" uśmiech traci swoje znaczenie jeśli uśmiechasz się do każdej napotkanej osoby.

4. Dawanie napiwków.
Irytujący kelnerzy którzy chodzą za tobą i pytają czy wszystko w porządku, w Europie to ty wołasz kelnera kiedy potrzebujesz, a tam co chwila się pyta czy czegoś nie trzeba, bo chciałby napiwek. Jeżeli w stanach kelner będzie dla Ciebie nie miły, to prawdopodobnie dla tego że nie dałeś mu napiwku.

5. Wszędzie fałszywe ceny.
Wszędzie gdzie są podane ceny nie ma wliczonego podatku "tax", takiego ichniego VATu. Tak czy inaczej u nas VAT wynosi 22% a u nich TAX bodajże 7%.

6. Dużo natarczywych reklam.
W Polsce ludzie narzekają na reklamy na Polsacie, a tam co kilka minut serialu masz przerwę i serię reklam z wariatami krzyczącymi jak to oni nie są zadowoleni z jakiegoś produktu. Amerykanie to geniusze marketingu, można to zobaczyć w kasynach Las Vegas, brak okien i zegarów, labirynt taki że ciężko odnaleźć wyjście itp. wszystko po to by nie czuć płynącego czasu i zostać jak najdłużej.

7. Marnotrawny konsumpcjonizm.
Tutaj mowa np. o kupowaniu coraz to nowszego iPhone'a albo Mac'a - wszyscy kupują to co nowsze i droższe nawet jeśli nie muszą lub tego nie potrzebują, marnują kasę.

8. Idiotyczne amerykańskie stereotypy na temat innych krajów.
No wiadomo, mają stereotypy na temat każdego kraju. Tutaj był podany przykład, koleś gada z Amerykaninem i mówi że jest z Irlandii, na co tamten "Wow, wy to umiecie pić!", Irlandczyk do niego "właściwie to nie piję", na co Amerykanin "ee, no to nie jesteś prawdziwym irlandczykiem".

9. Dziedzictwo.
Żaden Amerykanin jakiego spotkasz nie jest w pełni Amerykaninem. Jest w 1/4 polakiem, w trzech siedemnastych Włochem, bla bla jeszcze 10 innych krajów, no i oczywiście w połowie Irlandczykiem. Do tego zaliczają się też gadaniny ludzi mówiących że jedna dwunasta Irlandzkiej krwi czyni z nich dobrymi w piciu alkoholi, a włoska część sprawia że mają temperament -,-.

10. Sprawdzanie dowodów i głupie prawo co do spożywania alkoholu.
16 latek może mieć prawo jazdy, 18 latek może kupić strzelbę ale żeby pić musisz mieć 21 lat. Przy wejściach do barów sprawdza się "ID", nawet jeśli wyraźnie widać że ma się powyżej 21 lat.
Oczywiście nie możesz nosić otwartych napojów alkoholowych ale jak wsadzisz je do papierowej torby, wtedy jest ok.

11. Religijni Amerykanie.
Religijni ludzie w Europie są normalni, to sprawa duchowa, coś prywatnego, są to nowocześni ludzie którzy znajdują równowagę pomiędzy religią i "modernizmem". W Stanach z niektórymi bardzo religijnymi ludźmi nie idzie rozmawiać o czymś innym, nie słysząc wspomnień o ich religii.

12. Korporacje wciąż wygrywają, małe firmy nie.
Pełno jest restauracji sieciówek, ale czasami ciężko o małe sklepy, prywatne biznesy, jeżeli jest się w centrum miasta (nie wiem czy dobrze to zrozumiałem).

13. Kraj zaprojektowany dla aut, nie dla ludzi.
Wielkie odległości, czasami brak chodników. Wiadomo, bez auta, żyjąc na przedmieściach nie damy sobie rady, nawet do najbliższego sklepu trzeba czasami jechać autem. (Mi osobiście te duże odległości i przestrzenie są jedną z tych rzeczy które podobają mi się w stanach, co do takiej sytuacji w USA i ogólnie w miastach polecam darmowego ebooka "Miasto w ruchu", o negatywach miastach zaprojektowanych dla aut a nie dla ludzi, korkach itp.)

14. Zawsze w pośpiechu.
Czas to pieniądz, Amerykanie są punktualni, ale również są w ciągłym pośpiechu. Brak cierpliwości, czasami ludzie w USA nawet jeśli mają kasę to nie są tak szczęśliwi jak ludzie w innych krajach żyjący nawet gorzej, w USA wciąż pracują i są w pośpiechu.

15. Obsesja na punkcie pieniędzy.
Znowu pieniądze, niektórzy nie podróżują bo myślą że wymaga to dziesiątek tysięcy dolarów, nie cieszą się dniem żeby nie ominęła ich okazja na biznes. Znów, ludzie bogatsi - nie koniecznie szczęśliwsi.

16. Niezdrowe porcje.
W Afryce głodują, a w Stanach jedzą za dużo i tyją, to chyba wie każdy. Kupisz napój gazowany - masz darmowe dolewki, więc czujesz się zobowiązany do picia więcej, "żeby się nie zmarnowało". Często jeśli kupujesz coś do jedzenie, dostajesz gratisy, 2L mleka taniej niż 1L itp. w efekcie końcowym mieszkając tam bardzo łatwo przytyć, a może nawet ciężko tam nie przytyć.

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11190
Rejestracja: 24-10-07, 22:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europ

Post autor: hiob » 30-12-11, 03:53

dragon45 pisze: Moglbys sie jakos odniesc na te punkty. Niektore z nich zaskoczyly mnie. Chodzi mi o to ile w nich jest prawdy.
Prawdę mówiąc to prawdy tam jest bardzo niewiele. Nawet, gdy fakty są prawdziwe, interpretacja ich przez autora tego postu jest zupełnie bez sensu. Ale po kolei:

1. Amerykanie są zbyt wrażliwi.
Tutaj mowa ogólnie o politycznej poprawności, te takie "sztuczne uśmiechy" zamiast powiedzenie wprost prawdy.

1. Americans are way too sensitive

Sometimes I wonder if political correctness is in your constitution. I found out very quickly in my first visit that I had to bite my tongue pretty much all the time, and (more annoyingly) that nobody was ever straight with me.

It seems that speaking your mind to individuals is a major taboo. You can’t tell a friend straight when he has fucked up, nobody will ever tell you that you look fat (oversensitivity with not telling obese people to get their act together is a major contributor in my opinion to why there are so many of them in the states), and there’s way too much euphemism to avoid the hard truth.

To a certain extent, I can understand it – America generally does a great job of preventing people from singling out ethnic groups and toning down hate speech. But it waters it down far too much at the individual level.

A lot of Americans I met feel very lonely, and I feel this is a major reason. You may never find a boy/girlfriend if a friend who knows you well and supposedly cares about you, doesn’t tell you the hard facts of what makes you so damn annoying… so that you can change it! Being insulting for the sake of it is needless aggression. But constructive criticism is what friends are for.

The one time in my entire last three months that someone was straight with me was when my friend Karol Gajda gave me some tips to improve my presentation in future after I gave a TEDx talk, while everyone else was doing nothing but massaging my ego. It was really useful advice but it caught me off guard because I was used to months of…
Według mnie kompletny nonsens. Oczywiście ja nie przebywałem w towarzystwie, w którym on przebywał i ja sam mam tu bardzo niewielkie doświadczenie, będąc samotnikiem, ale moja żona pracuje z Amerykankami i też stwierdza, że to jest bzdura. One się nawzajem krytykują cały czas i nikt się o to nie obraża.

Pewno, że nikt nie podejdzie do obcej osoby i nie powie jej: "ale grubo wyglądasz". Myślę, że nikt tego nie zrobi nie tylko w USA, ale w żadnym innym miejscu na świecie. Natomiast rady wśród koleżanek na temat tego jak wyglądają, co powinny zmienić, a w czym im jest dobrze są tu na porządku dziennym.
2. Wszystko jest "niesamowite"! ("awesome")
Nadużywanie słowa awesome, przez używanie takich słów w każdej okazji straciły one swoje znaczenie, taki wypełniacz, coś jak "nice", "great".

2. Everything is “awesome"!

I really hate the word awesome. It used to mean “that which inspires awe", but in the states it means nothing! It doesn’t even mean good - it’s just a word – a filler, like “um" or “y’know".

This is the stereotypical American cheesy word, and I heard it until my ears started to bleed. Too many over-the-top positive adjectives like this get thrown around so much that they really mean nothing.

And when you ask someone “How are you?" the answer will inevitably be “great!" even if they are far from it.

When you start using excessive positivity it waters down the meaning, and those words become neutral. Then what do you do when you need to express true positivity? Of course, when someone says they are “OK, I guess" then you know things are pear shaped! I don’t think “bad" is in America’s vocabulary.

Nie bardzo rozumiem zarzut. Przede wszystkim nie wszystko jest "awesome". Wystarczy pogadać o polityce, albo włączyć CB radio, by usłyszeć, że Amerykanie potrafią biadolić nie gorzej od naszych rodaków. Natomiast prawdą jest, że na pytanie "How are you" zawsze się otrzymuje odpowiedź "dobrze". Bo taki tu zwyczaj. Każdy rozumie, że to grzecznościowa formułka, a nie pytanie o wyniki ostatniego badania kontrolnego u urologa.
3. Uśmiech nic nie znaczy.
Sztuczne uśmiechy, nawet wśród obcych. Jeżeli nie uśmiechniesz się do obcego sąsiada to znaczy że jesteś niemiły. Podobnie jak nadużywanie tych "super słów" uśmiech traci swoje znaczenie jeśli uśmiechasz się do każdej napotkanej osoby.

But nothing beats America’s over-positivity more than this:
3. Smiles mean NOTHING

When I meet Americans abroad, one of their biggest complaints are along the lines of “nobody smiles on Prague’s trams!" “That waitress was so rude to me! She didn’t even smile!"

Goddamnit America – I have the opposite complaint for you. You guys smile way too much. It’s fucking annoying! How can you tell when someone means it? And why the hell would a stranger doing a crossword puzzle on public transport want to look giddy?

When people smile in Europe it means something. For example, because Germans don’t go around looking like an American toothpaste commercial when I was with them and they smiled, it lit up the room – you know it’s genuine and you can’t help but smile back, because you are genuinely happy. You’ve shared a joke, or a funny story or you are in love etc.

But all the time? When you smile all the time in public it means nothing. Apparently a smile releases endorphins, but if your face is stuck that way I’m sure your dreams of a natural high will fade soon. I’d rather focus on trying to make my life better and have reasons to smile than lie to myself and the world.

Despite how surly I sound in this post, because complaining is the theme of the article, the fact that I vent when I mean it, means that when you see me happy you know I’m truly happy. And that is indeed a lot of the time :) But not all of it!
Kolejny absurdalny zarzut. To prawda, że obcy ludzie się tu do siebie uśmiechają. Prawda, że uśmiechają się kelnerki do klientów. Ale na czym ten zarzut polega? O co tu chodzi? Czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach naprawdę uważa, że świat jest lepszy, gdy wszyscy patrzymy na siebie wilkiem? I co z tego, że uśmiech kelnerki wynika z obowiązku? Taki obowiązek zresztą bardzo szybko staje się naszą drugą naturą i kelnerki należą do najmilszych osób na świecie. Nawet, gdy to "honey" i "darling" nie do końca jest szczere.
4. Dawanie napiwków.
Irytujący kelnerzy którzy chodzą za tobą i pytają czy wszystko w porządku, w Europie to ty wołasz kelnera kiedy potrzebujesz, a tam co chwila się pyta czy czegoś nie trzeba, bo chciałby napiwek. Jeżeli w stanach kelner będzie dla Ciebie nie miły, to prawdopodobnie dla tego że nie dałeś mu napiwku.

4. Tipping

While it’s a perk for most of you, for me it was terribly annoying to be in restaurants and having a waitress interrupt me every 3 minutes asking me if everything is OK. I’d have to feign a smile and thumbs up to make her go away since my mouth was always full. I really don’t see the point – if you’ve given me the wrong order or if I suddenly realise I’m dying from an allergic reaction to your food, you’ll know it long before those 3 minutes are up.

Eating out is always an annoying experience because of this. In the rest of the world we call the server over when we need something. If this was genuine interest, or if the person was trying to be friendly that would be cool, but that’s not what it’s about. In fact, it’s all down to “subtle" reminders that this person wants you to tip them.

This drove me crazy – I really think tipping as a means of waitresses and others earning the vast majority of their living is ridiculous. If I have to pay, say 15% anyway, then include it in the bill! It’s not a bloody tip if it’s mandatory!!!

Once again, one huge complaint I hear in other countries is how rude waitresses are, and Americans claim it’s because they aren’t tipped. Instead of getting tipped they earn a wage like everyone else, and do their job and if they do it bad enough they’ll get fired. But apparently not pestering you every minute and not smiling like you are in a Ms. World competition means you are “rude".

I think the basic concept of tipping is nice – if someone does a top-notch job, sure, throw them an extra few cents or a dollar – but I just see it as a complex system of tax evasion for both restaurants and workers in the states. Some people ludicrously suggest that it makes it cheaper that the restaurant doesn’t have to charge more, but you’re paying the difference anyway.

Kolejna bzdura. Jak to kelner nie będzie dla mnie miły, jak mu nie dałem napiwku? Przede wszystkim on o tym nie będzie wiedział, aż do momentu, gdy będę wychodził z knajpy. Poza tym w USA kelnerzy żyją z napiwków. Są knajpy, i to zwykle dobre knajpy, gdzie kelner otrzymuje 0 pensji od pracodawcy. Jedyny jego zarobek to napiwki. (Prawo nakazuje płacić minimalną stawkę, ale ponieważ od napiwków należy też zapłacić podatki, pracodawcy uznają, że suma podatku, jaki odciągają z zarobków kelnerów równa się minimalnej stawce, jaką oni nominalnie zarabiają, więc cała ich pensja idzie do Wuja Sama, a do domu mogą zabrać tylko to, co otrzymali jako tip).

Ponadto zdecydowana większość ludzi płaci w knajpie kartą kredytową, także tak się daje napiwek. Po prostu otrzymuje się wydruk-rachunek, dopisuje się ręcznie sumę napiwku i tyle ściągają z karty. Tak zapłacony napiwek nie idzie do naszego, konkretnego kelnera, ale do puli, z której jest rozdzielany na kelnerów, barmanów i hostessy.

Po trzecie najbardziej irytujących kelnerów w swoim życiu spotkałem w Krakowie, w Willi Decjusza. Wręcz poprosiliśmy ich, by odeszli od stolika, bo nie można było swobodnie rozmawiać. Prawdą jest, że w USA nie czeka się godzinami, aż się jakiś kelner zjawi, ale też prawdą jest, że tylko co kilka- kilkanaście minut się zjawia, dolewając wodę i inne napoje i pytając, czy wszystko jest OK. Nie bardzo wiem, co w tym złego?

5. Wszędzie fałszywe ceny.
Wszędzie gdzie są podane ceny nie ma wliczonego podatku "tax", takiego ichniego VATu. Tak czy inaczej u nas VAT wynosi 22% a u nich TAX bodajże 7%.


5. False prices on everything

Tipping is just the peak of the iceberg.

It’s all one big marketing scam to make people feel like they are paying less. The price you see on a menu is nothing compared to what you’ll actually pay. Apart from tipping, you have to of course pay taxes.

Now taxes are things that you simply have to pay on items you purchase – it’s how governments work all around the world. So why hide it from us? It boggles my mind that places refuse to include the tax in prices. The price they state is pretty much useless. It’s just saying “this is how much we get from what you pay, but you’ll actually pay more".

I don’t give a flying toss how much YOU get, I want to know how much I have to pay! How much money… do you want me… to hand to you? Do I really have to spell this out?

The most laughable of all of these is the “dollar store". We have this thing in Ireland called the €2 shop. You can walk in with a single €2 coin and walk out with something. If you have a single dollar, you will be turned away from a “dollar" store though. It’s a dollar… that they earn not that you pay. Do you follow? The only thing that matters is the business’s perspective.

Airlines are the worst of all though. While in Europe some airlines are pretty bad with added fees, at least you’ll see them when it’s time to pay. The crazy thing for me flying in the states (since I have check-in luggage) was that I would pay… and then I’d pay again later.

It’s nothing but a large scale marketing scam. Make the price seem cheaper, which is lying to people. One great way to get people in more debt is to make them feel like they are spending less, but add the rest when it comes time to hand over the cash.
Fałszywe? Fałszywe byłyby, gdyby nas ktoś oszukiwał. Fałszywe, to są w Europie, gdy płacimy za coś sto złotych, a tak naprawdę produkt kosztuje złotych osiemdziesiąt, a reszta to jest podatek. Tu przynajmniej sprawa jest uczciwa: Podaje się cenę produktu, a podatek doliczany jest w kasie i wyraźnie widoczny na rachunku. Pewnie dlatego u nas podatki tego typu nie przekraczają 10 procent, a w Europie VAT zwykle jest większy, iż 20%.

Autor pisze, że mają w Irlandii "€2 shops" i zachwyca się, że może tam wejść z monetą €2 i kupić coś, a w USA w "dollar store" kupuje coś za dolara i musi zapłacić, powiedzmy, $1,07. Zapomniał jedynie dodać, że to najprawdopodobniej jest ten sam produkt, za który tu zapłacił 1,07 dolara, a w Irlandii $2,3 I co mu się w USA nie podoba?

6. Dużo natarczywych reklam.
W Polsce ludzie narzekają na reklamy na Polsacie, a tam co kilka minut serialu masz przerwę i serię reklam z wariatami krzyczącymi jak to oni nie są zadowoleni z jakiegoś produktu. Amerykanie to geniusze marketingu, można to zobaczyć w kasynach Las Vegas, brak okien i zegarów, labirynt taki że ciężko odnaleźć wyjście itp. wszystko po to by nie czuć płynącego czasu i zostać jak najdłużej.

6. Cheesy in-your-face marketing

I feel like scraping out my eyes with toothpicks when I’m forced to endure advertising in America. Make it stop.

Most Americans aren’t even aware of it – it’s on all the time so much that it becomes nothing more than background noise. And this means that advertisers have to be even louder to get through to people. It’s a vicious circle that drives any non-American not used to it bonkers.

BUT WAIT THERE’S MORE!

I decided to watch an episode of House one evening on TV. Up until then I had only really seen American shows online with advertising removed or back in Europe with European advertising inserted.

Holy shit.

Every few minutes you get torn out of the show and bombarded with irrelevant spam, and “awesome" images of people who practically experience orgasms as soon as they buy product X, that is (of course) on special offer just right now. And if it’s anything medical you get a super fast voice spur every kind of medical complaint you can imagine that his product will create as a side-effect. But at least the cheesy model is still happy, so it’s probably not so important.

Some of my American blogger friends apply this to the online world and cover their site with flashing or aggressive banners, and a writing style that is psychologically very effective to make a sale, but damn is it annoying. One online pet-peeve of mine is email pop-up sign-up forms, which you can justify with marketing stats, as long as you ignore how much you piss off people you don’t “convert". I’d recommend you install Randy‘s Stoppity plugin for Firefox or Chrome to turn those off.

And here’s the thing: Americans are marketing geniuses. This can never be disputed. Every time I went to buy just a carton of milk, something about the supermarket that’s different to what I’m used to gravitated me towards some expensive garbage I didn’t need and I almost bought it, or did buy it, feeling very stupid as I walked out.

If you are in Las Vegas you’ll see how skilled they are at this manipulation by how they design the casinos. No windows, no clocks, impossible to find exits, no way to get where you want to go without walking through slot machines, the slot machines themselves have lots of shiny lights and bouncy music to entice you. You feel like you are being hypnotised. They know exactly what they are doing and have the billions of dollars to prove it.

But it’s still manipulation, and to those of us not used to the loudness it’s plain cheesy. Every corner of America is plastered with some kind of advertising or sponsorship, and I feel so at peace now that I’ve left. No more random phonecalls on any landline (including hotels I was paying for) with a recorded voice to try to pitch me something and no more spam promotional brochures taking over my physical mailbox.
A w TVN-ie nie ma wielu natarczywych reklam? Zgadzam się, że pewnie tych reklam jest dużo. Trudno mi zaprzeczyć, czy potwierdzić, telewizji praktycznie nie oglądam. Ale czy w Europie jest inaczej?
7. Marnotrawny konsumpcjonizm.
Tutaj mowa np. o kupowaniu coraz to nowszego iPhone'a albo Mac'a - wszyscy kupują to co nowsze i droższe nawet jeśli nie muszą lub tego nie potrzebują, marnują kasę.

7. Wasteful consumerism

Some of the consumerism is difficult to avoid when you are flooded with advertising, but some of it really is entirely the person’s own fault for being so wasteful.

The best example I can think of by far is Apple fanboyism. So many Americans waste so much cash to have the latest iteration of Apple’s iPhone, iPad, or Macbook. When you buy one that’s fine – I personally don’t like Apple products (I find the operating system too restrictive), but there are many good arguments for why it could be better. I also like to have a good smartphone and laptop for example, and I’m as much a consumer as you if you happen to have an Apple equivalent.

The problem is when you replace your iPhone 4 with an iPhone 4S, and do it along with an army of millions of other sheep for no good reason. It’s pointless and wasteful consumerism at its best.

I actually took advantage of this when I was in Austin this year. I waited until the day the iPad 2 was announced and as I predicted there were 20 new ads per minute on Craigslist in that city alone from desperate fanboys trying to sell their iPad 1. Since my laptop is so big (I consider it a portable desktop), it was worth my while to invest in a tablet and I convinced one idiot to sell me his with a bluetooth keyboard case for $250. (I’ve written a few blog posts on it in cafés so it was worth my investment) He was so desperate to have the latest version that was ever so slightly thinner and faster, and with a camera that makes you look like an idiot when you point your iPad at something, but otherwise basically exactly the same.

Personally I only replace my smartphone when I break the other one from travel stress or dropping it in an ocean etc. I’m also a consumer though, and will occasionally buy stuff that I don’t need, but replacing something I have for something marginally better for a large price is something I can never understand.

What makes it worse is that these people sometimes claim to not have much money and Apple products are added to their “necessities" list. The gobshite I bought my iPad from sighed when I told him what I do, and he said that he wished he had the money to travel. I wish he had the common sense to realise that if he stopped wasting his money he’d have plenty left over.
Kolejny absurdalny zarzut. Być może autor rzeczywiście kupuje nowy telefon, gdy stary mu wpadnie do oceanu, ale to wcale nie znaczy, że wszyscy w Europie są tacy jak on, a wszyscy w USA tacy, jak stereotyp, który on opisuje. Ja do dziś tęsknię za starą Nokią i jakby nadal były dostępne takie telefony, natychmiast bym ją odzyskał.

A to, że się wymienia nowe telefony na jeszcze nowsze często wynika z tego, że te nowsze oferowane są za jednego centa w promocji.
8. Idiotyczne amerykańskie stereotypy na temat innych krajów.
No wiadomo, mają stereotypy na temat każdego kraju. Tutaj był podany przykład, koleś gada z Amerykaninem i mówi że jest z Irlandii, na co tamten "Wow, wy to umiecie pić!", Irlandczyk do niego "właściwie to nie piję", na co Amerykanin "ee, no to nie jesteś prawdziwym irlandczykiem".

8. Idiotic American stereotypes of other countries

Many of us have seen videos online of Americans arsing up basic questions of international geography. I went out of my way to avoid people that stupid – my beef is with the supposedly educated ones.

Luckily, Americans you meet abroad tend to be much cleverer, but meeting those who haven’t travelled made my head hurt with the amount of facepalms I’d have to do.

Now, I know there are 300 million of you, but I have had this exact same conversation on both the east and west coast, and in the mid-west and south:

“Hi, I’m Benny"

“Awesome! I’m X. Where are you from?"

“Ireland"

“Wow! You guys certainly know how to drink!"

“Actually, I don’t drink"

“Oh, you’re not really Irish then, are you!"

Again, and again and again… and again. The same idiotic script – I knew it was coming every time. They demanded to see my passport, said that I’m the only Irish guy they’ve ever met who doesn’t drink (and very stupidly then admitted that I was the ONLY Irish guy they ever met!!) or had visited Ireland and spent all their time in Temple Bar (not even leaving Dublin), confirming that all Irish people are drunkards.

This is just one of the many idiotic things they would say, which of course annoyed me the most.

A few others I’ve gotten include:

How was the boat ride over here? [Surprised that we have airports in Ireland - I must have arrived in rags in New York harbour of course]
Too many people insisting that Ireland was part of the UK. They actually argued it with me!!
Did I have to check my car for IRA bombs when I was growing up? (there were so many things wrong with this)
Surprised that I knew more about technology than they did. Aren’t we all potato farmers in Ireland?

Whenever someone said anything about Ireland I’d always try to change the subject immediately or they’d quickly find out how blunt I can be.

Edit: If you think this is hypocritical, I’d argue that this post is NOT filled with stereotypes because it’s based on my actual experience in hanging out with thousands of you. Americans who stereotype us Irish (and other nationalities) have generally never been there, or at best “seen" (not spent time with) a couple of tourists. Stereotyping is based on hearsay and misinformation, and almost always from total lack of contact, or only superficial contact with the people you stereotype.

I’m not talking about Americans being all loud and war mongers and only eating at McDonald’s and all being stupid etc. (typical American stereotypes), because these just aren’t true for many people. I’m talking about what I’ve actually experienced from normal people in every day situations after an entire year of living and working in America.
No proszę! Pan Irlandczyk pisze długi post, pełen idiotycznych stereotypów na temat Amerykanów i zarzuca im, że są pełni idiotycznych stereotypów na temat Irlandczyków? Interesujące...

A w Polsce? Gdzie to powstają te dowcipy zaczynające się "Polak, Niemiec i Rusek...". Czy one nie są pełne stereotypów? A w Innych krajach europy nie ma takich stereotypów? Czy to tylko problem Ameryki?
9. Dziedzictwo.
Żaden Amerykanin jakiego spotkasz nie jest w pełni Amerykaninem. Jest w 1/4 polakiem, w trzech siedemnastych Włochem, bla bla jeszcze 10 innych krajów, no i oczywiście w połowie Irlandczykiem. Do tego zaliczają się też gadaniny ludzi mówiących że jedna dwunasta Irlandzkiej krwi czyni z nich dobrymi w piciu alkoholi, a włoska część sprawia że mają temperament -,-.

9. Heritage

Every American you meet is not actually American. They are a fourth Polish, 3/17 Italian, ten other random countries, and then of course half Irish. Since Ireland is more homogenous, it’s hard for me to appreciate this, so honestly I don’t really care if your great grandfather’s dog walker’s best friend’s roommate was Irish. I really don’t.

The amount of “Oh my gaaawwwd, me too!!" retorts I heard when I said I was Irish is quite silly. I use country adjectives more restrictively than Americans do, so this was quite the pet peeve of mine. I finally learned that “I’m from Ireland" means what I wanted to say to them better than “I’m Irish" does.

I don’t want to say I don’t respect people’s rich heritage (a nice mixture makes a country more interesting; the melting pot of cultures and skin colours is one reason why Brazil is my favourite country for example), but when people start talking about it as if it were genetics and their Italian part makes them more passionate and their Irish part makes them good drinkers I really do have to roll my eyes.

Edit: Commenters keep pointing out that it’s a language difference, so “Irish" actually means “Irish American" as I’d understand it. That’s fine, but I’m trying to convey that foreigners find this annoying. There is no right or wrong, but it’s important to realise that rephrasing it or saying “I have Irish/Italian heritage" may be more appropriate if you are talking to someone from that country. This is especially true if speaking other languages.
Kolejny bzdurny zarzut sfrustrowanego Irlandczyka. Amerykanie są dumni ze swych korzeni. I jak spotykają Irlandczyka z Irlandii, z dumą mówią że są w jednej ósmej, czy w połowie Irlandczykami. Ale czemu to ma kogoś denerwować?

I co ma oznaczać stwierdzenie, że nie są oni Amerykanami? Na naszej uliczce mieszkało małżeństwo, polskie nazwisko, przyjechali tu z Pensylwanii. Gdy z nimi rozmawialiśmy, z dumą powiedzieli, że ich dziadkowie przyjechali z Polski. Ale poza polskim nazwiskiem i dumą ze swego pochodzenia nic polskiego im nie zostało. Czy przez to są mniej Amerykanami, że płynie w nich polska krew?

10. Sprawdzanie dowodów i głupie prawo co do spożywania alkoholu.
16 latek może mieć prawo jazdy, 18 latek może kupić strzelbę ale żeby pić musisz mieć 21 lat. Przy wejściach do barów sprawdza się "ID", nawet jeśli wyraźnie widać że ma się powyżej 21 lat.
Oczywiście nie możesz nosić otwartych napojów alkoholowych ale jak wsadzisz je do papierowej torby, wtedy jest ok.

10. ID checks & stupid drinking laws

Seriously, I promise I’m not 12. Please let me into the nightclub!

I’ve even seen 60 year olds get IDed. Nowhere else in the world do they ID me now that I’m clearly in my late 20s. A few times I haven’t had my passport (the most important document I own that I really don’t want to get beer spilled over) in my jeans pocket and have simply been refused entry.

I find it incredible that drinking age is 21, but you give 16 year olds licenses to drive cars and you can buy a rifle at age 18. And you can’t walk around outside with an open drink in most states (but apparently putting it in a brown bag while you drink it makes it OK). I don’t even drink, and I find these laws nonsensical.
Kolejny absurdalny zarzut. I pan Irlandczyk dziwi się, że mamy takie stereotypy o Irlandczykach? Że pijacy? Co złego w tym, że legalny wiek dla pijących to 21? Czy naprawdę uważa on, że nie ma nic złego w tym, jak osiemnastolatek się upija?

A co do picia z papierowej torby, to pragnę zauważyć, że przepis o zakazie picia w miejscach publicznych ma też rolę wychowawczą. Chodzi o to, by nie dawać złego przykładu. A pijąc z butelki schowanej w papierowej torbie nie reklamujemy żadnego alkoholowego drinka.

I jeszcze coś.... 92-latce odmówiono sprzedaży butelki whiskey, bo nie miała przy sobie dokumentu potwierdzającego, że jest pełnoletnia. Tylko... Tylko, że to nie było w USA, ale w Anglii: http://www.zycie.senior.pl/147,0,92-lat ... 12935.html

11. Religijni Amerykanie.
Religijni ludzie w Europie są normalni, to sprawa duchowa, coś prywatnego, są to nowocześni ludzie którzy znajdują równowagę pomiędzy religią i "modernizmem". W Stanach z niektórymi bardzo religijnymi ludźmi nie idzie rozmawiać o czymś innym, nie słysząc wspomnień o ich religii.

11. Religious Americans

Look – I grew up in a religious town in Ireland, went to an all boys Catholic school, and some of my friends in Europe are religious. Even if I’m not religious myself, it’s up to everyone to decide what they believe in. I find religious people in Europe to be NORMAL – it’s a spiritual thing, or something they tend to keep to themselves, and are very modern people with a great balance of religion and modernism.

But I can’t stand certain Christian affiliations of religious Americans. It’s Jesus this and Jesus that all the bloody time. You really can’t have a normal conversation with them. It’s in your face religion, and they replace hard science with scripture in the classroom. They really need to tone it down.
Oj gryzie niektórych, gryzie to, że są ludzie, dla których Jezus jest najważniejszy. Nie byłoby problemu, gdyby gadali caly czas o swoim ulubionym zespole sportowym, czy o swoim zwierzaku, czy o polityce, ale religia? O nie! Jak można! Ci fanatycy muszą koniecznie stonować swoje wypowiedzi! Najlepiej do szeptu.

Niektórym się wydaje, że z religią powinno być jak ze śliną. Każdy powinien jej trochę mieć, ale koniecznie powinien ją trzymać przy sobie. Za zębami. A tymczasem ja i wiele innych ludzi, nie tylko w Ameryce, widzimy to inaczej. Ja to widzę tak: Jak się Kogoś kocha, to nie można o Nim przestać mówić.
12. Korporacje wciąż wygrywają, małe firmy nie.
Pełno jest restauracji sieciówek, ale czasami ciężko o małe sklepy, prywatne biznesy, jeżeli jest się w centrum miasta (nie wiem czy dobrze to zrozumiałem).

12. Corporations win all the time, not small businesses

While there are many arguments against everything working towards there simply being a bunch of large corporations competing with one another, my biggest problem is in terms of availability.

When you get your food from Walmart or Wholefoods, and nowhere else, these places grow and will be separated by a reasonable driving distance for greatest scope. But between them? It’s a wasteland.

I was in downtown Chicago one day and wanted to simply get a bite to eat, but after walking around for an hour the only affordable option I could find was Dunkin Donuts. There are plenty of excellent cheap places to eat in Chicago, but you need to drive to them, or be in a specific part of the city with lots of restaurants. There’s too much competition between the big guys for a large number of little guys to sprinkle themselves conveniently throughout cities.

If you plonk me in any major city in Europe, I’ll find food in minutes. If you do the same in America, even downtown and presuming it isn’t a specific restaurant district, and don’t give me a cell phone or a car, I could starve to death.
Tu są dwa zarzuty. Pierwszy taki, że wielkie korporacje wygryzają małe, rodzinne biznesy, drugi taki, że jak się nie jest akurat tam, gdzie są restauracje, to można godzinę spacerować po centrum Chicago i nie znaleźć taniej restauracji.

Pierwszy zarzut prawdziwy, choć nie bardzo wiem dla czego ma to być zarzut. Tak działa wolny rynek. Male biznesy padają, bo wielkie korporacje robią to lepiej i nikt nie wspomaga swoimi pieniędzmi małych biznesów. Samo życie.

Drugi zarzut bez sensu. Downtown Chicago jest pełne tanich knajpek, fast foodów, a do tego większość z nich dostarcza jedzenie do domu/hotelu. Więc Irlandczyk z pewnością nie umarłby z głodu. Wystarczyłoby by zapytał w lobby hotelowym i nie musiałby wypisywać bredni.
13. Kraj zaprojektowany dla aut, nie dla ludzi.
Wielkie odległości, czasami brak chodników. Wiadomo, bez auta, żyjąc na przedmieściach nie damy sobie rady, nawet do najbliższego sklepu trzeba czasami jechać autem. (Mi osobiście te duże odległości i przestrzenie są jedną z tych rzeczy które podobają mi się w stanach, co do takiej sytuacji w USA i ogólnie w miastach polecam darmowego ebooka "Miasto w ruchu", o negatywach miastach zaprojektowanych dla aut a nie dla ludzi, korkach itp.)

13. A country designed for cars, not humans

One of my biggest issues in the states has been how terrible a place it is for pedestrians. It’s the worst place in the entire world to live in if you don’t own a car.

On previous trips to the states I’ve had it rough – relying on sub-par public transport (which is at least workable in certain major cities, but almost never first world standard in my opinion), or relying on a friend the entire time. You can’t do anything without a car in most cases. With rare exceptions (like San Francisco), all shops, affordable restaurants, supermarkets, electronics etc. are miles away. You rarely have corner shops (and if you do they are way more expensive than supermarkets).

I find it laughable that Austin is rated as among the most “walkable" cities in the states. Living just outside the centre, but within walking distance, meant that I had a stretch of my path with no pavement, and a little further out I had to walk on grass to get to a bus stop.

What struck me as the most eerie thing of all is that I felt very much alone when walking in any American city. In many cases I’d be the only pedestrian in the entire block, even if it was in the middle of the week downtown! The country is really designed to get in your car, drive to your destination and get out there. No walk-abouts.

Going for a walk to find food serendipitously (as I would in any European city) was a terrible idea every time without checking Yelp.com in advance.

For this last trip, I did actually rent a car for most of my stay (I didn’t even have a driving license before this trip, which most Americans find hard to grasp), and everything was so much more convenient, but I really did feel like I was only ever using my feet to work the gas pedal, and I will not miss it at all.
Tu się zgodzę. Życie bez samochodu, poza takimi wyjątkami, jak Manhattan, jest niemalże niemożliwe. Jeżdżą tu wszystkie nastolatki i jeżdżą osoby w wieku ponad 90 lat, bo nie bardzo mają inne wyjście.
14. Zawsze w pośpiechu.
Czas to pieniądz, Amerykanie są punktualni, ale również są w ciągłym pośpiechu. Brak cierpliwości, czasami ludzie w USA nawet jeśli mają kasę to nie są tak szczęśliwi jak ludzie w innych krajach żyjący nawet gorzej, w USA wciąż pracują i są w pośpiechu.

14. Always in a hurry

So many things in America are rushed far too much my liking. Fast food is something we have all around the world now (thanks America…) but even in a posh sit-down restaurant your food will usually come out in less than five minutes after ordering! There are also obsessions with get-rich-quick and lose-fat-quick schemes, pills that solve all your problems after a single swallow, people cutting to the chase in casual conversations far too quickly (after the customary empty “How are you? Great!")

People don’t seem to have the patience to invest time to slowly improve things, unless it involves some kind of monetary investment.

Americans are also very punctual, because of course time is money. So many of them could do with stopping to smell the roses, and arriving late because they took their time.

Despite all the false positivity, I find Americans to be generally the most stressed out and unhappiest people on the planet. Despite all the resources, and all the money they have, they are sadder than people I know who can barely make ends meet in other countries, but still know how to live in the moment.

This rush to the finish line, to have your book published, or to have a million dollars in your bank account or to get that promotion, and to have that consume your life is something I find really sad.
Najwyraźniej ten Irlandczyk nie był w Montanie, czy Wyoming. Poza tym nie zgodzę się, że Amerykanie są najsmutniejszymi ludźmi, jakich on zna. To znaczy nie wiem jakich ludzi on zna, ale ja nie znam żadnych smutasów w USA. Wręcz przeciwnie, uważam, że Amerykanie należą do ludzi, którzy są szczęśliwi, uśmiechnięci i w porównaniu do nich np. Polacy robią wrażenie znacznie bardziej zmęczonych życiem, smutnych i narzekających na wszystko.
15. Obsesja na punkcie pieniędzy.
Znowu pieniądze, niektórzy nie podróżują bo myślą że wymaga to dziesiątek tysięcy dolarów, nie cieszą się dniem żeby nie ominęła ich okazja na biznes. Znów, ludzie bogatsi - nie koniecznie szczęśliwsi.

15. Obsession with money

I met far too many people who were more interested in their bank balance than their quality of life. People richer than I can possibly imagine, who are depressed. More money seems to be the only way they understand of solving problems. They don’t travel because they think they need tens of thousands of dollars, and they don’t enjoy their day because they may miss out on a business opportunity.
Hmm... Nie wiem kogo on poznał w Ameryce, ale to znowu obserwacja, z którą trudno mi się zgodzić. Amerykanie wiele podróżują, spędzają weekendy na nartach, w lecie nad oceanem, uwielbiają podróże wycieczkowymi statkami, jedzą bardzo często w restauracjach... Jaka obsesja? Może się trafiają tu ludzie obsesyjni na punkcie pieniędzy, ale ja częściej się spotykam z taką obsesją dyskutując z Polakami na czacie, w komentarzach pod moimi filmami na YT, niż wśród Amerykanów.

16. Niezdrowe porcje.
W Afryce głodują, a w Stanach jedzą za dużo i tyją, to chyba wie każdy. Kupisz napój gazowany - masz darmowe dolewki, więc czujesz się zobowiązany do picia więcej, "żeby się nie zmarnowało". Często jeśli kupujesz coś do jedzenie, dostajesz gratisy, 2L mleka taniej niż 1L itp. w efekcie końcowym mieszkając tam bardzo łatwo przytyć, a może nawet ciężko tam nie przytyć.

16. Unhealthy portions

Apart from people not being frank with those who are overweight, the biggest problem is that portions in restaurants are grossly overgenerous. Any time I ordered even a small portion I’d be totally full. Small means something completely different to me than it does to Americans. If you sit down in most places and order anything but an appetiser or a salad, you will eat more than you should.

I was brought up being reminded of starving children in Africa, so I feel guilty if I don’t clear my plate. This has been disastrous over the last few months and I’ve put on weight because of it! I should have asked for a “doggy bag" nearly all the time.

I’ve learned to stop ordering a soda entirely, because when places give you free refills, I feel like I should drink more… it’s free after all! Ugh.
To prawda, że w większości restauracji porcje są "uczciwe" i po zjedzeniu przekąski i sałaty, podawanej przed posiłkiem, człowiek praktycznie jest już najedzony. Ale po pierwsze nie musi się jeść przekąsek, po drugie zawsze można poprosić o "doggy bag" i zabrać część obiadu do domu, by go odgrzać następnego dnia, a po trzecie w Polsce, w takich knajpach, jak np. "Polskie Jadło" porcje też nie są dla krasnoludków... Choć fakt, że po obiedzie w Willi Decjusza wyszedłem głodny.

Jedna uwaga: Irlandczyk nie krytykuje dużych porcji dlatego, że w Afryce dzieci głosują, ale pisze, że sumienie mu nie pozwalało nic zostawiać na talerzu, bo tak był wychowany: Dzieci w Afryce głosują, więc nie wypada wyrzucać jedzenia. Zjedz zatem wszystko.
17. Thinking America is the best

Finally, one thing I find annoying is the warped view of America’s situation in the world.

Americans ask me all the time if I’m scared to be travelling in South America. I found it way scarier to walk around certain parts of downtown San Francisco or Chicago at night than I did even in downtown Recife (apparently one of the most dangerous cities in South America) – because at least there are people there. And I find it pretty scary to be in a country where pretty much anyone can legally buy a revolver.

I also keep hearing about America being the land of the free – it certainly was… 200 years ago. Most of western Europe is as free or more free, with opportunities for people at all levels. America is indeed a better place with a higher standard of living than most of the world, but free speech and tolerance for all is the norm in the western world as a rule, not just in America.

There is no best country. But those who go on about how America is number one, tend to be those who have never travelled or lightly travelled.

How about saying America is great or “awesome"? I think patriotism is an excellent quality to have, and we should all be proud of where we were born. But nationalism (believing other countries are inferior) is a terrible quality.
Tu Irlandczyk zarzuca Amerykanom, że uważają Amerykę za najwspanialszy kraj na świecie, że uważają, że inne kraje są bardziej niebezpieczne, że tylko w USA jest wolność i że Amerykanie są nie tyle patriotami, co nacjonalistami, bo uważają inne raje za gorsze.


Przede wszystkim nie zgodzę się z taką definicją nacjonalizmu. Prawdziwy patriota także uważa, że jego Ojczyzna jest lepsza od innych krajów. Natomiast prawdą jest, że wielu Amerykanów ma dość mgliste pojęcie o innych krajach. Jednak to nie jest tylko cecha Amerykanów. wystarczy zapytać przeciętnego Irlandczyka, co sądzi o Polsce...

Ale się napracowałem... Teraz tylko niech ktoś to podrzuci na wykop, na przykład do komentarzy pod wykopem, który tu komentujemy. Link do tego postu, który teraz czytacie, to

viewtopic.php?p=37840#37840
Ostatnio zmieniony 01-01-70, 01:00 przez hiob, łącznie zmieniany 2 razy.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

Baboon

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europ

Post autor: Baboon » 30-12-11, 04:35

hiob pisze:Prawdziwy patriota także uważa, że jego Ojczyzna jest lepsza od innych krajów.
Pozwolę sobie nie zgodzić się z ta tezą. Ja jako patriota nie uważam, że Polska jest lepsza od innych krajów. Uważam natomiast, że jest lepsza dla mnie. Bo jeżeli zaczniemy porównywać Polskę np z USA biorąc pod uwagę poszczególne obiektywne aspekty, to wynik będzie nędzny.

dragon45

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: dragon45 » 30-12-11, 13:55

Dzieki za odpowiedz. Faktycznie sporo sie napisales. Znasz moze jeszcze jakies stereotypy o ameryce np. ze jest tam niebespiecznie - zawsze sie zastanawiam z kad sie to wzielo ale z drugiej strony cos w tym musi byc poniewaz 1% spoleczenstwa siedzi we wiezieniu.

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11190
Rejestracja: 24-10-07, 22:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europ

Post autor: hiob » 30-12-11, 17:38

Baboon pisze:Ja jako patriota nie uważam, że Polska jest lepsza od innych krajów. Uważam natomiast, że jest lepsza dla mnie. Bo jeżeli zaczniemy porównywać Polskę np z USA biorąc pod uwagę poszczególne obiektywne aspekty, to wynik będzie nędzny.
Ja to widzę inaczej. Uważam, że moja rodzina jest lepsza od innych, bo znam jej ideały, wartości, jakie mi rodzice przekazali, wiem jak prowadzili swoje życie. Nie znaczy to, że patrzę z góry na inne rodziny, ale znaczy to, że wartości, które były nam drogie,w rodzinie Jaskierniów, cenię wyżej tych, które były ważne dla innych rodzin.

Podobnie z Polską. znając jej historię jestem z niej dumny. Podobają mi się nasze ideały. Dlatego uważam, że Polska jest "lepsza" od innych krajów, takich, jak, nie szukając daleko, Niemcy i Rosja. Polska nigdy nie zawodziła przyjaciół, jak to zrobiły Anglia i Francja w 39 roku. I choć i w Polsce znalazłyby się niezbyt chlubne momenty, to są one wyjątkami w pięknej historii naszej Ojczyzny.

I wcale nie uważam, że porównywanie Polski do USA dałoby "nędzny wynik". chyba, że masz na myśli status ekonomiczny tych państw, ale to akurat, według mnie, nie ma żadnego znaczenia. Co tu ma bieda, czy bogactwo do rzeczy? Duma z mojej ojczyzny, czy z mojej rodziny w ogóle nie zależy od ich statusu majątkowego.
dragon45 pisze: zawsze sie zastanawiam z kad sie to wzielo ale z drugiej strony cos w tym musi byc poniewaz 1% spoleczenstwa siedzi we wiezieniu.
To, że spory procent ludzi siedzi, może wynikać nie tylko z tego, że jest sporo przestępców, ale także z tego, że kodeks karny i siły policyjne są bardziej "restrykcyjne". Poza tym mogą być enklawy, getta, czy środowiska niebezpieczne, poza którymi może być bardzo bezpiecznie.

Trudno mi powiedzieć, która z tych sytuacji ma miejsce w USA, ale z pewnością po 30 latach zamieszkiwania tego kraju nie nazwałbym go niebezpiecznym. Tym bardziej, że przecież sypiałem w wielu dziwnych, często odludnych miejscach i podróżowałem po wszystkich stanach. Nigdzie nie czułem się jak człowiek zagrożony, czy będący w niebezpieczeństwie.
Ostatnio zmieniony 30-12-11, 17:40 przez hiob, łącznie zmieniany 1 raz.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

Wojciech_Domini
Przyjaciel forum
Posty: 317
Rejestracja: 27-12-08, 13:04
Lokalizacja: Kraków

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: Wojciech_Domini » 30-12-11, 20:53

To, że spory procent ludzi siedzi, może wynikać nie tylko z tego, że jest sporo przestępców, ale także z tego, że kodeks karny i siły policyjne są bardziej "restrykcyjne". Poza tym mogą być enklawy, getta, czy środowiska niebezpieczne, poza którymi może być bardzo bezpiecznie.

Trudno mi powiedzieć, która z tych sytuacji ma miejsce w USA, ale z pewnością po 30 latach zamieszkiwania tego kraju nie nazwałbym go niebezpiecznym. Tym bardziej, że przecież sypiałem w wielu dziwnych, często odludnych miejscach i podróżowałem po wszystkich stanach. Nigdzie nie czułem się jak człowiek zagrożony, czy będący w niebezpieczeństwie.
Być może zrobię off top ale interesuje mnie kwestia bezpieczeństwa w mieście Detroit które posiada czarnoskórego burmistrza i 80 % mieszkańców jest Afroamerykanami. Zarazem miasto aspiruje "do najbardziej zrujnowanego w całych Stanach". Brat pracujący w okolicach Wielkich Jezior był nie raz przestrzegany przez Amerykanów by nigdy tam nie jechał. Jak tam jest z tym bezpieczeństwem?

Pozdrawiam serdecznie!

nevesu
Przyjaciel forum
Posty: 174
Rejestracja: 13-02-11, 20:22
Lokalizacja: Mrągowo

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: nevesu » 30-12-11, 21:25

Też widziałem ten tekst i również mnie on zaciekawił.

Dzięki Hiobie, za odpowiedź, widać, nie ma co się sugerować gadaniem, ale samemu się przekonać.

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11190
Rejestracja: 24-10-07, 22:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: hiob » 30-12-11, 21:57

Wojciech_Domini pisze:
Być może zrobię off top ale interesuje mnie kwestia bezpieczeństwa w mieście Detroit które posiada czarnoskórego burmistrza i 80 % mieszkańców jest Afroamerykanami. Zarazem miasto aspiruje "do najbardziej zrujnowanego w całych Stanach". Brat pracujący w okolicach Wielkich Jezior był nie raz przestrzegany przez Amerykanów by nigdy tam nie jechał. Jak tam jest z tym bezpieczeństwem?

Pozdrawiam serdecznie!
Nie znam statystyk, więc trudno mi powiedzieć, ale jak ostatnio byłem w Detroit, nie zauważyłem ani żadnych ruin, opuszczonych dzielnic, w ogóle niczego wskazującego na upadek miasta. Pewnie takie regiony są także, ale to ciągle jest olbrzymia, tętniąca życiem metropolia.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

Writer

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: Writer » 31-12-11, 17:14

Bardzo fajna "riposta" co do tych stereotypów napisanych przez Irlandczyka, dobrze się czyta, przy okazji zarejestrowałem się na forum Hioba bo widzę że warto :).

Pozdrawiam, i życzę Szczęśliwego Nowego Roku :) (autor skróconego "tłumaczenia" na Wykopie).
Ostatnio zmieniony 31-12-11, 17:14 przez Writer, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11190
Rejestracja: 24-10-07, 22:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: hiob » 31-12-11, 19:38

Writer, witaj. cieszę się, że tu zawitałeś.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

Awatar użytkownika
Poet of de Fall
Przyjaciel forum
Posty: 291
Rejestracja: 26-07-12, 20:32
Lokalizacja: Warsaw

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: Poet of de Fall » 08-09-12, 19:13

hiob pisze: olbrzymia, tętniąca życiem metropolia.
Miasto wielkości Krakowa nazywasz olbrzymią metropolią? W takim razie jak nazwiesz Londyn, Tokio czy Nowy Jork?
Ostatnio zmieniony 08-09-12, 19:13 przez Poet of de Fall, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11190
Rejestracja: 24-10-07, 22:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: hiob » 11-09-12, 04:53

Poet of de Fall pisze:
hiob pisze: olbrzymia, tętniąca życiem metropolia.
Miasto wielkości Krakowa nazywasz olbrzymią metropolią? W takim razie jak nazwiesz Londyn, Tokio czy Nowy Jork?
Londyn, Tokio i Nowy Jork także są olbrzymimi metropoliami. A Krakowowi dość daleko do Detroit. Według spisu powszechnego z 2010 roku metropolia Detroit liczyła 4,3 miliona mieszkańców: http://en.wikipedia.org/wiki/Metro_Detroit#Demographics
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

Provo
Przyjaciel forum
Posty: 3
Rejestracja: 29-08-12, 16:17
Lokalizacja: Pruszków

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: Provo » 11-09-12, 11:50

hiob pisze:byłem w Detroit, nie zauważyłem ani żadnych ruin, opuszczonych dzielnic
Ja nie byłem w Detroit nigdy i na pewno w tym mieście toczy się życie ale nie jest to kwitnąca metropolia; wystarczy wejść na Google street view i zobaczyć ruiny (najwyższego na świecie) dworca kolejowego przy Dalzelle Street; kilka kilometrów od Downtown jest masa zrujnowanych domów, spalonych, wolnych placów nawet opuszczonych rezydencji a przy np.Rich Street nie widać wcale bogactwa. Z goła odmienna sytuacja jest na przedmieściach powyżej 8 Mile Rd. (co było zresztą tłem dla filmu 8 Mila z Eminemem). Na YT jest sporo filmików pokazujących zdewastowane dzielnice Detroit.
Provo
WPR

Awatar użytkownika
Poet of de Fall
Przyjaciel forum
Posty: 291
Rejestracja: 26-07-12, 20:32
Lokalizacja: Warsaw

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: Poet of de Fall » 11-09-12, 15:24

hiob pisze:Według spisu powszechnego z 2010 roku metropolia Detroit liczyła 4,3 miliona mieszkańców
Jeżeli liczymy całą aglomerację to tak, ale i wówczas jest niewiele większa od aglomeracji warszawskiej czy sląskiej. Natomiast samo Detroit ma tyle samo mieszkańców co Kraków.

Jeżeli chodzi o upadek miasta, to podobno jedną z głównych przyczyn są mocno rozbudowane świadczenia socjalne, które skutecznie zniechęcają ludzi do pracy. W internecie jest multum zdjęć i filmów dokumentujących degradację miasta. Opuszczone dzielnice, spalone domy, sypiące sie fabryki. Do tego bezrobocie, pasożytnictwo i przestępczość na rekordowym poziomie w kraju. Wiadomo, są to materiały wybiórcze, ale jakoś nie widziałem podobnych rzeczy odnośnie innych miast. Zresztą jeżeli zerknąć na wykres ilości mieszkańców Detroit z ostatnich kilkudziesięciu lat, to faktycznie coś musi być na rzeczy, że ludzie stamtąd uciekają.

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11190
Rejestracja: 24-10-07, 22:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Re: "17 kulturowych różnic, które mogą zniechęcić Europejcz

Post autor: hiob » 11-09-12, 16:23

Poet of de Fall pisze:Jeżeli liczymy całą aglomerację to tak, ale i wówczas jest niewiele większa od aglomeracji warszawskiej czy sląskiej. Natomiast samo Detroit ma tyle samo mieszkańców co Kraków.
Tylko, że liczenie mieszkańców w granicach administracyjnych miast w USA jest totalnym absurdem. W granicach administracyjnych to Atlanta jest mniejsza niż Kraków, mimo, że ta metropolia liczy sobie ponad 5 milionów mieszkańców.

Aglomeracja Śląska, czy raczej "konurbacja" to trochę inna sytuacja, bo nie jest to jedno miasto z dziesiątkami przedmieść, jak w typowych amerykańskich metropoliach. I ciągle ma jedynie od 2,2 - 3,5 miliona mieszkańców, w zależności jak bardzo ją "rozciągniemy". Aglomeracja Krakowska to 1 milion - 1,3 miliona mieszkańców, więc też Królewskiemu Grodowi daleko do Detroit.
Jeżeli chodzi o upadek miasta, to podobno jedną z głównych przyczyn są mocno rozbudowane świadczenia socjalne, które skutecznie zniechęcają ludzi do pracy.
Nie mogę się z tym zgodzić. Przyczyną kryzysu w Detroit jest koniec dominacji amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego. Fabryki przeniosły się do innych stanów, gdzie koszty wytwarzania są mniejsze, a także do Kanady i Meksyku, powstały w południowych stanach fabryki firm japońskich i koreańskich - i Detroit, które żyło z przemysłu motoryzacyjnego musialo sę znaleźć w zupełnie odmiennej sytuacji.
W internecie jest multum zdjęć i filmów dokumentujących degradację miasta. Opuszczone dzielnice, spalone domy, sypiące sie fabryki. Do tego bezrobocie, pasożytnictwo i przestępczość na rekordowym poziomie w kraju. Wiadomo, są to materiały wybiórcze, ale jakoś nie widziałem podobnych rzeczy odnośnie innych miast.
Jakbyś dobrze poszukał, to byś znalazł. Zwłaszcza na mniejszą skalę takie sytuacje są dość częste tam, gdzie miasto żyje z jednej fabryki, czy bazy wojskowej. Fabryka pada, baza jest zamykana - natychmiast rośnie bezrobocie, ale życie dość szybko koryguje taką sytuację.

A ja dodam jeszcze raz: Jedząc po Detroit nie widać żadnego kryzysu. Oczywiście ja tam jeździłem, gdzie miasto kwitnie. A w Necie wybiórczo pokazuje się parę zrujnowanych dzielnic ukazując zupełnie zafałszowany obraz miasta.
Zresztą jeżeli zerknąć na wykres ilości mieszkańców Detroit z ostatnich kilkudziesięciu lat, to faktycznie coś musi być na rzeczy, że ludzie stamtąd uciekają.
Ilość mieszkańców nie zmieniła się niemal wcale w ciągu ostatnich 40 lat:

1950 3,016,197
—
1960 3,762,360 24.7%
1970 4,307,470 14.5%
1980 4,353,365 1.1%
1990 4,382,299 0.7%
2000 4,452,557 1.6%
2010 4,296,250 −3.5%

I choć jasne jest, że nie ma tam raju, bo inaczej ludzi by przybywało, jak w Charlotte, czy Atlancie, to też nie należy spostrzegać tego miasta tak, jak najwyraźniej Wy to robicie. Te 4 miliony ludzi nie siedzi tam za karę. Mają pracę, mają domy, żyją tak, że większość naszych rodaków w Polsce szczerze by im tego mogła pozazdrościć.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

ODPOWIEDZ