Siedem ostatnich Słów Jezusa

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11139
Rejestracja: 24-10-07, 21:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: hiob » 06-03-08, 19:46

(Nie jest to nowy tekst, napisałem go jakiś czas temu. Ale jest zawsze aktualny, więc zamieszczę go tu ponownie. hiob )

Nie będzie to całkiem siedem słów, raczej siedem tematów, zdań czy poleceń, jakie nam Jezus przekazał. Nie będą też one całkiem ostatnie, bo później jeszcze przez 40 dni Jezus przebywał wśród swych uczni i dalej przez mistyków, jak choćby w ostatnim stuleciu przez Świętą Faustynę, przekazuje nam swe słowa. Ale są to ostatnie słowa Jezusa w Jego ziemskim życiu. Po zmartwychwstaniu Jezus ukazywał się już w swej uwielbionej postaci, było to już jakby objawienie, widzenie. Przechodził przez zamknięte drzwi, zjawiał się i znikał niespodziewanie, nie miał już takich ograniczeń, jakie daje nam nasze zwykłe ciało. Dlatego to słowa z Krzyża były w pewnym sensie Jego ostatnimi słowami.

Słowa te są niezwykle ważne z jeszcze jednego powodu. Od lekarzy, którzy analizowali przyczyny i mechanizmy powodujące śmierć osoby ukrzyżowanej wiemy, że taka osoba umiera zazwyczaj z powodu uduszenia. Na krzyżu jest niezwykle trudno oddychać, bo rozciągnięte ręce, na których się wisi, powodują zapadanie się płuc. Płuca dodatkowo zaczynają się wypełniać płynami fizjologicznymi, wodą i krwią, dodatkowo utrudniając oddychanie. Aby nabrać powietrza, trzeba się podciągnąć na rękach, odepchnąć nogami i starać się wyprostować, ale jedyny punkt podparcia to są niezwykle bolesne rany.

Gwoździe w dłoniach, czy nadgarstkach rąk najprawdopodobniej uszkadzały nerw łączący najbardziej czułe miejsca w organizmie człowieka, opuszki palców i miejsce między palcami. Uszkodzenie tego nerwu było niezwykle bolesne samo w sobie, każda próba oddechu powodowała dodatkowy ucisk na niego, powodując zwiększony, trudny do opisania ból.

Dlatego właśnie słowa, które powiedział Jezus z Krzyża są tak niezwykle ważne. Ponieważ wiedział On, że będzie ukrzyżowany, wiedział też, że po zmartwychwstaniu powróci do uczniów, to z Krzyża powiedział tylko te rzeczy, które były naprawdę ważne i niezbędne do powiedzenia w tych okolicznościach. Nie zajmował się On w najważniejszym momencie nie tylko swego ludzkiego życia, ale w najważniejszym momencie całej historii ludzkości rzeczami błahymi. Tego możemy być pewni. Do tego sam fakt, że było ich siedem, liczba mająca symboliczne znaczenie pełni, doskonałości i do tego znacząca w języku hebrajskim tyle, co "przymierze" też nie jest bez znaczenia.

O wielu tych rzeczach już pisałem, więc czasem zamieszczę linki do wcześniejszych tekstów. O innych opowiem po raz pierwszy. Mam nadzieję, że zdążę przed Wielkim Tygodniem. Za tydzień jadę do Polski, więc nie będę miał pewnie okazji, ani czasu zamieszczać nowych tekstów. Zapraszam tu za dzień-dwa ponownie i mam nadzieję że te moje spostrzeżenia pomogą nam wszystkim w głębszym przeżywaniu tego najważniejszego okresu w Roku Liturgicznym.

Lecz Jezus mówił: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. (Łk 23,34a)

Pierwsze słowa Jezusa, jakie słyszymy z Krzyża, to słowa przebaczenia. Jezus tak cierpiący, w tak straszny sposób poniżany i obrażany prosi Ojca w Niebie, aby wybaczył swym oprawcom ich przewinienia. Zdumiewające słowa.

Czy to znaczy, że nie ponieśli oni kary? Tego nie wiemy. Jezus sam jest sędzią i to także On osądzi ich grzechy. Nie da się oddzielić całkiem Jezusa od Boga Ojca, bo choć są to dwie różne osoby, mają tą samą naturę. Naturę Boską. Prawda o istnieniu w Bogu trzech Osób a jednej natury jest dogmatem wiary z uroczystego ogłoszenia (de fide divina Catholica definiata). Co więcej, trzy Osoby w Bogu posiadające jedną naturę współprzenikającą się i dlatego są równe w działaniu. To także jest dogmatem wiary z uroczystego ogłoszenia.

Zrozumienie tego jest dla tego ważne, że nie wolno nam rozumieć śmierci Jezusa jako czegoś, co mu Bóg Ojciec kazał uczynić dla ludzi, czy coś takiego. Bóg Ojciec był tak samo przybity do Krzyża jak Jezus i jak Duch Święty, bo Bóg jest jeden. Ma jedną wolę i jedną naturę. To prawda, że to osoba Jezusa fizycznie była przybita, bo tylko Jezus ma ciało. Ale cierpienie, ból Męki na Krzyżu był bólem Boga, i nie można tego oddzielić od żadnej z Boskich Osób.

Słowa Jezusa do Ojca były więc słowami pokazującymi nam, jak powinniśmy postępować. Zło ma tylko taki wpływ na nas, jaki mu zezwolimy mieć. Fakt, że nie wybaczamy naszym prześladowcom, ich najczęściej nie obchodzi wcale. Jeżeli już, to właśnie fakt, że im odpuścimy, zaczyna im przeszkadzać. Widzą swą bezsilność w swej złości przeciw nam skierowanej. Ale to, czy wybaczymy, czy nie, ma zasadnicze znaczenie dla nas. Bo gdy wybaczamy, stajemy się uodpornieni na skutki zła. Zło nie ma już do nas dostępu. Jest bezsilne.

Święty Paweł napisał:

Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę - mówi Pan - ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód - nakarm go. Jeżeli pragnie - napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (Rz 12,19-21).

Na Krzyżu Jezus zwyciężył zło dobrem. Oddając dobrowolnie swe życie, za wszystkich, także za swych oprawców, każdemu umożliwił osiągnięcie zbawienia. Dla każdego droga do Nieba stanęła otworem i każdy z nas może z niej skorzystać, gdy tylko uzna się za grzesznika i poprosi Boga o wybaczenie. Także ci, którzy przybili Jezusa do Krzyża. Bo tak naprawdę to nie oni, ale nasze grzechy tego dokonały. Nie jesteśmy więc od nich wcale lepsi.

Dlatego to, myślę, Jezus powiedział te słowa. Tym bardziej, że były to słowa skierowane do żołnierzy, wykonujących rozkaz. Oni naprawdę nie wiedzieli, że krzyżują samego Boga. Byli to Rzymianie, nie Żydzi i tak na to patrząc to my jesteśmy bardziej winni od nich. Oni byli tylko instrumentem, wykonawcami, my jesteśmy przyczyną. Gdyby więc Jezus nie wstawiał się za nimi, jakże mielibyśmy mieć nadzieję, że okaże nam miłosierdzie?

A o potrzebie wybaczania pisałem też dwa tygodnie temu, w tym felietonie. Zapraszam do przeczytania i tego tekstu.

Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. (Łk 23,43)

Słowa Jezusa do "dobrego łotra", Dyzmasa, bo takie jego imię przekazała nam tradycja. Słowa czasem wykorzystywane przez wrogów Kościoła Katolickiego dla wykazania rzekomego błędu nauczania Kościoła, że uczynki są nam potrzebne do zbawienia. Ten łotr nic przecież nie zrobił, a ma obietnicę samego Zbawiciela, że osiągnie życie wieczne.

Nic nie zrobił? Czyżby? Przypatrzmy się tej scenie dokładnie:

Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież - sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. (Łk 23,39-43)

Ile może zrobić człowiek przybity do krzyża? Ile może zrobić człowiek z dostępem do komputera? Ile może zrobić ojciec rodziny? Ile kapłan? Ile misjonarz? Każdy z nas spotyka innych ludzi na swej drodze, każdy ma inną pracę, inną sytuację. Nie wszyscy możemy zostać kaznodziejami i nie wszyscy będziemy misjonarzami w odległych krajach. Ale każdy z nas może i powinien zrobić tyle, ile sytuacja w której się znalazł mu pozwala.

Dyzmas był przybity do krzyża. Jedyne co mógł, to mówić. Ale zamiast przeklinać swych prześladowców i wyśmiewać współtowarzysza niedoli, wybrał inną drogę. Skarcił grzesznika. Wyznał swoją winę. Uznał w Jezusie niewinną ofiarę. Uznał też w Nim Króla, swego Pana i Boga. Poprosił Go o pamięć o nim, gdy Jezus powróci do swego Królestwa. Czy to mało uczynków dla kogoś w takiej sytuacji? Wydaje mi się, że sporo. Wystarczyły one Jezusowi. Nie tłumaczmy się więc, że w naszej sytuacji niewiele możemy zrobić. Trudno sobie wyobrazić sytuację gorszą niż ta, w której był Dyzmas, ale nie przeszkodziło mu to w niczym. Zrobił co mógł w swojej sytuacji i Bóg tylko tego, a może aż tego od nas wymaga.

A o błędzie samej doktryny "sola fide" mówiącej, że tylko wiara nam jest niezbędna do zbawienia, bez żadnych uczynków, pisałem już kiedyś w tym tekście.

[Jezus] rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. (J19, 26b-27a)


Te słowa Jezusa są ważne i interesujące z kilku względów. Przede wszystkim wybór słów. Dlaczego nazwał On swą Matkę niewiastą? A raczej kobietą, bo greckie słowo "gune" właśnie to oznacza? Czy to nie jest znak, jak usiłują czasem nam wmówić antykatolicko nastawione osoby, że Maryja nie była nikim specjalnym i nawet Jezus ją po prostu nazywał "kobietą"? Na pewno nie, a dlaczego, zaraz uzasadnię.

Przede wszystkim wiemy z Biblii, że Jezus był bez grzechu i wypełnił wszystkie nakazy Prawa. A Prawo, dekalog, nakazują czcić ojca i matkę. Nikt nie ma wątpliwości, że Jezus oddawał cześć swojemu Ojcu, ale też możemy być pewni, że wypełniając Prawo, oddawał ją i swej Matce. Co więcej, wiedząc, że uczył on, że prawdziwe wypełnienie nakazów Prawa musi wynikać z miłości, z potrzeby serca, a nie z nakazu, możemy być pewni, że oddawał cześć Maryi z miłości. A ponieważ Jezus jest Bogiem, to Jego miłość do Matki jest bezmierna i nieograniczona. Czemu więc ta "kobieta"? Dlatego, żeby skierować naszą uwagę na pewien fakt.

Żeby to zrozumieć, musimy powrócić do samego początku, do Genesis. Zobaczmy fragment Księgi Rodzaju, zwany Protoewangelią. Jest to moment, gdy Bóg rozmawia z naszymi prarodzicami po popełnieniu przez nich grzechu pierworodnego:

Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę. (Rdz 3, 14-15)

Ilekroć Jezus zwraca się do Maryi "Niewiasto", chce nam wskazać nam, że ona jest właśnie tą niewiastą, której potomstwo zmiażdży głowę wężowi. Tak było w Kanie Galilejskiej , gdzie Jezus uczynił swój pierwszy znak i rozpoczął swą działalność, tak jest i tutaj, pod Krzyżem.

Drugą istotną rzeczą jest fakt, że i do Jana nie zwrócił się Jezus po imieniu. Powiedział tylko Matce: Oto Twój syn, a umiłowanemu uczniowi: Oto Matka twoja. Ale kto tak faktycznie jest umiłowanym uczniem Jezusa? Każdy z nas! Dlatego to nie jest wymienione imię Jana w tej scenie, bo jej znaczenie, oprócz faktycznego zawierzenia swej Matki Janowi, jest dużo szersze. Jezus tutaj właśnie nam wszystkim i każdemu z nas z osobna powierza swą Matkę! Skąd wiemy, że właśnie takie znaczenie? Właśnie stąd, że słowa te padły z Krzyża.

Jak już pisałem we wstępie do tych rozważań, z Krzyża nie było łatwo mówić. I Jezus, będąc Bogiem, wiedział, że umrze i wiedział, że po zmartwychwstaniu powróci i spotka się z uczniami. Miał więc wiele innych okazji o zatroszczenie się o Maryję. Poza tym gdyby chodziło tylko o zwykłą opiekę nad nią, najprawdopodobniej nie byłoby o tym wzmianki w Biblii. Przecież o Józefie, mężu Maryi, o jego losach po odnalezieniu Jezusa w Świątyni nie wiemy nic. Widocznie nie jest to nam do zbawienia potrzebne. To, że wiemy o powierzeniu Matki Jezusa umiłowanemu uczniowi musi mieć głębsze teologiczne znaczenie.

Jest jeszcze jeden aspekt tego wydarzenia. Kościół Katolicki uczy, że Maryja była Dziewicą. Pozostała nią po narodzeniu Jezusa i jest nią do dzisiaj. Ale wielu chrześcijan-niekatolików, wskazując uwagę na takie wersety, jak te mówiące o "braciach Jezusa", czy na ten werset:

Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus. (Mt 1,24-25)

mówi: "Jeżeli Jezus miał braci i jeżeli Biblia wyraźnie wskazuje, że Józef nie zbliżał się do małżonki, aż porodziła Syna, co implikuje, że po urodzeniu stali się normalnym małżeństwem, to dlaczego Kościół Katolicki uczy, że Maryja pozostała Dziewicą?" Otóż dlatego, że jest to prawda. O braciach Jezusa pisze między innymi Katechizm Kościoła Katolickiego, w paragrafie 500:

"Niekiedy jest wysuwany w tym miejscu zarzut, że Pismo święte mówi o braciach i siostrach Jezusa. Kościół zawsze przyjmował, że te fragmenty nie odnoszą się do innych dzieci Maryi Dziewicy. W rzeczywistości Jakub i Józef, "Jego bracia" (Mt 13, 55), są synami innej Marii, należącej do kobiet usługujących Chrystusowi, określanej w znaczący sposób jako "druga Maria" (Mt 28,1). Chodzi tu o bliskich krewnych Jezusa według wyrażenia znanego w Starym Testamencie." (KKK 500)

W Starym Testamencie Lot jest nazwany bratem Abrahama, mimo, że z kontekstu wiemy, że był jego siostrzeńcem, a z wieczernika wiemy, że i Nowy Testament używał słowa "bracia" nie tylko na dalszych krewnych, ale na współziomków i współwyznawców:

Przybywszy tam weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, /brat/ Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego. Wtedy Piotr w obecności braci, a zebrało się razem około stu dwudziestu osób, tak przemówił… (Dz 1,13-15)

Apostołowie wymienieni w tym fragmencie Pisma i niewiasty towarzyszące Jezusowi, które wspomina Biblia, to razem będzie najwyżej dwadzieścia osób. A z "braćmi Jezusa" było ich "około stu dwudziestu osób". Nikt chyba nie myśli, że Maryja miała setkę dzieci? I że ten fakt udało się ukryć katolikom?

Także sformułowanie, że Józef nie zbliżył się do Maryi, aż porodziła znaczy tylko tyle. Że nie zbliżył się do Niej, aż porodziła. Chodzi w nim o wykazanie, że to Duch Święty zstępując na Maryję został Jej Oblubieńcem. Ale nic nie mówi o tym, co nastąpiło później. Wiemy, że Bóg uważa, co Jezus nam sam przekazał, że małżeństwo jest nierozerwalne aż do śmierci. Choćby z tego możemy być pewni, że Maryja pozostała wierna Bogu i pozostała w dziewictwie. Ale wiemy też z samej Biblii, że to sformułowanie nie sugeruje niczego, co się miało później wydarzyć. Zobaczmy na ten fragment 2. Księgi Samuela:

Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci. (2 Sm 6,23)

Czy to sugeruje, że Mikal miała tuzin dzieci po swojej śmierci? Zapewniam was, że nie. Ale powróćmy do Krzyża i zawierzenia Maryi Janowi. Fakt, że to się wydarzyło jest bardzo mocnym argumentem za tym, że Jezus nie miał naturalnych braci. Inaczej, jako najstarszy brat, miałby obowiązek przekazać opiekę nad swą Matką jednemu z nich. Powierzenie Jej obcemu mężczyźnie, nawet kuzynowi, bo Jan być może był spokrewniony z Jezusem, byłoby nielogiczne, dziwne i byłoby złamaniem prawa obowiązującego Żydów. Oddanie Matki Janowi i fakt, że zamieszkała u niego wyraźnie wskazuje na fakt, że nie miała Ona innych dzieci.

W Rozważaniach jest kilka moich starszych tekstów o Maryi, gdzie już pisałem o tych sprawach. Jeden z nich zatytułowany jest Maryja. Królowa i Pośredniczka , drugi Arka Przymierza . Jest też tekst o znaku w Kanie Galilejskiej, do którego link już wyżej zamieściłem. Zapraszam także do ich przeczytania.

Eli, Eli, lema sabachthani?to znaczy Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mt 27,46b)

Słuchając protestanckich pastorów spotkałem się wielokrotnie z taką interpretacją tego wersetu: Pan Jezus, przyjmując na siebie wszystkie nasze grzechy stał się tak przykrym widokiem dla Boga Ojca, że Ten w tym momencie odwrócił od Jezusa swą twarz, nie mogąc na niego patrzeć. Ta interpretacja jest zgodna z inną ich nauką, że my na zawsze pozostaniemy brudnymi grzesznikami, ale "pokryci czystością Jezusa" i Jego doskonałością, jak płaszczem nas szczelnie okrywającym, zyskamy Niebo. Wystarczy tylko zaakceptować darmowy prezent, jaki dał nam na Krzyżu Jezus, biorąc na siebie nasze grzechy i płacąc za nasze odkupienie tę potworną cenę.

Co za okropna teologia, co za niesprawiedliwa fikcja. Kruczek prawny, dzięki któremu Ojciec karze niewinnego Syna, a potem udaje, że nie dostrzega naszego zepsucia, naszego zła, naszej grzeszności i patrząc na nas widzi tylko swego Syna, który za nas zapłacił za grzechy.

Kościół Katolicki zupełnie inaczej rozumie odkupienie naszych grzechów. To nie jest legalna i niesprawiedliwa transakcja, nie osiągamy wolności dlatego, że Bóg znalazł kruczek prawny. Wolność, zbawienie uzyskujemy dlatego, że stajemy się dziećmi Bożymi. To prawda, że nie możemy usatysfakcjonować Bożej sprawiedliwości i że tylko Jego Miłosierdzie umożliwia nam zbawienie, ale to także On sam, Bóg Ojciec, umiera za nas na Krzyżu. On nie jest odwrócony teraz od Jezusa, On jest z Nim teraz zjednoczony tak, jak nigdy indziej w historii ludzkości.

Biblia uczy nas, że nic nieczystego nie może osiągnąć Nieba (por. Ap 21,27). Poza tym nawet na "chłopski rozum", jakbyśmy się czuli przez całą wieczność, gdybyśmy wiedzieli, że jesteśmy brudnymi grzesznikami, maskującymi się tylko przed Bogiem Ojcem? Zasłaniającymi się Jezusem? I w jaki to sposób miałby Jezus coś ukrywać przez całą wieczność przed Ojcem? Cała ta bezsensowna teoria jest konsekwencją odrzucenia doktryny czyśćca. Wiedząc, że człowiek często w momencie śmierci jest daleki od ideału, ale jest w stanie łaski uświęcającej i odrzucając koncepcję oczyszczenia się po śmierci przed zjednoczeniem się z Bogiem, musiano wymyślić jakąś inną teorię umożliwiającą pogodzenie naszego braku doskonałości z wymogiem, że nic nieczystego nie osiągnie Nieba.

Nauka Kościoła jest dużo logiczniejsza i piękniejsza w swej istocie. Odkupienie grzechów, które jest darem, daje nam życie, daje nam Łaskę uświęcającą, ale skutki tych grzechów w nas pozostają. Powiedzmy, że ktoś miał problem z pornografią. Spowiedź, odpuszczenie grzechów powoduje, że już nasze dusze odzyskały życie, ale nasz rozum nie może się pozbyć tych wyobrażeń, które tkwią w naszej pamięci. Czyściec umożliwia nam "sformatowanie twardego dysku", wyrzucenie tych wyobrażeń z pamięci i zapłatę, zadośćuczynienie tym, których skrzywdziliśmy. Możemy wtedy wejść do Królestwa nie jak "kupa gnoju pokryta śniegiem" (autentyczne sformułowanie Lutra), ale jak prawdziwe dzieci Boże.

Dlaczego więc Jezus zawołał te słowa? Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze Jezus był naprawdę, w pełni człowiekiem, jak każdy z nas. I w swym człowieczeństwie czuł się opuszczony w swym cierpieniu na Krzyżu. Opuszczony przez większość uczni, przez tych, których uzdrowił, których nauczał i czuł się też opuszczony przez Boga. My też, gdy cierpimy, gdy mamy kłopoty, gdy odejdzie od nas ktoś bliski, odczuwamy samotność to wydaje się nam, że Bóg o nas zapomniał. Ale możemy być pewni, że jest to tylko uczucie, zrozumiałe w takiej sytuacji. Obiektywna rzeczywistość jest taka, że Bóg właśnie wtedy jest najbliżej nas.

Jak pisałem we wstępie do tych rozważań, nie da się oddzielić natury Boga Ojca i Jezusa. Jeżeli myślimy, że to są jakieś osobne zupełnie istoty, nie powiązane ze sobą, to redukujemy Boga do naszej ludzkiej miary. To prawda, że każda z Osób jest oddzielna, w tym sensie Syn nie jest Ojcem, a ani Syn ani Ojciec nie są Duchem Świętym, ale to nie znaczy, że jedna z tych Osób może coś odczuwać, czy wiedzieć, czego by nie wiedziała, czy odczuwała inna Osoba. Ich wiedza jest pełna, Bóg, każda z Osób Trójcy, wie wszystko, więc mają wspólną naturę, wspólne zrozumienie i odczuwanie rzeczy.

Dlatego też nie możemy powiedzieć, że Bóg Ojciec był "nie fair" w stosunku do Syna. To nie z nakazu Ojca Jezus oddał za nas życie, to był plan Boga, we wszystkich Jego Osobach, od początku. Jezus, zjednoczony z Ojcem, w Duchu Świętym, dobrowolnie oddał za nas życie, a Ojciec z Duchem Świętym, który jest Miłością ich łączącą, współcierpieli z Jezusem na Krzyżu.

Drugą przyczyną, dla której Jezus zawołał te słowa, było zwrócenie uwagi zgromadzonego tłumu na pewien istotny fakt. Jak wiemy, Żydzi doskonale znali Pismo Święte. Modlili się odmawiając, czy śpiewając Psalmy. Ale w czasach Jezusa nie było jeszcze numeracji psalmów, jak dzisiaj są one ponumerowane. Chcąc zwrócić uwagę na któryś z nich, po prostu cytowało się pierwszą linijkę tekstu. Jezus wołając te słowa, chciał właśnie zwrócić uwagę na jeden z psalmów.

Jedną z przyczyn, dla której Żydzi nie uznali w Jezusie Mesjasza był fakt, że czekali oni na kogoś, kto odniesie militarne zwycięstwo, pokona Rzymian, uzyska wolność dla Jerozolimy i zostanie królem wolnego państwa. Zupełnie odrzucili taką interpretację, że najpierw musi przyjść Mesjasz cierpiący. Jezus, cytując z Krzyża początek Psalmu znanego nam dziś jako Psalm 22, ukazuje im, przypomina fakt, że Mesjasz najpierw musiał przyjść i oddać za nich życie, zanim powróci na końcu świata jako triumfator w takim znaczeniu, jakiego wtedy oni oczekiwali.

Przeczytajcie z uwagą ten psalm. Psalm ten zresztą jest w swej wymowie bardzo optymistyczny. Zapowiada co prawda, ze zdumiewającą precyzyjnością, te tragiczne wydarzenia, których zgromadzeni pod Krzyżem są świadkami, ale też zapowiada przyszły tryumf Boga:

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.
Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz, wołam i nocą, a nie zaznaję pokoju.
A przecież Ty mieszkasz w świątyni, Chwało Izraela!
Tobie zaufali nasi przodkowie, zaufali, a Tyś ich uwolnił;
do Ciebie wołali i zostali zbawieni, Tobie ufali i nie doznali wstydu.
Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.
Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową:
Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje.
Ty mnie zaiste wydobyłeś z matczynego łona; Ty mnie czyniłeś bezpiecznym u piersi mej matki.
Tobie mnie poruczono przed urodzeniem, Ty jesteś moim Bogiem od łona mojej matki,
Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela.
Otacza mnie mnóstwo cielców, osaczają mnie byki Baszanu.
Rozwierają przeciwko mnie swoje paszcze, jak lew drapieżny i ryczący.
Rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości; jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje.
Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci.
Bo sfora psów mnie opada, osacza mnie zgraja złoczyńców. Przebodli ręce i nogi moje,
policzyć mogę wszystkie moje kości. A oni się wpatrują, sycą mym widokiem;
moje szaty dzielą między siebie i los rzucają o moją suknię.
Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka; Pomocy moja, spiesz mi na ratunek!
Ocal od miecza moje życie, z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro,
wybaw mnie od lwiej paszczęki i od rogów bawolich - wysłuchaj mnie!
Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia:
Chwalcie Pana wy, co się Go boicie, sławcie Go, całe potomstwo Jakuba; bójcie się Go, całe potomstwo Izraela!
Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego.
Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu. Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego.
Ubodzy będą jedli i nasycą się, chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają. Niech serca ich żyją na wieki.
Przypomną sobie i wrócą do Pana wszystkie krańce ziemi; i oddadzą Mu pokłon wszystkie szczepy pogańskie,
bo władza królewska należy do Pana i On panuje nad narodami.
Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi, przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują. A moja dusza będzie żyła do Niego,
potomstwo moje Jemu będzie służyć, opowie o Panu pokoleniu
przyszłemu, a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi: Pan to uczynił.


Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: Pragnę. Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę oddał ducha.(J 19, 28-30)

Dwa z siedmiu ostatnich słów Jezusa: "Pragnę." I "Wykonało się.". Czemu teraz Jezus powiedział, że pragnie? Nie odczuwał pragnienia wcześniej? Od aresztowania na Górze Oliwnej minęło już wiele godzin. A wcześniej, gdy żołnierze chcieli mu dać napój gaszący pragnienie i przynoszący ulgę w cierpieniu, Jezus odmówił. Dlaczego więc teraz? I jakie Pismo się wypełniło? Co się tu właściwie wydarzyło?

Dlaczego Jezus mówi też, że się "wykonało"? Co miał na myśli? Zbawienie wszystkich ludzi? Ale gdyby nie zmartwychwstanie, sama śmierć nie miałaby większego sensu i znaczenia. Święty Paweł przecież wyraźnie pisze:

A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstają, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa. Skoro umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach.(1Kor 15,14-17)

To Zmartwychwstanie było zwycięstwem nad grzechem i nad śmiercią. Co więc się wykonało? Otóż śmiem twierdzić, że to, co się wykonało, to Wieczerza Paschalna, Exodus, ofiara Baranka i pierwsza Msza Święta. Uroczystość Święta Paschy, którą obchodził Jezus z uczniami w Wieczerniku, która sama była świętem obchodzonym na pamiątkę wyjścia Żydów z niewoli Egipskiej i symbolizowała wyjście z niewoli grzechu. Ale naprawdę z tej niewoli nas wyzwoliła dopiero śmierć Baranka i Jego Zmartwychwstanie. Ale tu, wraz ze spożyciem Czwartego Kielicha, zakończyła się ofiara Jezusa, który jest kapłanem i ofiarą doskonałą złożoną za nasze grzechy.

Jakiego kielicha? Co to za "czwarty kielich"? Cóż, zapraszam do przeczytania mojego pierwszego tekstu, jaki napisałem przed paroma laty. Nie wiedziałem nawet wtedy, że będę miał swą stronę internetową, napisałem to na spotkanie w gronie kilku osób studiujących Biblię. Ale ten tekst dobrze tłumaczy słowa Jezusa i warto przeczytać go teraz.

Wystarczy kliknąć TUTAJ. Zapraszam.

Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha. (Łk 23,46)

Ostatnie przed śmiercią, według Ewangelii Łukasza, słowa Jezusa. Tak proste, że każda próba napisania czegoś inteligentnego musi się zakończyć porażką. Słowa dziecka do Ojca, któremu się bezgranicznie ufa. Słowa zawierzenia i oddania się.

Ale myślę, że nie powinniśmy czekać do momentu śmierci z wypowiedzeniem tych słów. W pewnym sensie zresztą w momencie śmierci łatwo jest je wypowiedzieć, jeżeli nasza wiara jest prawdziwa. Czasem jest trudniej żyć niż umierać.

Śmierć wymusza na nas pewien radykalizm. Nie ma wtedy szarej strefy. Nie ma nacisku środowiska. Nie ma wstydu, nie ma szpanowania, nie ma udawania. Oddanie swego ducha, swego życia w ręce Boga teraz, gdy nam się wydaje, że nie stoimy jeszcze w obliczu nieuchronnej śmierci, to jest dopiero trudna decyzja.

Decyzja trudna, ale na pewno mądra. Nie wiemy, kiedy tak naprawdę przyjdzie nam się spotkać z naszym Bogiem twarzą w twarz. Tyle ludzi odchodzi niespodziewanie do Pana każdego dnia. Ja piszę te słowa z Miami, za chwilę ruszam w drogę do domu. 1200 km. Noc. Weekend. Pijani kierowcy. Zmęczenie. Każda podróż może być ostatnia. Pojutrze lecę do Polski, żeby z rodzicami, z rodziną spędzić ten uroczysty, najświętszy okres w roku. A samolot przecież jest cięższy od powietrza. Ja wiem, że lata, wszyscy tak mówią. Zresztą leciałem już nad oceanem kilkanaście razy i za każdym się udawało. Ale przecież tak naprawdę nigdy nie wiadomo. Ale nie trzeba być kierowcą, czy wybierać się w podróż samolotową. Bóg nas może powołać do siebie w każdej chwili.

Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? (Łk 12,16b-20)

Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy… Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego!
Ostatnio zmieniony 29-03-10, 15:16 przez hiob, łącznie zmieniany 1 raz.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

Awatar użytkownika
Anula
Przyjaciel forum
Posty: 208
Rejestracja: 12-11-07, 19:56
Lokalizacja: Szczecin

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: Anula » 18-03-08, 20:12

Dziękuję za piękną katechezę.

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11139
Rejestracja: 24-10-07, 21:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: hiob » 27-02-09, 03:16

Anula pisze:Dziękuję za piękną katechezę.
Proszę uprzejmie. :-) Mówiąc o starych tekstach zamieszczanych ponownie, to "odgrzałem" swój pierwszy tekst, ten o "Czwartym Kielichu". Trochę go poprawiłem, znajdując nawet w nim jakiś błąd ortograficzny. :oops: Mam nadzieję, że teraz udało mi się od nich ustrzec. Można ten tekst znaleźć tutaj: http://polonus.livenet.pl/viewtopic.php?t=635
Ostatnio zmieniony 29-03-10, 15:17 przez hiob, łącznie zmieniany 1 raz.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

holt
Przyjaciel forum
Posty: 36
Rejestracja: 29-01-09, 23:28
Lokalizacja: Nowy Sącz

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: holt » 04-03-09, 18:00

pozwolę sobie uzupełnić temat. Kiedyś napisałem kazania pasyjne opierając się o ostatnie słowa Jezusa. Dlatego pozwalam sobie cyklicznie zamieszczać kolejne teksty. Będę wdzięczny za wszelkie uwagi
Pan jest WIELKI (Ps 40,17)

holt
Przyjaciel forum
Posty: 36
Rejestracja: 29-01-09, 23:28
Lokalizacja: Nowy Sącz

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: holt » 04-03-09, 18:01

12 sierpnia 1239 roku, na ulicach Paryża widać było olbrzymie tłumy ludzi. Święty Ludwik, król francuski otrzymał od cesarza Baldwina w darze nadzwyczaj cenną rzecz: cierniową koronę Chrystusa. W miastach i wioskach, przez które przejeżdżała świta z tym niezwykłym podarunkiem, urządzano wielkie uroczystości, a jak głęboko przeżywali to ludzie, niech świadczy fakt, że w niektórych miastach, jeszcze na początku tego stulecia obchodzono pamiątkę dnia, kiedy goszczono tam świętą relikwię.
Chrześcijaństwo zawsze otaczało wielkim pietyzmem wszystko, co dotyczyło męki i śmierci Chrystusa. I tak jest do dzisiaj, czego najlepszym dowodem jest wasza obecność w kościele. Bo przecież przyszliście tutaj, aby rozważać mękę naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Aby rozważać, jakie przesłanie dla nas, ludzi początku XXI wieku może mieć to jerozolimskie popołudnie 14 nizan 30 roku naszej ery.
Dlatego w naszych tegorocznych pasyjnych rozważaniach będziemy wspólnie zastanawiać się nad słowami wypowiedzianymi przez Chrystusa wiszącego na krzyżu.
Oto stoisz w cieniu krzyża na jerozolimskim wzgórzu. Gdzieś, zmieszany z tłumem pielgrzymów przybyłych na święta do miasta Dawidowego. Nareszcie dowiedziałeś się, dokąd ciągnęły te tłumy ludzi. Bo na ulicach docierały do ciebie tylko strzępy słów: że nauczyciel, kogoś ukrzyżować, Piłat, zbluźnił, że umył ręce, że uwolnili jakiegoś zbrodniarza. I chciałeś się przekonać, o co to właściwie chodzi. Poszedłeś więc z innymi. Właściwie tylko z ciekawości, może trochę z nudów. Z daleka, kiedy już podchodziłeś na szczyt wzniesienia, dobiegły cię odgłosy uderzeń młotów. To nic dziwnego, wszak mieli kogoś ukrzyżować. Ale było w nich coś dziwnego, zastanawiającego, coś co cię poruszyło. Zastanowiłeś się - no tak, przecież nie słychać złorzeczenia skazańca. Czyżby przybijano do krzyża trupa? Przepchałeś się trochę bliżej, wspiąłeś na palce, aby lepiej widzieć. Nie, ten człowiek jeszcze żył. Jego pierś ciężko unosiła się w chrapliwym oddechu. Raz po raz podnosił głowę, aby wciągnąć do zmęczonych płuc powietrze. Z Jego rąk i nóg sterczały wielkie gwoździe, spod których sączyła się krew.
Dziwny był ten skazaniec. Zachowywał się zupełnie inaczej. Inaczej niż ci dwaj, którzy wisieli obok Niego. Ci, którzy Go przybili, stali obok i drwili z Niego. Że niby czynił cuda dla innych, niech więc teraz uczyni cud dla siebie. Ale On nie reagował. Dziwny był ten skazaniec.
Nagle wsparł się na nogach, zaczerpnął głębszy haust powietrza, i spomiędzy Jego spękanych i pokrwawionych warg wydobył się głos. Nadstawiłeś pilnie uszu, aby usłyszeć, jak będzie praeklinał swoich prześladowców. Ale to co usłyszałeś, wprawiło cię w zdumienie.
On powiedział: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią".
Pragnę rozpamiętywać Twe ostatnie słowa, Panie, które Ty, odwieczne Słowo Boże wyrzekłeś na krzyżu, nim na tej ziemi zamilkłeś w ramionach śmierci. Wypowiedziałeś je spragnionymi wargami z głębi udręczonego serca - owe serdeczne słowa u kresu wszystkiego. Powiedziałeś je do wszystkich. Powiedziałeś je do mnie. Spraw, aby wniknęły one w moje serce. Jak najgłębiej. do samego dna. Abym je pojął. Aby już nigdy nie uległy zapomnieniu, lecz aby żyły i stały się mocą w moim martwym sercu. Dlatego zechciej wyrzec je do mnie sam. Tak, abym posłyszał dźwięk Twego głosu.
Kiedyś przemówisz do mnie w godzinę mojej śmierci. I te słowa będą wiecznym początkiem, albo wiecznym końcem. Daj mi wtedy, Panie, wtedy, w chwili mojej śmierci, usłyszeć słowa Twego zmiłowania i Twej miłości.

Wisisz na krzyżu, Panie. Przybili Cię do niego. Nie zstąpisz już z tego słupa zatkniętego między niebem a ziemią. Rany palą Twoje ciało. Cierniowa korona ściska Twoją skroń. Twoję oczy nabiegły krwią. Twe zranione dłonie i stopy bolą tak, jakby je przewiercało rozpalone do białości żelazo. A Twoja dusza jest morzem smutku, cierpienia i beznadziei.
Ci, którzy to sprawili, stoją pod krzyżem. Mogliby odejść, aby przynajmniej pozwolić Ci umrzeć w samotności. Ale oni stoją. I śmieją się. Myślą, że mają rację i że właśnie Twój stan jest najoczywistszym tego dowodem, że to, co Ci uczynili, jest spełnieniem najświętszej sprawiedliwości, aktem nabożnym, z którego mogą być dumni. I dlatego śmieją się, drwią i bluźnią. A Tobą, okrutniej niż ból cielesny, targa gorycz z powodu tej złości. Czyż mogą istnieć ludzie zdolni do takiej podłości? Gdzież jest jeszcze coś wspólnego między Tobą a nimi? Czy wolno człowiekowi zadręczyć tak drugiego na śmierć? Kłamstwem, podłością, zdradą, obłudą i podstępem zadręczyć na śmierć, przybierając przy tym pozory prawa, minę niewinnego i pozę bezstronnego sędziego? A Bóg dopuszcza to wszystko w swoim świecie? I śmiech i szyderstwo nieprzyjaciół może wdzierać się śmiało i butnie w Boży świat? O Panie, nasze serce pękłoby z wielkiej rozpaczy. My złorzeczylibyśmy nieprzyjaciołom, a wraz z nimi i Bogu. Krzyczelibyśmy i szarpali wściekle przybitą dłonią, aby raz jeszcze móc ją zacisnąć w pięść.
Ty zaś mówisz: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Jesteś niepojęty, Jezu. Gdzie w Twojej umęczonej, pooranej bólem duszy jest jeszcze takie miejsce, na którym mogło rozkwitnąć to słowo? Jesteś niepojęty. Darzysz miłością swoich nieprzyjaciół. Polecasz ich pieczy swojego Ojca. Modlisz się za nich. Usprawiedliwiasz ich najbardziej nieprawdopodobnym z możliwych stwierdzeniem - że nie wiedzieli. Przecież oni wszystko wiedzieli. Przecież oni tylko nie chcieli wiedzieć! A czego się wiedzieć nie chce, to się przecież w najgłębszym, najskrytszym zakamarku serca właśnie wie. Ale zarazem się tego nienawidzi i nie chce dpouścić do świadomości. A Ty mówisz ,że nie wiedzą, co czynią.
O jednym wszakże istotnie nie wiedzieli: o Twojej miłości do nich. Ten tylko bowiem może znać tę miłość, kto sam Ciebie miłuje. Bo tylko przed miłością otwiera się zrozumienie daru miłości.
Miłość - jakie piękne słowo. Ile treści w sobie kryje. Święty Paweł w liście do Koryntian opisał tę prawdziwą miłość. A Ty, pozwalając się przybić do krzyża, chciałeś nas tej miłości nauczyć. My jednak jesteśmy opornymi uczniami. Nie chcemy uwierzyć, że przykazanie miłości jest najważniejszym przykazaniem. Owszem, my to wiemy, ale na tym się kończy. A przecież nie wystarczy wiedzieć. Bo co z tego, że wiem, iż gotując zupę trzeba ją posolić, jeśli tego nie zrobię? Zupa dalej będzie niesmaczna, mimo, iż wiem że trzeba ją posolić.
Tak samo jest z przykazaniami. Nie wystarczy wiedzieć, trzeba jeszcze się do tego stosować. Bo dopiero wówczas nauczysz się prawdziwie kochać, jeśli przynajmniej raz spróbujesz złożyć ofiarę miłości z samego siebie. I wcale nie musisz od razu pozwolić przybić się do krzyża. Wystarczy, że przybijesz doń swój egoizm, swoje lenistwo, pychę, zazdrość. Zobaczysz, że świat będzie wtedy zupełnie inny, lepszy. Bo nauczysz się być - dla drugiego człowieka. Nauczysz się pomagać mu bezinteresownie, nauczysz się spostrzegać dobro w drugim człowieku, a co najważniejsze - nauczysz się przebaczać. A kiedy już posiądziesz tę najtrudniejszą ze sztuk - przebaczanie - kiedy już z czystym sumieniem będziesz mógł mówić: "odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom", wtedy wróć pod krzyż i wsłuchaj się w słowa Chrystusa. I módl się o przebaczenie.
Wypowiedz także nad moim grzechem przebaczające słowo swej niepojętej miłości. Przemów także za mną do Ojca: Przebacz mu, bo nie wie, co uczynił. Ja wprawdzie wiedziałem. Wszystko. Tyle, że o Twojej miłości nie wiedziałem.
Spraw też, abym pomyślał o Twym pierwszym słowie na krzyżu, kiedy bezmyślnie mówię, że odpuszczam swoim winowajcom. O, Boże mój na krzyżu miłości: nie wiem, czy rzeczywiście ktoś mi coś zawinił, co mógłbym mu odpuścić. Ale i tak potrzeba Twojej siły, aby przebaczyć - z serca przebaczyć - tym, którzy moją pychę i mój egoizm odczuwają wrogo. Więc przebacz mi, bo nie wiem, co czynię.
Pan jest WIELKI (Ps 40,17)

holt
Przyjaciel forum
Posty: 36
Rejestracja: 29-01-09, 23:28
Lokalizacja: Nowy Sącz

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: holt » 07-03-09, 13:04

Ciągle stoisz na Golgocie. Zmieszany z anonimowym tłumem, który przygląda się rozgrywającym wydarzeniom. Otaczają cię beznamiętne twarze, zupełnie takie same, jak twoja.
Gwar. Otacza cię gwar głosów tych wszystkich ludzi, którzy przybyli do Jerozolimy na święto Paschy. Oni wszyscy słyszeli o tym cudotwórcy z Nazaretu. Ty też słyszałeś, dlatego przyszedłeś.
Słyszałeś o tym, co wydarzyło się w ogrodzie Oliwnym. Poszedłeś tam nawet, aby na własne oczy zobaczyć krople krwi na kamieniu, przy którym się modlił.
I kiedy tak stałeś, wpatrując się w rdzawe plamy pokrywające kamień - niemego świadka trwogi konania, nagle wydawało ci się, że wokół ciebie rozległ się dźwięk spokojnego głosu, który musiał wzbudzać szacunek: "kogo szukacie?"
A potem pozdrowienie i pocałunek, który miast szacunku, oznaczał zdradę. I świst miecza, okrzyk bólu i znowu ten spokojny głos: "Schowaj swój miecz...bo ci, którzy mieczem wojują, od miecza poginą". I okrzyk zdumienia, kiedy zdarzył się cud.
Nie, to niepojęte, ale ten kamień był tego świadkiem. Te drzewa oliwne wokół są skropione krwią tryskającą z odciętego ucha. Stałeś zadumany, bo to podobno jeden z Jego uczniów Go wydał.
Nie, to niemożliwe, przecież był wraz z Nim przez długi czas. Czy ten, któremu zaufał, mógł Go wydać? Chyba tak, bo przecież został pojmany w miejscu, o którym wiedzieli tylko Jego uczniowie. Poza tym sam widziałeś, jak przybijali Go do krzyża, więc ktoś Go musiał zdradzić.
Nagle tłum zafalował, skupiając twoją uwagę na żołnierzach. Przybijali do krzyża jeszcze dwóch innych. Czyżby to byli Jego wspólnicy? Ktoś powiedział ci, że to jacyś przestępcy. Tłum jest szczęśliwy, bo widowisko będzie bardziej krwawe.
Ale któryś ze skazańców na krzyżu coś wyszeptał. Nie wiedziałeś, który z tych trzech.
Przepchnąłeś się przez tłum, sądząc, że powiedzą coś ciekawego. I usłyszałeś, jak ten ze środka mówi coś do jednego z wiszących z boku Ze spieczonych warg wyrwały się jakieś słowa. Ciężko było zrozumieć, o co Mu chodzi. Ale tobie zależało, aby usłyszeć.
Słowa z trudem układały się w sensowną całość. Ale w końcu dotarły do ciebie Jego słowa: "Zaprawdę, powiadam ci: dziś będziesz ze mną w raju".
Pragnę rozpamiętywać Twe ostatnie słowa, Panie, które Ty, odwieczne Słowo Boże wyrzekłeś na krzyżu, nim na tej ziemi zamilkłeś w ramionach śmierci. Wypowiedziałeś je spragnionymi wargami z głębi udręczonego serca - owe serdeczne słowa u kresu wszystkiego.
Powiedziałeś je do wszystkich. Powiedziałeś je do mnie.
Spraw, aby wniknęły one w moje serce. Jak najgłębiej. do samego dna. Abym je pojął. Aby już nigdy nie uległy zapomnieniu, lecz aby żyły i stały się mocą w moim martwym sercu. Dlatego zechciej wyrzec je do mnie sam. Tak, abym posłyszał dźwięk Twego głosu.
Kiedyś przemówisz do mnie w godzinę mojej śmierci. I te słowa będą wiecznym początkiem, albo wiecznym końcem.
Daj mi wtedy, Panie, wtedy, w chwili mojej śmierci, usłyszeć słowa Twego zmiłowania i Twej miłości.
Jesteś w agonii - a ciągle jeszcze znajdujesz miejsce w swoim po brzegi przepełnionym udręką sercu, dla cudzego cierpienia. Konasz - a przecież troszczysz się o złoczyńcę, który nawet znosząc męki musi przyznać, że nie są one zbyt wielką karą za zło, jakie w swym życiu uczynił. Widzisz swoją Matkę - a mówisz najpierw z synem marnotrawnym. Przytłacza Cię uczucie opuszczenia przez Boga, a Ty mówisz o raju.
Twoje oczy zachodzą mgłą śmierci, a jednak widzą wieczne światło. Konając, człowiek jest zajęty wyłącznie sobą, bo przecież jest pozostawiony samemu sobie i opuszczony.
Ale Ty ogarniasz swoją troską dusze, które wraz z Tobą mają wejść do Twego Królestwa. O wszechmiłosierne Serce! O, silne i mężne Serce!
Nędzny złoczyńca prosi Cię, byś na niego wspomniał. A Ty obiecujesz mu raj. Czy kiedy Ty umierasz, wszystko staje się nowym? Czy życie pełne grzechu i występku tak szybko się przemienia, gdy Ty się do niego zbliżysz?
Kiedy wypowiadasz nad jakimś życiem słowa przemienienia, wtedy nawet grzechy i występki zbrodniczego życia zostają ułaskawione i przemienione, tak, że nic już nie przeszkadza wejściu w Bożą świętość.
Zapewne tę odrobinę dobrej woli nawet my byśmy uznali u takiego opryszka i zbrodniarza - na tyle, żeby mu pozwolić ujść najgorszego.
Ale złe nawyki, zdrożne popędy, cały moralny brud i trywialność - tego wszystkiego nie wymaże przecież odrobina dobrej woli i krótka skrucha w obliczu śmierci! Ktoś taki nie może się przecież dostać do nieba równie szybko, jak wytrwali pokutnicy i ci, co długo szukali oczyszczenia; jak święci, którzy nie robili nic innego, jak tylko uświęcali swoje ciało i duszę i czynili je godnymi po trzykroć świętego Boga.
Ale Ty wypowiadasz wszechmocne słowo swojej łaski. I słowo to wnika w serce łotra i przemienia ogień piekielny jego konania w oczyszczający płomień Bożej Miłości, który w jednej chwili nadaje blasku wszystkiemu, co było w nim jeszcze z dzieła Twego Ojca, i pochłania wszystko, co w tym życiu jako wina stworzenia zamykało się przed Bogiem.
I łotr wchodzi z tobą do raju Twego Ojca.
Kiedyś Matka synów Zebedeusza prosiła cię, Panie, aby jej synowie byli po twej prawej i lewej stronie. Prosiła o te miejsca dla Jakuba i Jana. Teraz z pewnością była szczęśliwa, że te miejsca zajęli inni.
My też często chcemy wyręczać się innymi. Niech inni chodzą do kościoła, do spowiedzi. Niech inni pierwsi nas przeproszą, dopiero wówczas pogodzimy się z nimi. Niech inni pierwsi ustąpią. Niech oni pierwsi, niech inni...
A ci inni myślą tak samo jak i my i nikt nie chce zrobić tego pierwszego kroku do pojednania.
Jeden z uczniów Go wydał.
Przecież ja jestem Jego uczniem od chwili chrztu świętego. To ja chodzę z Nim tak, jak chodzili apostołowie. To właśnie ja jestem raz narwanym, rozgorączkowanym Piotrem, raz umiłowanym, spokojnym Janem, raz nawróconym Mateuszem, a raz podłym Judaszem, który zdradza swego Mistrza. Bo przecież każdy grzech jest zdradą. A trwanie w nim jest judaszowym pójściem do ogrodu Oliwnego.
Ale jest coś jeszcze gorszego - pocałunek Judasza. Za każdym razem, kiedy sam przed sobą czy przed innymi udaję katolika, podczas gdy wewnątrz jest mi to obojętne, zawsze kiedy lekceważę mszę świętą, piątkowy post, czy jakiekolwiek akty życia religijnego, za każdym razem całuję Chrystusa i kpiącym głosem mówię:"Bądź pozdrowiony, Mistrzu". Którym z apostołów jestem najczęściej?
W Jerozolimie na wzgórzu Czaszki stoją trzy krzyże.
Z każdego z nich spływa inna krew: krew Niewinnego, krew pokutującego i krew zatwardziałego. Jest to trafny obraz i skrót naszego żywota.
I my jesteśmy na Kalwarii - każdy na swoim krzyżu. My, łotrzy - po bokach, Niewinny w środku. Jezus dał się ukrzyżować pośrodku, aby ukazać, że wylewa krew za obydwu jednakowo: za pokutującego i za zatwardziałego. Aby zaznaczyć, że Jego miłosierdzie jest jednakowo blisko jednego i drugiego.
Trzeba tylko odważyć się i zwrócić do Jezusa. On jest blisko i zawsze jest gotów przebaczyć. "Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, nad śnieg wybieleją".
Jezus wisi pośrodku, my po obydwu stronach, jedni na miejscu pokutującego, któremu otwarło się niebo, inni na miejscu zatwardziałego, którego nawet najbardziej skrajne niebezpieczeństwo i bezpośrednia bliskość Jezusa nie nauczyły modlić się.
Co z tego, że chodzisz do kościoła, jeśli nie prosisz Jezusa o przebaczenie? Jaka krew cieknie z twojego krzyża - pokutującego, czy zatwardziałego?
Czy i mnie udzielisz tej łaski, bym zawsze miał odwagę śmiało wszystkiego żądać, wszystkiego oczekiwać od Twojej dobroci? Odwagę powiedzenia - choćbym był najniegodziwszym zbrodniarzem: "Panie, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa".
O Panie, spraw, aby u mego śmiertelnego łoża stanął krzyż. I niech usta Twoje również do mnie wyrzekną to słowo: "Zaprawdę, powiadam ci, dziś będziesz ze Mną w raju".
Niechaj samo to słowo uczyni mnie godnym, abym, całkowicie uświęcony i uwolniony od brzemienia grzechów przez oczyszczającą moc Twjej śmierci, z Tobą i w Tobie wszedł do królestwa Ojca Twego.
Pan jest WIELKI (Ps 40,17)

holt
Przyjaciel forum
Posty: 36
Rejestracja: 29-01-09, 23:28
Lokalizacja: Nowy Sącz

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: holt » 13-03-09, 11:44

Wciąż stoisz na Golgocie, wpatrując się w tego dziwnego skazańca. Jakaś dziwna siła nie pozwala ci oderwać od Niego oczu. I powoli dochodzisz do wniosku, że tak na dobrą sprawę ten człowiek wiszący na krzyżu jest niezwykły. I chyba, tak w głębi duszy zaczynasz Go trochę podziwiać.
Przez gwar przebiły się słowa wypowiedziane przez Ukrzyżowanego. Nie byłeś pewien, do kogo je skierował.
Wydawało, ci się, że mówił do młodego mężczyzny, na ramieniu którego wspierała się kobieta w średnim wieku. Było widać, że bardzo cierpi. Czyżby to była Matka skazańca? Nie, to nie możliwe. Była zbyt spokojna. Nie tak zachowują się matki skazańców. Powinna płakać, urągać prześladowcom Syna, rwać włosy z głowy. Nie tak jak ta kobieta.
Było w Niej jednak coś dziwnego, coś, co w jakiś niewidzialny sposób łączyło Ją ze skazańcem wiszącym pośrodku. W jakiś nieziemski sposób byli do siebie podobni. Obydwoje cechował jakiś wewnętrzny spokój, przepełniony jednak bólem. Obydwoje otaczała aura jakiejś wielkiej, niepojętej, bezgranicznej miłości, która zdawała się obejmować każdego człowieka, nawet katów. Czyżby jednak to był Jej Syn? Chyba tak, bo przecież tylko Matka może patrzeć na Syna z tak wielką miłością. Bo tylko Matka może tak towarzyszyć Synowi w jego ostatniej drodze.
Bezmierny ból. Usłyszała: Jezus został skazany przez Piłata na śmierć krzyżową. Przed chwilą włożyli Mu na ramiona krzyż i zaprowadzili na Golgotę. Mojego Syna mają przybić do krzyża. Na śmierć przez ukrzyżowanie. Znała ten obraz straszący ludzi przy drogach, czy murach miasta. Obraz męki, przez cały dzień, wystawiony na palące promienie słońca. Chmary much włażące w otwarte rany, w zaropiałe oczy - konający i nie mogący skonać. Zaczęła biec w stronę Golgoty. Nie starczyło Jej tchu. Oparła się o mur, chwyciła za serce.
Nagle w dźwięk gwarnego tłumu wdarł się nowy odgłos, odgłos nienawiści. Krzyk gniewu, wyzwisk, szyderstw i bluźnierstwa. Nie, to niemożliwe, aby to dotyczyło Jej Syna. Przecież On nie zrobił nikomu nic złego. A jednak. Ujrzała tablicę z napisem: "Jezus Nazareński, Król Żydowski". I zobaczyła Go.
Nawet Go nie poznała, tylko serce mówiło jej, że to On. Straszliwa czapa z kolców przykrywająca głowę, przygięty do ziemi pod brzemieniem belki. To był On, Jej Syn. Na moment podniósł głowę. Zobaczyła Jego twarz zalaną krwią. Krew była wszędzie, na Jego twarzy, włosach, brodzie, krew na szyi i piersiach. Czy Ją poznał - nie umiała powiedzieć. Wiedziała tylko, że był nieludzko zmęczony, nieprzytomny ze zmęczenia, wyczerpany. Człowiek, który już nie wie, czy stoi, czy idzie.
Stała bez ruchu i patrzyła, jak pociągnięty za sznur uwiązany na szyi, poszedł dalej zataczając się, ze zwieszoną głową, aby dopełnić swego dzieła.
Zniknął Jej z oczu. Dotarła na Golgotę z pomocą Jana, Jego umiłowanego ucznia. I bezsilnie patrzyła, jak odzierają Go z szat, jak przybijają do krzyża, jak podnoszą krzyż. Otworzył zmęczone oczy, wzrok skierował w Jej stronę i coś wyszeptał. Tłum zafalował.
Szept płynący z krzyża dotarł do ciebie. "Niewiasto, oto syn twój; synu, oto Matka twoja".
Pragnę rozpamiętywać Twe ostatnie słowa, Panie, które Ty, odwieczne Słowo Boże wyrzekłeś na krzyżu, nim na tej ziemi zamilkłeś w ramionach śmierci. Wypowiedziałeś je spragnionymi wargami z głębi udręczonego serca - owe serdeczne słowa u kresu wszystkiego. Powiedziałeś je do wszystkich. Powiedziałeś je do mnie. Spraw, aby wniknęły one w moje serce. Jak najgłębiej. do samego dna. Abym je pojął. Aby już nigdy nie uległy zapomnieniu, lecz aby żyły i stały się mocą w moim martwym sercu. Dlatego zechciej wyrzec je do mnie sam. Tak, abym posłyszał dźwięk Twego głosu.
Kiedyś przemówisz do mnie w godzinę mojej śmierci. I te słowa będą wiecznym początkiem, albo wiecznym końcem. Daj mi wtedy, Panie, wtedy, w chwili mojej śmierci, usłyszeć słowa Twego zmiłowania i Twej miłości.
Teraz, w momencie śmierci, przyszła ta godzina, kiedy Matce Twojej wolno było znowu być z Tobą. Teraz, kiedy nie było próśb o cuda, lecz trzeba było umierać, wolno było być obecną Tej, do której kiedyś powiedziałeś: "Co mnie i tobie, Niewiasto? Jeszcze nie nadeszła godzina moja". Teraz nadeszła godzina, w której Matka i Syn znowu są razem. A godzina ta jest godziną rozstania, godziną śmierci. Godziną, w której Matce, będącej wdową, odebrany zostaje jedyny Syn.
Tak więc oczy Twoje jeszcze raz spoczywają na Matce. Matce, której niczego nie oszczędziłeś. Byłeś nie tylko radością Jej życia. Byłeś też jego goryczą i bólem. Ale i jedno i drugie było Twoją łaską, bo i jedno i drugie było Twoją miłością. Że zaś i w jednym i w drugim stała przy Tobie i służyła Ci, dlatego Ją kochasz. Bo właściwie dopiero w tym stała się w pełni Twoją Matką. Bowiem bratem, siostrą, matką są dla Ciebie ci, co pełnią wolę twego Ojca, który jest w niebie.
Cała Twoja udręka nie odsunęła w cień czułości, która na tej ziemi łączy Syna z Jego Matką. Bo śmierć Twoja uświęca również to wszystko, co ten doczesny świat ma w sobie cennego i subtelnego, a co zmiękcza serce i czyni ziemię piękną.Żadna z tych rzeczy nie umiera w Twoim sercu - choć jest to serce zmiażdżone śmiercią.
I dlatego są one uratowane dla nieba. I dlatego powstanie nowa ziemia, bowiem w godzinę śmierci ukochałeś tę oto ziemię, bo w chwili konania, poruszony łzami swej Matki, myślałeś o naszym wiecznym zbawieniu. Bo jeszcze umierając, zadbałeś o ziemski los wdowy i dałeś synowi Matkę, a Matce syna.
Ale Ona nie stała przecież pod krzyżem z samotną boleścią matki, której zabijają syna. Ona stała tam w naszym imieniu. Stała jako Matka wszystkich żyjących. Za nas ofiarowała Syna. W naszym imieniu wyrzekła swoje: "Niech mi się stanie" na śmierć Pana. Była tam, pod krzyżem, Kościołem, pokoleniem dzieci Ewy, zmagała się w odwiecznym boju między wężem, a Synem Niewiasty. I dlatego dając tę Matkę uczniowi miłości, dałeś nam wszystkim swoją Matkę.
Synu, córko, oto Matka twoja, mówisz także do mnie. Oto słowo wiecznego legatu! Pod Twoim krzyżem, Jezu, ten tylko stoi jako miłujący uczeń, kto od tej godziny przyjmuje do siebie Twoją Matkę. Wszystkie zaś łaski twego konania rozdzielają Jej matczyne, czyste dłonie. Udziel nam łaski, byśmy miłowali Twoją Matkę i czcili Ją. I patrząc na mnie biednego, powiedz do Niej: Niewiasto, oto syn Twój; Matko, oto córka Twoja.
Matka! Kim jest dla ciebie twoja matka? W tę trzecią niedzielę Wielkiego Postu zrób sobie rachunek sumienia z twojej miłości do matki. Do tej kobiety, która przez dziewięć miesięcy nosiła Cię pod sercem, która w bólu wydała cię na świat, która nauczyła cię znaku krzyża. Zrób sobie rachunek sumienia ze swej miłości do tej kobiety, która być może przez ciebie już nie jeden raz płakała.
Czy nie powinieneś po powrocie z kościoła ucałować jej spracowanych rąk i poprosić o przebaczenie tego co było? Ona z pewnością już ci przebaczyła - przecież to twoja matka. Bo tylko ona potrafi kochać matczyną miłością.
I zrób sobie rachunek sumienia z twej miłości do tej Matki spod krzyża, która dla ciebie patrzyła na mękę swego jedynego syna.
Tylko czyste, dziewicze serce może w imieniu świata wyrzec "tak" nad zaślubinami Baranka z Jego oblubienicą - kościołem, ludzkością odkupioną i oczyszczoną w Twojej krwi. Jeśli mnie powierzysz temu sercu swojej Matki, śmierć Twoja nie będzie dla mnie stracona. Będę bowiem świadkiem dnia Twoich wiecznych zaślubin, kiedy całe stworzenie, na zawsze przemienione, połączy się z Tobą na wieki. Przez słowa: "Oto syn twój, oto Matka twoja.
Pan jest WIELKI (Ps 40,17)

zuziapaw
Przyjaciel forum
Posty: 20
Rejestracja: 29-09-08, 09:29

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: zuziapaw » 13-03-09, 19:25

Kiedy przeczytałam:"Przez gwar przebiły sie słowa wypowiedziane"...
Chodzi o słowa:"przez gwar" .

Zawsze,gdy wyobrażałam sobie konanie Pana Jezusa na Krzyżu,gdy widziałam siebie pośród stojącej tam gawiedzi,to zawsze panowała tam martwa,przerażająca cisza, nad którą unosiło się pytanie:co myśmy najlepszego zrobili!?
Nikt nie śmiał ust otworzyć.

Teraz wiem,że było tak,jak napisałeś-PRZEZ GWAR.

Przecież ci wszyscy,którzy krzyczeli "na krzyż z nim",którzy idąc za Nim(ja cały czas pośród nich)szydzili z Niego, stali tam pod krzyżem, żądni sensacji i ucinali sobie pogaduszki.
A ja?
Ja wolę się widzieć z chustą, odważnie przedzierającą się przez tłum,na przekór złowrogim okrzykom,ocierającą pot z czoła Skazańca.
Wolę taki obraz... ale znam swoje słabości,więc może wtopiłam się w tłum i wzruszył mnie jak inne kobiety widok skatowanego człowieka... a później pogadałam z sąsiadką i poszłam do swoich obowiązków.
Może dopiero teraz dociera do mnie :co myśmy najlepszego zrobili!

Awatar użytkownika
Vul
Administrator
Posty: 1251
Rejestracja: 26-09-08, 08:26
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: Vul » 13-03-09, 20:20

zuziapaw pisze:Zawsze,gdy wyobrażałam sobie konanie Pana Jezusa na Krzyżu,gdy widziałam siebie pośród stojącej tam gawiedzi,to zawsze panowała tam martwa,przerażająca cisza, nad którą unosiło się pytanie:co myśmy najlepszego zrobili!?
Właśnie wróciłem z miejsc którymi szedł Pan Jezus niosąc krzyż... i wyobrażałem sobie, że było właśnie tak jak dzisiaj... ścisk... wąskie uliczki... handlarze nawołujący, przyciągający do stoisk, chcący sprzedać za wszelką cenę tym, którzy być może współczuli Jezusowi... ale oprócz tych którzy współczuli jest tylko krzykliwy tłum zajęty swoimi sprawami, często wrogi...

A potem były łzy gdy dotknąłem miejsca w którym stał krzyż Naszego Pana... a potem grób...
Obrazek
zuziapaw pisze:Ja wolę się widzieć z chustą, odważnie przedzierającą się przez tłum,na przekór złowrogim okrzykom,ocierającą pot z czoła Skazańca.
Obrazek Obrazek
Wspólnota Domowego Kościoła
天無絕人之路 (天无绝人之路)
Niebo nigdy nie zamyka wszystkich drzwi (chiń)

zuziapaw
Przyjaciel forum
Posty: 20
Rejestracja: 29-09-08, 09:29

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: zuziapaw » 15-03-09, 00:46

hmm...też chciałabym tam być. :-(

holt
Przyjaciel forum
Posty: 36
Rejestracja: 29-01-09, 23:28
Lokalizacja: Nowy Sącz

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: holt » 20-03-09, 08:39

Vul, gratuluję pielgrzymki. Może kiedyś i mnie uda się tam pojechać. Bardzo chciałbym... Jak Pan pozwoli...
Pan jest WIELKI (Ps 40,17)

holt
Przyjaciel forum
Posty: 36
Rejestracja: 29-01-09, 23:28
Lokalizacja: Nowy Sącz

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: holt » 20-03-09, 08:43

Jednak dalej stoisz pod krzyżem, wpatrując się w tego dziwnego skazańca. Doszedłeś do wniosku, że to jednak musiał być Ktoś. Bo przecież nigdy dotąd na Golgocie nie było tylu faryzeuszów, co dzisiaj. Nigdy na Golgocie nie było tylu ludzi, co teraz.
Kłopotliwy jest ten skazaniec. Powinien był normalnie umrzeć, jak tylu przed Nim. Powinien był wyzywać swoich oprawców i urągać im, a Ten im przebaczył, bo niby nie wiedzieli, co robią. Nie, to z pewnością nie jest normalne, aby umierać na krzyżu w ten sposób, bez słowa skargi, bez przekleństwa na ustach.
Przecież On powinien złorzeczyć Bogu, że zezwolił na to cierpienie, powinien złorzeczyć ludziom, za biczowanie, cierniową koronę na głowie, za drogę krzyżową, za te gwoździe w Jego rękach i nogach. A On nic. Nie, to z pewnością nie jest normalne.
Nie tak umiera się na krzyżu!
Powinien przeklinać, jeśli już nie tych, co Go przybili, to przynajmniej tych, którzy Go skazali, Najwyższej Radzie, Annaszowi, Kajfaszowi, innym. Bo przecież odsyłano Go od jednego do drugiego, jak zabawkę, aby tamci nasycili się swą rządzą władzy.
Annasz, który zrezygnował z nocnego odpoczynku, aby nawet w Niewinnym znaleźć jakąś winę. Kajfasz, ostatni najwyższy kapłan Starego Przymierza, naprzeciwko którego stanął pierwszy najwyższy Kapłan Nowego Przymierza. I zazdrość, że oto stare zbliżyło się już do swego kresu. Ta zazdrość, która kończy się tak samo, jak zemsta - pragnieniem zabijania... Kain zazdrościł, dlatego Abel musiał zginąć. Kajfasz zazdrościł, dlatego przesłuchanie Jezusa zakończyło się wyrokiem: "Winien jest śmierci"...
Ale oto z krzyża znowu dobiegają niewyraźne słowa. No, może wreszcie ulży swemu cierpieniu i wyrzuci z siebie cały ból i złość na ludzi. Przecież ty tak robisz.
Ilekroć coś się nie uda, coś pójdzie źle, ktoś nadepnie ci na odcisk, wybuchasz jadem i nienawiścią, albo zamykasz się w skorupie i nie chcesz nikogo widzieć, z nikim rozmawiać, na nic nie masz ochoty. A już najmniej na to, aby cokolwiek dla kogokolwiek zrobić. Nie tak, jak ten na krzyżu.
Powoli zaczynasz mieć już dość tego widowiska. Zupełnie inaczej je sobie wyobrażałeś. Postanawiasz jednak jeszcze przez chwilę zostać. Może to, co teraz mówi, będzie wreszcie zgodne z twoimi oczekiwaniami.
Słuchasz dokładnie; nie, nie to spodziewałeś się usłyszeć. On miał przeklinać, złorzeczyć, aby sobie ulżyć, a Ten tymczasem się modli. Zamiast przeklinać w tak strasznym doświadczeniu, On się modli. "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?"
Pragnę rozpamiętywać Twe ostatnie słowa, Panie, które Ty, odwieczne Słowo Boże wyrzekłeś na krzyżu, nim na tej ziemi zamilkłeś w ramionach śmierci. Wypowiedziałeś je spragnionymi wargami z głębi udręczonego serca - owe serdeczne słowa u kresu wszystkiego. Powiedziałeś je do wszystkich. Powiedziałeś je do mnie. Spraw, aby wniknęły one w moje serce. Jak najgłębiej. do samego dna. Abym je pojął. Aby już nigdy nie uległy zapomnieniu, lecz aby żyły i stały się mocą w moim martwym sercu. Dlatego zechciej wyrzec je do mnie sam. Tak, abym posłyszał dźwięk Twego głosu.
Kiedyś przemówisz do mnie w godzinę mojej śmierci. I te słowa będą wiecznym początkiem, albo wiecznym końcem. Daj mi wtedy, Panie, wtedy, w chwili mojej śmierci, usłyszeć słowa Twego zmiłowania i Twej miłości.
Zbliża się Twoja śmierć. Nie jakiś kres życia cielesnego, będący wybawieniem i pokojem, lecz śmierć, która jest ostateczną otchłanią, niewyobrażalną otchłanią zniszczenia i nędzy. Zbliża się śmierć, która jest próżnią, straszliwą bezsilnością, przygniatającą pustką. Gdzie wszystko się wymyka, gdzie wszystko ucieka, gdzie nie ma już niczego jak tylko opuszczenie - piekące i zarazem niewypowiedzianie martwe.
I w tej nocy ducha i zmysłów, w tej pustce serca, w którym wszystko jest wypalone, Twoja dusza ciągle jeszcze się modli, owa straszliwa pustynia wypalonego bólem serca staje się w Tobie jednym wołaniem do Boga.
O, modlitwo boleści, opuszczenia, otchłannej bezsiły, modlitwo opuszczonego Boga: bądź ty sama przedmiotem uwielbienia. Jeśli Ty, Jezu, modlisz się na tym dnie nędzy, to gdzie jest taka otchłań, z której nie można byłoby wołać do Twego Ojca? Gdzie jest taka rozpacz, która znajdując ucieczkę w Twym opuszczeniu, nie mogłaby się sama stać modlitwą? Gdzie jest takie zamilknięcie w bólu, które nie musiałoby wiedzieć, że ten niemy krzyk jest słyszalny pośród niebiańskiego wesela?
Jezus zawołał donośnym głosem, jak pisze ewangelista. Zadziwiająca jest ta skarga Syna Bożego,skoro wypowiedziana była aż donośnym wołaniem. Jezus na krzyży na pewno nie był opuszczony przez Boga, bo sam o sobie mówił:" Ja i Ojciec jedno jesteśmy". Ten ludzki głos wyraża Jego człowieczeństwo, Jego udręczone serce. Chciał Jezus dać nam do zrozumienia, że żadna boleść ludzka nie jest Mu obca. Bo człowiekowi czasami zdaje się, że Bóg go opuścił, że odsunął się nieskończenie daleko.
W tym stanie ducha żadna modlitwa, żaden szlachetny trud nie darzą człowieka radością - ,a na ustach pojawia się pytanie: czy warto było? po co to wszystko?
Różne mogą być przyczyny tego stanu; przemęczenie fizyczne, psychiczne, silnymi przeżyciami, wyczerpanie nerwowe, tak częste u dzisiejszego człowieka. Może to być zwyczajne przepracowanie, czy przemęczenie. Ale może się też zdarzyć, że jest to próba od Boga, doświadczenie wierności człowieka. I w tym stanie wiele dusz się załamuje, porzuca modlitwę i praktyki religijne.
Tymczasem jedyne, co nas może wówczas uratować, tym więcej do Boga zbliżyć i pomnożyć zasługę, jest uporczywa wierność swym praktykom duchowym. Wartość modlitwy jest wówczas o wiele wyższa, niż wtedy, gdy wiąże się ona z przyjemnością.
Może nawet istotna wartość, a nawet sens praktyki religijnej jest w tym, że ta praktyka wymaga ode mnie jakiegoś przezwyciężenia, trudu, czy ofiary; przezwyciężenia niechęci lub zmęczenia, aby zgiąć kolana do modlitwy, pójść do kościoła, stanąć w kolejce do konfesjonału.
Stan oschłości może być wreszcie dla kogoś karą za dotychczasowe niedbalstwo czy oziębłość, za zaniedbywanie się w modlitwie i w życiu sakramentalnym. A wówczas już nie ja do Boga, ale Bóg do mnie może zawołać: czemuś mnie opuścił?
Albo czasem ktoś ma pretensje do Boga, że nie popiera jego słusznej sprawy, dla której on niemal oddaje życie. Ale nie jest to słuszny żal, bo umierają tylko te sprawy, za które nikt nie umiera. Bóg nie opuszcza dobrej sprawy. Może ją opuszczać tylko człowiek niesłusznie zniechęcony. Bóg nie opuszcza człowieka, który nie opuścił Boga. Ale swoją obecność przy człowieku cierpiącym czy doznającym oschłości, świadczy Bóg na ogół przez drugiego człowieka.
A czy mnie przyjdzie kiedyś na myśl, aby w imieniu Boga stanąć kiedyś przy kimś i swoją obecnością udowodnić mu, iż Bóg wcale go nie opuścił? Czy pokusiłeś się kiedyś, aby choć raz pomóc bezinteresownie człowiekowi opuszczonemu?
Aby wypowiedzieć swoją nędzę, aby wymówić modlitwę swego bezgranicznego opuszczenia, począłeś się modlić słowami 21 psalmu. Bowiem Twoje słowa: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?" są pierwszym wersem tej prastarej pieśni - skargi, którą Twój Święty Duch sam włożył kiedyś w serce zbożnego człowieka Starego Przymierza jako krzyk udręki.
Tak więc nawet Ty, jeśli mi wolno tak wyrazić, w najcięższej boleści zechciałeś się modlić tymi właśnie słowy, którymi przed Tobą modliły się tysiące. Przy swojej własnej "wielkiej mszy", w której złożyłeś siebie w wiecznej ofierze, Ty sam modliłeś się słowami ujętymi w liturgiczny kształt i w takich właśnie słowach potrafiłeś wszystko wyrazić. Naucz mnie modlić się słowami Twego Kościoła tak, aby stały się one słowami mojego serca. Spraw, o Panie, wiszący dla mnie na krzyżu, aby moja modlitwa nie była więcej pustosłowiem, ale prawdziwą modlitwą serca.
Pan jest WIELKI (Ps 40,17)

Zbyszek Michał
Przyjaciel forum
Posty: 964
Rejestracja: 14-10-08, 09:17
Lokalizacja: qq

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: Zbyszek Michał » 20-03-09, 11:28

holt pisze:a nawet sens praktyki religijnej jest w tym, że ta praktyka wymaga ode mnie jakiegoś przezwyciężenia, trudu, czy ofiary
rzeczywiście, najtrudniej jest mi się modlić gdy jest mi źle. Trudno zgiąć kolana i trudno prosić. Jednak jeśli tylko uda mi się to uczynić, wszystko się zmiania. Trzeba jedynie prosić: "Panie pomóż, bo ja sam nie dam sobie rady!"
Jezu ufam Tobie!

holt
Przyjaciel forum
Posty: 36
Rejestracja: 29-01-09, 23:28
Lokalizacja: Nowy Sącz

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: holt » 26-03-09, 19:05

Jesteś coraz bardziej zdumiony rozwojem wydarzeń. To nie tak miało być. On już dawno powinien umrzeć jak tylu przed nim, a nie robić sensację. Skąd w Nim tyle siły? To niemożliwe, żeby On to wszystko przetrwał! Podobno były aż dwa nocne przesłuchania: u Annasza i u Kajfasza. Na dodatek u Annasza, jak słyszałeś, jeszcze Go pobili. Niejaki Malchus, sługa Annaszowy spoliczkował go okutą rękawicą, prawie wyrywając Mu przy tym policzek. Widziałeś kiedyś taką rękawicę. Cała z grubej skóry, na grzbiecie nabijana żelaznymi blachami, aby nie można było jej przeciąć mieczem. Przecież od ciosu taką rękawicą można stracić wszystkie zęby, a ten tutaj ma jeszcze siłę mówić. Ciekawe, dlaczego ten Malchus to zrobił? Z pewnością po to, aby przypodobać się swemu panu. Ty przecież też często tak robiłeś. To nic trudnego, uderzyć bezbronnego człowieka, tym bardziej, jeśli się wie, iż to spodoba się naszemu chlebodawcy. Każdy sposób jest dobry, jeśli tylko przynosi korzyści.
Ci dwaj zadecydowali, że On musi zginąć. Najwyższa Rada mogła wydać wyrok śmierci, ale musiał go jeszcze zatwierdzić namiestnik rzymski. Trzeba było więc znaleźć jakiś sensowny powód, który przekonałby Piłata. Wreszcie znaleźli - uważa się za Mesjasza - Króla. Tylko to mogłoby jeszcze zainteresować Piłata. Nawet ubrali Go w szkarłatny, królewski płaszcz, aby wyglądał bardziej prawdopodobnie. Zaprowadzili Go do pałacu Namiestnika, aby zatwierdził ich wyrok. To wszystko opowiedzieli ci ludzie stojący wokoło ciebie.
Nagle twoje rozmyślania zostały przerwane jękiem płynącym z ust skazańca. Jękiem, który ułożył się w jedno słowo: "Pragnę".
Pragnę rozpamiętywać Twe ostatnie słowa, Panie, które Ty, odwieczne Słowo Boże wyrzekłeś na krzyżu, nim na tej ziemi zamilkłeś w ramionach śmierci. Wypowiedziałeś je spragnionymi wargami z głębi udręczonego serca - owe serdeczne słowa u kresu wszystkiego. Powiedziałeś je do wszystkich. Powiedziałeś je do mnie. Spraw, aby wniknęły one w moje serce. Jak najgłębiej. do samego dna. Abym je pojął. Aby już nigdy nie uległy zapomnieniu, lecz aby żyły i stały się mocą w moim martwym sercu. Dlatego zechciej wyrzec je do mnie sam. Tak, abym posłyszał dźwięk Twego głosu.
Kiedyś przemówisz do mnie w godzinę mojej śmierci. I te słowa będą wiecznym początkiem, albo wiecznym końcem. Daj mi wtedy, Panie, wtedy, w chwili mojej śmierci, usłyszeć słowa Twego zmiłowania i Twej miłości.
Ewangelista Jan, który sam był tego świadkiem, tak opowiada o Twoim słowie: Wiedząc, że już się wszystko dokonało, rzekłeś, aby się wypełniło pismo: "Pragnę". Również i tutaj powtórzyłeś słowo psalmisty, które Duch Boży wypowiedział proroczo przed Twoją męką. Bowiem w tym samym psalmie 21 czytamy o Tobie: "Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia". Zaś psalm 69 mówi o Tobie: "Gdy byłem spragniony, poili mnie octem".
O, Sługo Ojca, posłuszny aż do śmierci, i to śmierci na krzyżu: poprzez wszystko, co Cię spotyka, sięgasz wzrokiem ku temu, co Cię ma spotkać, poprzez wszystko, co czynisz, ku temu, co masz uczynić, poprzez fakty, dostrzegasz obowiązek. Jak gdyby skrupulatnie dbasz o to - nawet już przeżywając lęk śmierci, który przecież zaciemnia umysł i odbiera jasne rozeznanie - aby wszystko w Twoim życiu było zgodne z odwiecznym obrazem, jaki miał przed Tobą Duch Twego Ojca, kiedy Cię pomyślał. I właściwie nie chodzi Ci o "bezimienne" pragnienie Twego wykrwawionego, pokrytego piekącymi ranami ciała, nagiego, wystawionego na skwar południowego słońca. Stwierdzasz raczej - Ty, aż do śmierci miłujący wolę Ojca - z niepojętą prawie, uwielbienia godną pokorą: Tak, również i to się wypełniło, co już usta proroków przepowiadały o Mnie jako wolę Ojca; prawdziwie tak jest: pragnę. O serce królewskie, dla którego nawet katusze, jakie musi znosić ciało, są tylko wypełnieniem misji otrzymanej z góry!
Ale tak właśnie pojmowałeś całą swoją mękę z jej bezwzględnym okrucieństwem. Była to misja, a nie ślepy los, wola Ojca, a nie złość ludzka, zbawczy akt Twojej miłości, a nie samowolny czyn grzeszników. Zginąłeś, abyśmy my byli uratowani; umarłeś, abyśmy my żyli, pragnąłeś, aby nam było dane orzeźwić się u źródeł życia. Paliło Cię pragnienie po to, aby z Twego przebitego boku wytrysnął od serca zdrój żywej wody. To do niego zapraszałeś, wołając w Święto Namiotów donośnym głosem: "Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza".
Trzeba by się zastanowić, jakie pragnienie dokuczało Jezusowi na krzyżu. Bo niby dlaczego Jezus, który dotychczas nie poskarżył się ani słowem na doznawane cierpienia i tortury - w tym ostatnim momencie żali się na pragnienie?
Wszyscy ewangeliści notują fakt, że ktoś napełnił gąbkę octem, zatknął na trzcinę i podał ukrzyżowanemu do ust, Jezus zaś przyjął tę usługę i skosztował octu. Napojem tym była prawdopodobnie tak zwana po łacinie posca, czyli ocet winny, rozcieńczony wodą. Mieli zwykle ten napój żołnierze rzymscy, odbywający służbę w południowych i wschodnich prowincjach, był to zwykły napój orzeźwiający wśród ludzi Wschodu. Napój ten mogli przynieść ze sobą też przyjaciele Jezusa, lub też kobiety, które już wcześniej okazywały Mu swoje współczucie. W każdym bądź razie, ogólnie przyjmuje się, że był to gest litości, nie zaś chęć dokuczenia skazańcowi. Jest to już ostatni gest dobroczynny, który stawia owego nieznanego żołnierza zaszczytnie obok świętej Weroniki. Jezus, przyjmując ten gest i kosztując octu, wypełnia jeszcze jedno proroctwo mesjańskie: ' Gdy byłem spragniony, poili mnie octem".
Pragnienie odczuwane na krzyżu należało do najcięższych udręk. Przekazy historyczne opowiadają, że skazańcy już po krótkiej chwili uskarżali się na owo okrutne pragnienie i zdawało się im, że wprost się palą. To samo musiał odczuwać również i Jezus.
Ale nawet ta udręka musiała dla Jezusa być niczym, wobec duchowego pragnienia, jakie z całą pewnością odczuwał. Było to pragnienie odkupienia i zbawienia dusz. Nie dziwmy się temu pragnieniu, skoro jedna dusza ludzka w oczach Boga warta jest więcej, niż tysiąc światów. I dla zbawienia tylko jednej, mojej duszy, Syn Boży był gotów zstąpić na ziemię i podjąć śmierć odkupieńczą. Dodatkową udręką musiała jeszcze być świadomość, że wielu odkupionych nie skorzysta z tej ofiary. A co ja na to?
Ludzie pragną różnych rzeczy, ale chyba najbardziej pragną sprawiedliwości. Przede wszystkim dla siebie, podczas, gdy należy pragnąć tej sprawiedliwości w sobie, pragnąć własnego uszlachetniania, udoskonalania. Bo przecież za to nasze udoskonalanie umarł Chrystus. Tkwi w nas głęboko zakorzenione pragnienie świata, w którym wszyscy będą zadowoleni ze wszystkich. Czujemy się przerażeni rozmiarami złą, fałszu i niesprawiedliwości wokół nas. I jeśli rodzi się w nas jakiś sprzeciw i bunt wobec zła, to istotą tego buntu jest pragnienie bycia sprawiedliwym. To jest nasz bunt i jedyna słuszna jego odmiana. Pragniemy spotykać ludzi dobrych, uczciwych, moralnych - ale zapominamy, że inni też tego pragną, pragną tej uczciwości, dobroci i moralności w nas. Tak samo, jak my pragniemy jej w innych. Miejmy ambicję zaspokajać to pragnienie w innych, w naszych znękanych bliźnich. Jeśli pragniemy doznawać doznawać sprawiedliwości i dobroci od innych - musimy sami realizować te wartości w sobie. Dobra duchowe, które pragniemy widzieć u innych, rodzą się przede wszystkim w nas samych.
Narzekamy na otaczające nas zło - lecz granica między dobrem a złem nie przebiega między ludźmi, ale w poprzek naszego serca. Spróbuj o tym pamiętać, zanim zaczniesz narzekać na zło, które cię otacza. Bo Chrystus pragnął zbawienia dla wszystkich, nawet dla twego uprzykrzonego sąsiada.
Cierpiałeś pragnienie dla mnie: pragnąłeś mojej miłości i mego zbawienia. Jak jeleń wody źródlanej, tak moja dusza spragniona jest Ciebie.
Pan jest WIELKI (Ps 40,17)

holt
Przyjaciel forum
Posty: 36
Rejestracja: 29-01-09, 23:28
Lokalizacja: Nowy Sącz

Re: Siedem ostatnich Słów Jezusa

Post autor: holt » 03-04-09, 22:03

Jerozolima, 13 nizan 33 roku naszej ery. Pełny wrażeń był ten dzień. Kiedy słuchasz tego wszystkiego, nie możesz w to uwierzyć.
Kamienny słup z metalowym łańcuchem, do którego przywiązano skazańca podczas biczowania. I pełen szyderstwa płaszcz szkarłatny, niby szata królewska, i ciernie na głowie zamiast królewskiej korony.
Wreszcie straszliwe słowa: Winien jest śmierci. I to tym bardziej straszliwe, że wypowiedziane przez tych, którzy doświadczali tylko dobra. Przez tych, którym nie zrobił nic złego. Plusk wody spływającej po rękach namiestnika miesza się ze słowami: Nie jestem winien krwi tego sprawiedliwego.
Ciężka belka ląduje wreszcie na ramionach skazańca. Właśnie o to Żydom chodziło. Powoli kondukt rusza wąskimi ulicami miasta Dawidowego. Upadek, jeden, drugi, trzeci... Znamienne spotkanie z Matką, pomoc człowieka, czysta biała chusta dziewczęcia... Wreszcie szczyt. Zdzierają szaty i układają zmaltretowane ciało na skrzyżowanych belkach. Głuchu dźwięk uderzeń młotów, strumień krwi, tryskający z przebijanych dłoni i stóp.
Ostatnie uderzenie młota i przy pomocy lin dźwigają szubienicę krzyża. I zawisł w ramionach śmierci, rozpięty między niebem i ziemią Zbawiciel świata.
I siedem słów wypowiedzianych z krzyża, z których każde jedno jest najważniejsze. Cały świat zamilkł, zdumiony olbrzymim świętokradztwem: oto stworzenie targnęło się na swego Stwórcę. Zaiste, Boże, jesteś niepojęty, jeśli zgadzasz się na coś takiego.
Powolne konanie. Wystawiony na palące promienie palestyńskiego słońca, pokryty zakrzepłą krwią, nieludzko zmęczony. I te roje much, spacerujące bezkarnie po Jego udręczonej twarzy. "Tak nieludzko był oszpecony" napisał psalmista.
Wreszcie kres wszystkiego. Ciemność. Z przybytku świątyni słychać trzask dartego materiału - to zasłona przybytku. Ziemia zafalowała, jakby trzęsąc się ze strachu przed tym, co się stało.
Nie, to nie jest możliwe, aby coś takiego mogło mieć miejsce... Ale przecież stoisz pod krzyżem i patrrzysz na to wszystko, co zdaje się potwierdzać te wiadomości. Stoisz przecież pod tym krzyżem, na którym zostało zawarte Nowe Przymierze.
Kapłan Nowego Przymierza, który jednocześnie był Barankiem Ofiarnym. Był Ofiarnikiem i Ofiarą. Dokonało się najważniejsze wydarzenie w dziejach świata, to, które Bóg zapowiedział jeszcze w raju, gdy rzekł: Wprowadzam nieprzyjażń między ciebie, a niewiastę...
W tym jednym krótkim momencie historii przeminęły całe wieki ludzkiej niedoli. Odbudowana została zerwana łączność stworzenia ze Stwórcą. Chrystus otworzył zamkniętą drogę do domu. Do swego domu. Do mojego domu. Do twego domu. Do naszego domu.
Po raz pierwszy została złożona ofiara Nowego Przymierza, tego, dzięki któremu zostaliśmy odkupieni. To dzięki tamtemu 14 nizan 33 roku naszej ery, możemy mieć nadzieję na wejście do naszej niebieskiej ojczyzny.
Pragnę rozpamiętywać Twe ostatnie słowa, Panie, które Ty, odwieczne Słowo Boże wyrzekłeś na krzyżu, nim na tej ziemi zamilkłeś w ramionach śmierci. Wypowiedziałeś je spragnionymi wargami z głębi udręczonego serca - owe serdeczne słowa u kresu wszystkiego. Powiedziałeś je do wszystkich. Powiedziałeś je do mnie. Spraw, aby wniknęły one w moje serce. Jak najgłębiej. do samego dna. Abym je pojął. Aby już nigdy nie uległy zapomnieniu, lecz aby żyły i stały się mocą w moim martwym sercu. Dlatego zechciej wyrzec je do mnie sam. Tak, abym posłyszał dźwięk Twego głosu.
Kiedyś przemówisz do mnie w godzinę mojej śmierci. I te słowa będą wiecznym początkiem, albo wiecznym końcem. Daj mi wtedy, Panie, wtedy, w chwili mojej śmierci, usłyszeć słowa Twego zmiłowania i Twej miłości.
Wykonało się. Powiedziałeś przez to właściwie: spełniło się. Tak, Panie, nadszedł Twój kres. Kres twego życia. Kres Twojej chwały, Twojej ludzkiej nadziei, kres Twoich zmagań i Twojej pracy. Wszystko skończyło się i przeminęło. Wszystko stało się puste. A Twoje życie poszło wniwecz. Beznadziejne i bezsilne. Ale ten kres jest Twoim spełnieniem. Bo kres w wierności i miłości jest spełnieniem. A Twoja zagłada jest Twym zwycięstwem.
O Panie, kiedy wreszcie zrozumiem to prawo Twego, a zarazem i mego życia? Prawo, które mówi, że śmierć jest życiem, wyrzeczeniem się samego siebie - zyskaniem siebie, ubóstwo - bogactwem a cierpienie łaską, że kres jest w rzeczywistości spełnieniem?
Tak, spełniłeś się. Spełniona jest misja dana Ci przez Ojca. Wypity jest kielich, który nie miał Ci być odjęty. Przebyte konanie, które było straszne. Dokonane zbawienie świata.Zwyciężona jest śmierć. Pokonany jest grzech. Bezsilną stała się moc duchów ciemności. Otwarta jest brama życia. Zyskana jest wolność dzieci Bożych. Kipiący Duch łaski może teraz wiać. I oto posępny świat zaczyna już z wolna jaśnieć jutrzenką Twojej miłości i za małą chwilę - chwilę, którą my nazywamy historią świata - zapłonie jasnym żarem Twego Bóstwa i zanurzy się w błogosławionym płomiennym morzu Twojego życia. Wszystko się wykonało.

Spełnij również mnie w swoim Duchu - Ty, który spełniasz świat cały, Ty, Słowo Ojca, które w ciele i w swojej męce wszystko spełniło.
Czy i ja będę mógł kiedyś, u schyłku mego życia, powiedzieć: Wykonało się; wypełniłem zadanie, które mi dałeś? Czy i ja, kiedy cień śmierci mnie okryje, będę mógł powtórzyć za Tobą słowa Twej modlitwy Arcykapłańskiej: "Ojcze, nadeszła godzina... Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz mnie u siebie tą chwałą". Jakiekolwiek byłoby zadanie dane mi przez Ojca - wielkie, czy małe, słodkie, czy gorzkie, czy byłoby w nim życie, czy śmierć - daj, Jezu, bym je spełnił tak jak Ty, który wszystko, także moje życie, już spełniłeś, po to, ja je mógł spełnić.

To już koniec. O, Jezu - najbardziej ze wszystkich opuszczony, rozdarty bólem - jesteś u kresu. U tego kresu, gdzie wsystko zostaje nam odebrane, nawet dusza i swobodne "tak" albo "nie", gdzie więc jesteśmy odebrani sobie samemu. Bo tym przecież jest śmierć.
Kto odbiera, albo co odbiera? Jakieś nic? Ślepy los? Bezlitosna nature? Nie, Ojciec! Bóg, który jest mądrością i miłością. I dlatego pozwalasz odebrać siebie sobie samemu. Oddajesz się sam z ufnością w owe niewidzialne, czułe dłonie, które my, niespokojni o "swoje ja" ludzie małej wiary, odczuwamy jako nagły, nielitościwy, dławiący uściskk ślepego losu albo śmierci. Ty wiesz, że są to dłonie Ojca. I Twoje, zachodzące już mgłą śmierci oczy, widzą jeszcze Ojca, spoglądają w wielkie, spokojne oko Jego miłości, a usta wypowiadają ostatnie słowo Twego życia: "Ojcze, w ręce Twoje powierzam ducha mego".
Wszystko oddajesz Temu, który dał Ci wszystko. Składasz wszystko bez zastrzeżeń w ręce swego Ojca. A jest tego dużo i jest to ciężkie i gorzkie. Musiałeś dźwigać sam to, co było brzemieniem Twego życia: ludzi, ich podłość, swoją misję, swój krzyż, fiasko i śmierć. Ale teraz dźwiganie się skończyło. Teraz możesz złożyć to wszystko i siebie samego w ręce Ojca. Wszystko. Te ręce niosą przecież tak pewnie i z taką czułośćią. Jak ręce matczyne. Ujmują Twoją duszę, jak się ujmuje w dłonie - troskliwie i czule - małego ptaszka. Teraz już nic nie jest ciężkie, lecz wszystko lekkie, i wszystko jest światłem i łaską. I wszystko jest przytulnością Bożego serca, gdzie można wypłakać cały ciążący trud, a Ojciec zcałuje dziecku płynące po policzkach łzy.
Czy i moją biedną duszę i moje biedne życie złożysz kiedyś, Jezu, w dłonie Ojca? Połóż wtedy wszystko, całe brzemię mego życia, brzemię grzechu, nie na szale wagi sprawiedliwości, lecz w dłoniach Ojca.
Dokąd mam uciec, gdzie mam szukać schronienia, jeśli nie u Ciebie, Bracie mych goryczy, który cierpiałeś za moje grzechy? Oto przychodzę dzisiaj do Ciebie. Klękam u Twego krzyża. Całuję stopy, które bezgłośnie i nieomylnie towarzyszą mi krwawiącym krokiem na krętych ścieżkach mojego życia. Obejmuję Twój krzyż, Panie wiecznej miłości, Serce Serc wszystkich, Serce przebite, Serce cierpliwe i niewypowiedzianie łaskawe. Zmiłuj się nade mną. Przyjmij mnie do swej miłości. A gdy kiedyś nadejdzie kres mojej wędrówki i mój dzień skłoni się ku zachodowi, i otoczy mnie mrok śmierci, wypowiedz wtedy również nad moim kresem swoje ostatnie słowo: Ojcze, w ręce Twoje powierzam ducha jego.
Pan jest WIELKI (Ps 40,17)

ODPOWIEDZ