Świadectwo Inki

Moderator: Marek MRB

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11141
Rejestracja: 24-10-07, 21:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Świadectwo Inki

Post autor: hiob » 28-10-07, 11:38




</h2>
<br>
<h1>Świadectwo Inki</h1>
Witaj Piotrku... hihi od Lutego trochę czasu minęło.. ale może lepiej późno niż wcale... Postanowiłam ze przysiądę i napisze to, co obiecałam, chociaż zdaje sobie sprawę, ze to wcale nie proste zadanie.

Świadectwo Inki.

Może daleko jesteś od Niego, może zgubiłeś ścieżki jego ślad,
Może w samotna ruszyłeś drogę i nie wiesz, ze Bóg ciebie zna...
Nie martw się Bóg Ciebie kocha, On zawsze z Tobą jest
Odwróć swój zmęczony wzrok i popatrz przed siebie..
ZACZNIJ OD NOWA...ZACZNIJ JESZCZE RAZ...!!!

Zanim zacznę mówić o tym jak spotkałam Boga na swojej drodze napisze coś o moich bliskich i moim życiu...
Mam dwóch braci i siostrę. Mieszkam obecnie z młodszym bratem i z rodzicami. Siostra ma już założona rodzinę, brat również...&#61514;
Kiedyś tam przyszłam sobie na świat.. zupełnie nie rozumiejąc, o co w tym wszystkim chodzi...

Praktycznie wychowywała mnie babcia ze względu, że tata ma słabość do alkoholu (jest alkoholikiem), a mama zawsze pracowała abyśmy mieli co jeść. Nigdy jakoś nie było czasu na dłuższe rozmowy o Bogu... Oczywiście chodziłam do kościoła, ale to wszystko było takie jakieś puste. W wieku 9 lat zapisałam się na piłkę ręczną i wtedy zaczęły się wielkie schody... Wyjazdy, turnieje z dziewczynami starszymi mówią już same za siebie..

Nie powiem, że byłam zła w te klocki, bo radziłam sobie całkiem, całkiem... Kilka lat później byłam już w kadrach makroregionu i polski, co za tym się kryło jeszcze częstsze wyjazdy i coraz to mocniejsze imprezy...
Już w wieku dziecięciu lat zapaliłam pierwszego papierosa... wszystko było świetne... życie mi płynęło bardzo "imprezowo" babcia nie miała już żadnej kontroli hm a ja się kilka lat dobrze bawiłam... nic mnie nie interesowało.. szkołę podstawowa nie wiem jak skończyłam... wszyscy mi załatwiali.. trenerka, wychowawczyni. Życie mi płynęło wciąż bardzo głośno... poszłam do liceum.

Ale już bardzo zniszczona itp. W drugiej klasie na kilka miesięcy przed końcem roku wiedziałam ze nie przejdę, że zawaliłam rok... Nagle poczułam, że chyba stoję na bardzo "ruchomych piaskach" chyba pierwszy raz czułam się jakaś taka zdołowana no, ale przecież nie mogłam trwać w takim stanie... wagary, imprezy to było to, co mnie trzymało przy życiu...Tego roku zachorowała moja babcia...To była kolejna sprawa, która mnie mocno przybiła. Nie wiedziałam wtedy zupełnie jak żyć... coś, co było oczywiste stawało się nie jasne, bardzo raniące... Pamiętam jak dziś ze w sobotę mama kazała mi iść do kościoła, bo była msza za babcie... no cóż poszłam, ale mało tego zadecydowała, że po mszy wszyscy idziemy do babci do szpitala to już mi się tak bardzo nie podobało, bo miałam świadomość, że z babcią jest już źle.. no, ale mus to mus.... Babcia mi wtedy powiedziała żebym się uczyła i w życiu była szczęśliwa... nie dałam rady... wybiegłam ze szpitala nawet się nie żegnając... i już nigdy tego nie naprawiłam.... wtedy słyszałam ja i widziałam po raz ostatni.... świat się zawalił już zupełnie. 1.06.1999r.(to był poniedziałek) obudziłam się jakoś tak wcześnie, bo o 5:00 pobiegłam do mamy klękłam przed łóżkiem położyłam głowę na jej brzuch i strasznie płakałam...nie wiedziałam, co się dzieje...

O godzinie 6:49 zadzwonił tel., że babcia nie żyje.... to był już mój koniec...
Życie takie piękne, kolorowe straciło wszelkie barwy...do sierpnia prawie nie wychodziłam z domu... siedziałam płakałam... paliłam.. i tak dzień po dniu upływał... wciąż bez żadnego sensu...przestałam trenować zrezygnowałam z wszystkiego, co do tamtej pory dawało mi siłę... dwa miesiące zleciały mi jak jeden dzień...
Któregoś słonecznego sierpniowego dnia zadzwonił telefon... miły głos w słuchawce proszący mnie do telefonu. Dzwoniła moja koleżanka przypominając się, że kiedyś tam obiecałam jej, że pójdziemy razem na Piesza Pielgrzymkę na Jasną Górę.. na początku ja trochę wyśmiałam, ale przemyślałam wszystko i stwierdziłam, że może być całkiem fajnie... imprezy... robienie "syfu" itd. Zgodziłam się...Faktycznie przez pierwsze dwa dni w niczym się nie myliłam...

W trzecim dniu coś się zmieniło...na naszej Tarnowskiej pielgrzymce jest to dzień szczególny.. bo dzień o nowe powołania zakonne i kapłańskie... właśnie wtedy podeszła do mnie jakaś siostra (Misjonarka Chrystusa Króla dla Poloni Zagranicznej &#8211; teraz to już wiem, ale wtedy nie miałam pojęcia, co ten człowiek chce ode mnie.. &#61514;), popatrzyła na legitymacje i powiedziała: "Ewelina jak długo masz zamiar oszukiwać Boga siebie i ludzi?.." spojrzała na mnie i odeszła... ja oczywiście wybuchłam smiechem co Ona chce ode mnie.... ale tak naprawdę gdzieś głęboko to pytanie zostało... nie wytrzymałam tego samego dnia podeszłam do niej i zapytałam, o co Jej chodziło...zaczęłyśmy rozmawiać, ta rozmowa trwała gdzieś koło 4 dni &#61514;

("DECYZJA jest jedna &#8211; KOCHAJ!!! Reszta jest przygodą...!!!")
Nad moim życiem zaświeciło jakieś inne słońce... czułam się jakos tak dziwnie jakby Ktoś mnie trzymał za reke i powtarzał... "Nie bój się Ja jestem z tobą"... ale nadszedł czas i peilgrzymaka się skończyła.. a ja znowu powróciłam do znajomości do ludzi, z którymi miałam kontakt przed śmiercią babci.
We wrześniu rozpoczęłam nowy rok już w nowej młodszej klasie... Religii zaczęła mnie uczyć siostra zakonna (Urszulanka Unii Rzymskiej), która zaczęła mnie wyciągać i pomagać wstać...("Nie wystarczy, bowiem coś zacząć, jeśli zabraknie wytrwałości") w tym czasie również zaczęłam chodzić do Duszpasterstwa Akademickiego w Tarnowie.. gdzie również spotykałam ludzi, którzy świadczyli o ogromnej miłości Boga...wcale to, że słyszałam o Bogu nie świadczyło, że wiem i znalazłam to, czego szukam... wciąż gdzieś się gubiłam... myślałam, że to, iż chodzę do kościoła spowoduje, że świat stanie się piękniejszy na, tyle że nie będę miała żadnych problemów... kolejne rozczarowania, upadki... trwanie w nich...

("..Jestem człowiekiem niedoskonałym i wolnym. Z miłości miałem stać się ofiara dla Ojca. Ołtarzem był Krzyż &#8211; zbudowany z moich słabości.
Tym razem nie zawisłem na nim, znów ukrzyżowałem Chrystusa, mimo, że tak mnie miłował. Przybiłem do drzewa Jego ręce, aby nie mógł wyciągnąć do mnie swej pomocnej dłoni..")
W październiku (chyba) rozpoczęłam Seminarium Odnowy w Duchu Św... to były naprawdę ciężkie tygodnie...
Dzień po dniu widziałam moja słabość... wcześniejsze życie dręczyło mnie bardzo...Pamiętam modlitwę o uzdrowienie...było tego tyle, że nie wiedziałam naprawdę czy to wszystko ma jakiś sens...zaczęłam uciekać... znowu dziwne myśli i dołki doprowadzały ze traciłam siły...

("Możesz być zmęczony życiem. Tym codziennym, które jest trudne lub tym rodzajem życia, jakie prowadzisz. W swoim otoczeniu możesz dostrzec ludzi, którzy obiektywnie zmagają się z większymi trudnościami i znoszą je z cierpliwością, może nawet z radością. Gdzie tajemnica tej lekkości i łatwości w znoszeniu przeciwności?..")
Któregoś listopada przyjęłam Jezusa za PANA CAŁEGO MOJEGO ŻYCIA(Rz. 10,9-10)... podchodziłam do tego chyba kilka tygodni, aby zrobić to świadomie a nie na tzw. pokaz. Kilka tygodniu później (03.XII.) dostałam słowo życia... którego kompletnie nie rozumiałam... (Mk 8,27-30)

I tak sobie jakoś żyłam.... raz było dobrze a raz nie najlepiej&#61514;wciąż szukając... kiedyś znalazłam się u Baptystów i zaczęłam tam chodzić... w pewnym momencie nawet się nie zorientowałam, kiedy byłam prawie wśród nich... ale dobry Bóg znowu postawił mi Kogoś na drodze, Kto powiedział mi NIE TĘDY TWOJA DROGA... i znowu miesiące szukania... dziwny głos, który mi nie dawał spokoju... zaczęłam myśleć o życiu zakonnym może właśnie tam Bóg chce żebym była... i kolejne dni gdzie ta myśl nie dawała mi spokoju... pomyślałam przecież można spróbować.. ale jakaś siła wewnętrzna mówiła żebym porozmawiała z Kimś na ten temat... znalazłam się u ks., Który kategorycznie powiedział: "Ewelina NIE... skończ szkolę, a wtedy będziesz decydować"...dałam sobie spokój.. ale nie oznaczało to ze myśli gdzieś przepadły.... wciąż budząc się każdego ranka pytałam "Boże i co Ty chcesz ze mną zrobić... dlaczego ja??? Człowieczek tak bardzo już zniszczony i zmęczony życiem... a On zawsze mi dawał odp. Czy to na ewangelii na mszy czy tez przy relacji z drugim człowiekiem.

Spotkałam chłopaka, z którym byłam jakiś czas... i znowu upadki.. płacz... nie wiedziałam jak i kiedy sprawy potoczyły się tak szybko i daleko...(..." Z świętością moją kłopot, bo chyba przeze mnie mój Stróż Anioł ma stale jedno pióro ciemne...&#61514;) 11 lutego2002r. Tomek poprosił mnie o rękę... no cóż szok, który mi wtedy towarzyszył...jest nie do opisania... zgodziłam się... ale już po kilku dniach powracał dziwny głos... każda minuta z Tomkiem stawała się wiecznością.. tak bardzo już zmęczona... powiedziałam : "DOŚĆ nie mam siły... zrób cos z tym Boże, bo ja nie potrafię"... następnego dnia już było po zaręczynach... to było niesamowite... pamiętam wtedy jak przezywałam to wszystko... Krzycząc"Boże oddałam to w Twoje ręce, ale dlaczego tak szybko i tak bardzo brutalnie..." Z czasem już wiedziałam i zrozumiałam ze tak właśnie maiło być...

W czerwcu poznałam siostry Dominikanki i czułam się ze znowu zaczynają mi powracać parametry życiowe &#61514;, ale już we wrześniu kolejne pytania, które mi za bardzo nie dawały spokoju....dlaczego właśnie je poznałam?...
Przecież to miały być Urszulanki one i tylko one...kolejne noce nie przespane... i tuzin kolejnych pytań...

Któregoś dnia poszłam na wieczorna msze św. idąc... mówiłam znowu..."OK. Boże... dajesz mi do zrozumienia, że przygotowałeś mi miejsce w swojej armii.. &#61514; postawiłeś mi na drodze Urszulanki... a wiec, po co teraz Dominikanki... nie za bardzo rozumie, o co Ci już chodzi... proszę błagam... wskaż ta drogę dobra dla mnie..." skończyłam i weszłam do kościoła....... Ks. na wstępie powiedział, że tą msze ofiarowuje w intencji nowych powołań do zakonów dominikańskich.... poczułam się jakoś tak inaczej, (bo w ostatniej chwili zdecydowałam się ze idę do kościoła &#8211; wcale tego wcześniej nie planowałam&#61514; ) siedziałam sobie myśląc jak różnymi drogami Bóg nas prowadzi...

Przyszedł moment ewangelii ks. rozpoczyna ja słucham... aż sobie siadłam z wrażenia... tego dnia ewangelią było moje słowo życia... popłynęły mi łzy nie wiedziałam czy ze szczęścia czy ze strachu...(.."Bywa, ze łzy nie są oznaką słabości, lecz dowodem, że nasze serce nie wyschło jeszcze i nie stało się pustynią...") wtedy powiedziałam TAK &#8211; MÓJ MIŁY JEST MÓJ, A JA JESTEM JEGO...
Nigdy nie powiem, że ŻYCIE od tej pory mam usłane różami... no może i mam, ale z ogromnymi kolcami... wciąż upadam, ale wiem ze nigdzie nie będą tak szczęśliwa jak tam gdzie mi Bóg przygotował miejsce...
Jakakolwiek będzie moja droga Z GÓRY BOGU DZIĘKUJE.......

CHWAŁA PANU!!!


<font color=purple> "Nieraz trudno nam przychodzi kochać życie,
takim, jakim jest.
Przy tym szczęście ukryte jest w szczegółach:
w przyjaznym geście, serdecznym podaniu dłoni,
w uśmiechu obcego na ulicy.
Wypełniają one serca bogactwem,
zapalają światło miłości i człowieczeństwa.
Każą przyjmować każdy dzień jako dar. "

Phil Bosmans

PS. "Dokonawszy na wieki wyboru codziennie wybierać musze"
Ważne jest to jedno zwycięstwo jednego dzisiaj. Wojnę wygrywa się powoli po jednej bitwie, po każdej małej potyczce. Każdy dzień to nowe pole walki.

"Wczoraj &#8211; do Ciebie już nie należy, Jutro &#8211; jeszcze nie jest Twoje, Ty masz tylko &#8211; dzisiaj.."

...Posłuchaj, On nie widzi twoich wad, nie widzi brudu, choćbyś był/a unurzana w błocie od stóp do głowy.
On cię kocha, czeka, pakuje całe ŻYCIE na jedno słowo miłość, zezwolenia na pomoc.
Czasem jedna myśl wystarczy, aby już mógł działać...
Potrzebna jest tylko dobra wola, zezwolenie na to, aby być uratowanym...
TYLKO WEZWANIE GO, ZAUFANIE MU, PROŚBA, KRZYK, MYŚL....
"Wystarczy jedno spojrzenie duszy na Niego,
Jedno słowo, myśl jak błyskawica, a to już jest MODLITWA..."
(św. Brat Albert) <br>
Inka, czerwiec 2003 r




Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

Andriej
Przyjaciel forum
Posty: 446
Rejestracja: 12-02-13, 16:05
Lokalizacja: Alpy

Post autor: Andriej » 14-06-13, 19:20

Czy jest ciag dalszy? Czy Inka jest tam, dokad Pan poprowadzil?

ODPOWIEDZ