Moje świadectwo

Moderator: Marek MRB

Awatar użytkownika
TruckerKam
Przyjaciel forum
Posty: 12
Rejestracja: 06-04-15, 17:52
Lokalizacja: WROCŁAW

Moje świadectwo

Post autor: TruckerKam » 12-04-15, 00:08

Właściwie nie wiem od czego zacząć. Czy tylko jedno świadectwo ? Mam ich wiele, ale może opiszę najważniejsze w moim życiu.
Jak widać w moim profilu, pochodzę z Dolnego Sląska, i pięknego miasta Wrocławia.
Wychowywałem się w katolickiej rodzinie. Rodzice byli głęboko wierzącymi ludźmi, ale nie fanatykami religijnymi.
Od najmłodszych lat byłem bardzo blisko kościoła. Mój ojciec bardzo często wykonywał tam różne prace, i dlatego ja również tam bywałem. Naturalnie w każdą niedzielę byliśmy na mszy św. I tak pomału rozpoczął się proces cementowania mojej wiary.
Po przyjęciu pierwszej komunii św. zostałem ministrantem. Po trzech, może czterech latach, zostałem lektorem. Mijały lata mojej młodości, a ja nadal bardzo dużo czasu poświęcałem kościołowi, służbie ołtarza itp. Przez kilka lat prowadziłem grupę ministrantów w naszej parafii.

Gdy skończyłem szkołę podstawową, jeszcze nie wiedziałem co się dzieje, chociaż pewne przebłyski już były. Żyłem z tym przez lata. Gdy w końcu uświadomiłem sobie co się dzieje, i czym dłużej zwlekałem z podjęciem decyzji, tym bardziej to coś, nie pozwalało o sobie zapomnieć. Z tą myślą kładłem się spać, z ta myślą rano się budziłem. W ciągu dnia nie było mowy o tym aby myśleć o czymś innym, jak tylko o "Tym"
Tak, już wiedziałem co to jest, jak się nazywa i dlaczego tak bardzo mnie prześladuje.

Jako że w moim dotychczasowym życiu było zawsze obok mnie bardzo dużo dzieci i młodzieży, wybór nie mógł być inny, jak tylko Salezjanie. Tak, już wiedziałem że mam w sobie powołanie do służby Bogu i ludziom. Powołanie bardzo silne, i to nie było złudzenie.
Nie da opisać się wszystkiego co przeżywa osoba mająca od Boga szczere powołanie.
Ile nieprzespanych nocy, ile godzin medytacji, rozmów z Bogiem, ile pytań zadałem czy aby na pewno się nie pomylił. Czym więcej zadawałem pytań, tym bardziej byłem przekonany o swoim powołaniu.

Przyszedł czas, gdy należało powiedzieć Tak lub Nie. Tak Panie, idę z Tobą, odpowiedziałem. Ile we mnie było radości, czułem się jak gdybym nie chodził ale fruwał.
W parafii miałem dwóch księży, gdy powiadomiłem o swojej decyzji, jeden był bardzo zadowolony, natomiast u drugiego nie było widać żadnego entuzjazmu. Po jakimś czasie dowiedziałem się dlaczego zareagował tak, a nie inaczej. To jest jednak najmniej ważne.
Pomimo że moi rodzice byli bardzo religijni, przeczuwałem jaka będzie ich reakcja na moją decyzję. Niestety nie myliłem się, w domu zapanowała czarna rozpacz. Nie będę opisywał co jaka była reakcja rodziców. Koronnym argumentem który miał mnie zatrzymać w domu, miał być zakup samochodu. Na samochodzie najmniej mi zależało ponieważ pracowałem już jako kierowca i jazdy miałem opór. W końcu moi rodzice widząc że nie przekonają mnie do zmiany mojej decyzji, rozchorowali się. Na ile była to autentyczna choroba, a na ile urojona, trudno mi powiedzieć.

Miałem już złożone wszystkie dokumenty potrzebne do przyjęcia u Salezjanów. Pozostało zamknąć za sobą drzwi w domu, a otworzyć w zgromadzeniu. Napięcie w domu sięgało zenitu. Postanowiłem nieco wyciszyć emocje rodziców i na kilka tygodni przełożyć wyjście z domu, mając nadzieję że w końcu rodzice pogodzą się z moją decyzją.
Minęło kilka tygodni, a ja nadal nie byłem zdecydowany na opuszczenie domu. Moje powołanie we mnie trwało i z każdym dniem było coraz mocniejsze.
Każdego dnia trwała we mnie walka,czy już dzisiaj opuścić dom, czy może jutro. I tak minął prawie rok. W końcu powiedziałem : Panie, jeszcze nie teraz, zrobię to za jakiś czas. Teraz "Nie" nie pójdę z Tobą. Tym razem to dla mnie świat stracił kolory, a następnego dnia wszystko runęło. Moje życie zawodowe, osobiste, itp. Po kilu latach w trakcie rozmowy z kapłanem, dowiedziałem się że jest tak prawie w każdym przypadku, odmowy Bogu na Jego powołanie.

Minęło kilka lat, ból i ogromna tęsknota za straconym życiem w kapłaństwie pozostały.
Rzuciłem się w wir pracy. W domu byłem gościem, pracowałem niemal cała dobę. Chciałem być jak najmniej w domu. Non stop trasa i trasa. W nocy wracałem z jednej trasy, w następną noc wyruszałem w kolejną. I tak było przez lata.
Pewnego dnia, uświadomiłem sobie że dalej tak być nie może. Lata uciekają , a ja nie założyłem swojej rodziny. No tak, ale teraz to łatwo powiedzieć, gorzej wykonać. Miałem już swoje lata. Nie byłem już małolatem, stałem się zbyt ostrożnym, i zwracałem uwagę na pewne cechy charakteru przyszłej żony. Udało się, poznałem fantastyczną kobietę, była o kilka lat młodsza ode mnie. Ślub jak to się mówi, wzięliśmy z marszu. Od pierwszego spojrzenia wiedzieliśmy że jesteśmy stworzeni dla siebie. Wiedzieliśmy czego pragniemy, chcieliśmy mieć swoją rodzinę, pełną rodzinę.
I przyszedł na świat nasz syn, tak bardzo oczekiwany, tak bardzo pragnęliśmy dzieci.
Moje życie ponownie nabierało kolorów. Miałem żonę cudownego synka, pomyślałem sobie kiedyś, że być może Bóg przestał mnie już karać za odmowę pójścia do pracy na jego polach. O jakże się bardzo myliłem. Minęło kolejnych kilka lat, nasz synek miał już szósty rok życia. Cóż więcej trzeba, kochająca się rodzina, nic tylko żyć i nie umierać jak to się mówi.

Wiedziałem że ta sielanka nie może trwać długo, byłem o tym przekonany. Niestety mam złą cechę charakteru i potrafię przewidzieć w życiu pewne sytuacje i wydarzenia.
Tak też było i tym razem. Miałem jakieś dziwne przeczucia że coś się stanie, drżałem aby tylko naszemu synkowi nic się nie stało. Nie musiałem długo czekać na to, co tak bardzo mnie przerażało. Któregoś dnia żona bardzo źle się poczuła , pogotowie zabrało ją do szpitala. Niestety już z niego nie wyszła. Po dwóch miesiącach staliśmy z synkiem nad jej grobem. Ileż było we mnie wówczas bólu, ile było we mnie głośno wypowiadanych pretensji do Boga. Kłóciłem się z Bogiem, wmawiałem mu że nie jest miłosiernym i mści się na ludziach. Ciągle zadawałem pytanie dlaczego to zrobił, i czy jeszcze za mało mnie pokarał ? Co mu zrobiło to sześcioletnie dziecko że zabrał mu mamę.
Przyszedł dzień w którym powiedziałem głośno : Dla mnie już nie istniejesz, kończymy już znajomość. Przestałem się modlić, przestałem chodzić do kościoła. Na kilka lat zapomniałem o Bogu. Ja o Nim tak , On o mnie nie.
Nie pamiętam ile lat żyłem bez Boga, pięć, może cztery, nie wiem. Czym dłużej to trwało, tym mocniej odczuwałem Jego brak. Któregoś wieczoru patrząc na śpiącego już syna, odczułem pragnienie pójścia do kościoła. Gdyby to nie był wieczór tylko dzień, prawdopodobnie wziąłbym syna ze sobą, i poszlibyśmy do kościoła.
Po chwili przyszło jednak opamiętanie. O nie nie, przecież jestem obrażony na Boga, do kogo mam się modlić, do tego co tylko zsyła kary na ludzi. Nie nie idę, nie ma mowy. Minęło kilka tygodni, sytuacja się powtórzyła, z tym jednak że tym razem nie byłem już taki butny. Co raz częściej przychodziło pragnienie pojednania się z Bogiem. Zacząłem odczuwać ogromną potrzebę pójścia do kościoła.Przyszedł dzień w którym wybrałem się z wizytą do kościoła.Ale żeby Bóg nie widział się tam pojawiłem, stanąłem sobie w przedsionku, spoglądając na oddalony ołtarz i tabernakulum. Tak bardzo chciałem być tam blisko ołtarza. Przecież ja prawie połowę swojego życia spędziłem jako lektor przy ołtarzu. Tak bardzo chciałem tam podejść, ale moja duma mi na to nie pozwalała.

Któregoś dnia wybrałem się z synem do ośrodka dla niepełnosprawnych dzieci. Wiecie co tam zobaczyłem ?
Gdy na wózeczku podjechał do nas ośmioletni uśmiechnięty fantastyczny chłopczyk, przytulił się do nas tak, jak gdybyśmy byli starymi przyjaciółmi. Chłopiec był sparaliżowany od pasa w dół.Ma wodogłowie, przepuklinę oponowo rdzeniową. Jak już wspomniałem jest przesympatycznym dzieckiem , zawsze uśmiechniętym i bardzo wrażliwym.
Patrząc na to dziecko pomyślałem sobie, a właściwe wypowiedziałem kilka zdań do Boga. Nie dałeś rady złapać mnie w kościele, to specjalnie przyprowadziłeś mnie tu do tych biednych dzieciaczków. Wiedziałeś jaki mam czuły punkt, i to wykorzystałeś.
Tak! wygrałeś, powiedziałem.
Był to przełom mojego gniewu na Boga. Ten chłopczyk sprawił że wróciłem do Boga. Wróciłem na Twoje ścieżki Panie, a gdy z nich zejdę, Tylko Ty wyciągniesz do mnie dłoń.
Jest to fragment wiersza który napisałem po powrocie do Boga, gdy przestałem na Niego się dąsać.

Teraz jesteśmy w trakcie procesu adopcyjnego, właśnie tego chłopczyka który do nas podjechał na wózeczku. Mojego syna traktuje jak barta, wspaniale się rozumieją i dogadują, a ja, no cóż jestem tatą dla nowego synka.Czy tego chciał Bóg ?Czy tylko ten chłopczyk był narzędziem abym wrócił do Boga ?
Przyznaję, ten wybieg powiódł się Bogu, wróciłem.
Było to jedno z wielu moich świadectw. Mam również pewne doświadczenia z..., no właśnie, z kim. Na pewno nie byli to kosmici, ani marsjanie. Ale o tym , może w innym wątku.
Na miły Bóg.
Życie nie tylko po to jest, by brać.
Życie nie po to, by bezczynnie trwać.
I aby żyć, siebie samego trzeba dać.

skrzydlaty
Administrator
Posty: 1179
Rejestracja: 09-03-10, 19:43
Lokalizacja: Polska

Post autor: skrzydlaty » 12-04-15, 14:33

TruckerKam pisze:pomyślałem sobie kiedyś, że być może Bóg przestał mnie już karać za odmowę pójścia do pracy na jego polach
Pan Bóg tak nie działa. Można to określić w ten sposób: Jest pewien plan A, który jest dla nas, ale jeśli go nie zrealizujemy, to Pan Bóg nie jest bezradny, nie można powiedzieć, że Panu Bogu się nie udało. Pan Bóg ma dla nas plan B. A jak nie pójdziemy za planem B to jest plan C, a jak nie to plan D, a jak nie to plan E, ... itd. Pan Bóg nigdy z nas nie rezygnuje.
Ale na miły Bóg, nie w ten sposób, że nas kara za niezrealizowanie planu A!
Ostatnio zmieniony 12-04-15, 14:35 przez skrzydlaty, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
TruckerKam
Przyjaciel forum
Posty: 12
Rejestracja: 06-04-15, 17:52
Lokalizacja: WROCŁAW

Post autor: TruckerKam » 12-04-15, 19:35

skrzydlaty pisze: Ale na miły Bóg, nie w ten sposób, że nas kara za niezrealizowanie planu A!
Powołanie do życia w kapłaństwie jest czymś wyjątkowym. Nie każdy może tego doświadczyć. Gdy Pan Bóg wybiera z pośród ludzi takie osoby, to wybiera nie po to aby rezygnowały z Bożego planu. Rezygnacja z powołania jest sprzeciwem wobec woli Bożej.
To czego doświadczyłem, nie było niczym innym jak tylko odpowiedzią Boga na mój sprzeciw.
Na miły Bóg.
Życie nie tylko po to jest, by brać.
Życie nie po to, by bezczynnie trwać.
I aby żyć, siebie samego trzeba dać.

skrzydlaty
Administrator
Posty: 1179
Rejestracja: 09-03-10, 19:43
Lokalizacja: Polska

Post autor: skrzydlaty » 12-04-15, 20:10

TruckerKam pisze:To czego doświadczyłem, nie było niczym innym jak tylko odpowiedzią Boga na mój sprzeciw.
Masz prawo tak uważać.
Jednak ja nie wierzę, że to zło, którego doświadczałeś było od Pana Boga, że to była kara od Pana Boga za nie zostanie księdzem.
Powołanie do kapłaństwa jest w pewnym ściśle określonym sensie wyjątkowe, ale nie do tego stopnia aby Pan Bóg miał się mścić za nie pójście za tym powołaniem.
Ostatnio zmieniony 12-04-15, 20:23 przez skrzydlaty, łącznie zmieniany 4 razy.

Awatar użytkownika
TruckerKam
Przyjaciel forum
Posty: 12
Rejestracja: 06-04-15, 17:52
Lokalizacja: WROCŁAW

Post autor: TruckerKam » 12-04-15, 21:48

Nie wiem czy dobrze zrobiłem zamieszczając ten wiersz w tym wątku.
Nie znalazłem innego miejsca gdzie mógłbym go zamieścić, a że dotyczy mojego świadectwa, zamieściłem wiersz właśnie tu. Są w nim zapisane słowa żalu jakie miałem do Boga. Jest tam też mowa o niepełnosprawnym dziecku które poznałem w ośrodku da niepełnosprawnych dzieci. Poznałem i zaprzyjaźniłem się z tym chłopcem, ale gdy powstał ten wiersz, nie wiedziałem czy wrócę do Boga. Jest w nim wszystko co mnie dręczyło.


ROZMOWA Z BOGIEM

Boże, Ty wiesz Ty dobrze wiesz.
Nie pytaj dlaczego, przecież wiesz.
Nie pytaj dlaczego zwątpiłem ,
Dlaczego Ciebie w życiu zagubiłem.
Powiedz Dlaczego mi to uczyniłeś?
Czym ja na to sobie zasłużyłem?
Żyłem tak jak chciałeś, i wiesz dobrze
Jak bardzo Ciebie pokochałem,
Po za Tobą świata nie widziałem.
Dla Ciebie powołanie miałem.
Ukarałeś mnie, ponieważ je zmarnowałem?
Dobrze wiesz jak to było, i dlaczego
tak się wszystko potoczyło.
Tak zwątpiłem, nie wierzyłem,
a czy Ty, do tego się nie przyczyniłeś?
Ty widziałeś, ja prosiłem i błagałem,
Ty milczałeś.
Czy na pewno tego chciałeś?
Może czasem coś złego zrobiłem,
wiesz dobrze ,że zawsze Ciebie przeprosiłem.
Już tak dalej żyć nie mogę.
tak chcę już wrócić na Twą drogę.
Pragnę wierzyć zawsze w Ciebie,
żyć pracować kochać, nie dla siebie, lecz dla Ciebie
Daj mi siłę i wytrwanie,
na wszelkie trudności pokonanie.
Pozwól kochać mi to dziecko,
Chociaż chore opuszczone, dawno już je pokochałem,
taką miłość od Ciebie otrzymałem.
Czy to dziecko również pokarałeś, choroby na Niego zesłałeś?
Czym Ci Ono zawiniło? Czym na to zasłużyło?
Przecież małe jeszcze było.
Pragnę wrócić na Twoje drogi Panie.
Czy tak będzie i czy wrócę, tego nie wiem,
zrobisz tak, jak zechcesz Boże.
Na miły Bóg.
Życie nie tylko po to jest, by brać.
Życie nie po to, by bezczynnie trwać.
I aby żyć, siebie samego trzeba dać.

Andriej
Przyjaciel forum
Posty: 446
Rejestracja: 12-02-13, 16:05
Lokalizacja: Alpy

Post autor: Andriej » 13-04-15, 21:53

Nu, priwiet.
Tak to ja widzu, co nie Bog ma probliem so swojej zemstoj, tolko ty jestes za bardzo w sobie skoncentrowanyj. Takij duchowyj narcyz ... tolko ty w centrum , a piszesz, co dla Boga ty chotisz. A ( tak ja dumaju) on na tiebie czeka i czeka, kiedy ty jjego postawisz na pierwom miestie, i dasz jemu w tom co dobre decydowac. I w tom dobrze toze skridlatij napisal ... u Boga stoit dla tiebie dobryj plan ... tolko ty caly czas myslisz, ze masz lepszy niz Bog ... i dlatego marnujesz sily i czas na wierszydla ... po co.
No, tak to ja tolko dumaju ... moze nie mam racji ...
Zyj jak nahjlepiej - dla Boga. Czyn co zamierzasz, ale dla Boga, ze wzgedu na Boga ... nie dla swojego widzimisie.
pozdrawliaju.

ODPOWIEDZ