Nauka a wiara.

Tutaj są dyskusje na temat wiary. Masz jakieś pytania dotyczące nauki Kościoła, na temat chrześcijaństwa, sekt, wiary, a także komentarz na temat jakiegoś tekstu z mojej stronki? Tutaj możesz wyrazić swoje opinie i zadać pytania.

Moderator: Marek MRB

sajmun
Przyjaciel forum
Posty: 10
Rejestracja: 07-06-12, 20:19
Lokalizacja: Nowy Targ

Nauka a wiara.

Post autor: sajmun » 16-05-13, 21:51

Witajcie, znalazłem ostatnio bardzo dobry tekst dotyczący "naukowych podstaw racjonalnej wizji świata". Autorem owych rozważań jest Paul Davies - brytyjski fizyk. Sam autor z naukowego punktu widzenia próbuje przedstawić problem jakim jest to czy współczesna nauka może nam dostarczyć klucza do podstawowej ludzkiej tajemnicy jakim jest Stwórca. Tekst jest nieco długi, więc wkleję fragmenty które według mnie są warte do przeczytania, przemyślenia oraz rozmowy.



Czy Bóg jest bytem koniecznym?

Dwoje oczu ma czlowiek
Jedno widzi rzeczy marne które czas pochłania
Drugie zaś
To co boskie i wieczne
Księga Angelusa Silesiusa

Odchodząc od pytania, czy i w jakim sensie możemy uznać, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów, stajemy przed jeszcze głębszym problemem. Ujmując rzecz prosto: jeżeli świat ma swoje uzasadnienie i tym uzasadnieniem nie może być on sam, to musi nim być jakiś byt wobec świata zewnętrzny, np. Bóg. Lecz co z kolei stanowi uzasadnienie Boga? Ta stara zagadka "kto stworzył Boga" grozi popadnięciem w nieskończony ciąg uzasadniania. Jak się wydaje, można temu zapobiec jedynie przez przyjęcie, że Bóg "uzasadnia się sam", co oznacza, iż jest On bytem koniecznym w sensie logicznym, co wyjaśniałem na początku tego rozdziału. Ściślej mówiąc, jeśli Bóg ma stanowić rację dostateczną świata, to wynika stąd, że sam musi być bytem koniecznym, ponieważ gdyby był bytem przygodnym, to ciąg uzasadnień trzeba by kontynuować, gdyż moglibyśmy postawić pytanie, jakie czynniki zewnętrzne determinują Boga i jego naturę. Jednak czy pojęcie bytu koniecznego, bytu zawierającego w sobie rację swego własnego istnienia, ma w ogóle sens? Wielu filozofów dowodziło, że idea ta jest sprzeczna lub bezsensowna. Z pewnością ludzie nie są w stanie pojąć natury takiego bytu, lecz to nie oznacza bynajmniej, że samo pojęcie bytu koniecznego jest wewnętrznie sprzeczne.
Zmagając się z pojęciem bytu koniecznego, można zacząć od postawienia pytania, czy w ogóle istnieje coś, co zachodzi w sposób konieczny. Aby zaostrzyć nasz apetyt, na początek rozważmy stwierdzenie: "Istnieje co najmniej jedno prawdziwe zdanie". Nazwijmy je zdaniem A. Czy A jest prawdziwe w sposób konieczny? Przypuśćmy, że twierdzę, iż A jest fałszywe. Nazwijmy to zdaniem B: "A jest fałszywe". Ale jeżeli A jest fałszywe, to B również, jako że B jest zdaniem, a jeżeli A jest fałszywe, nie istnieje żadne zdanie prawdziwe. Tak więc A musi być prawdziwe. Jest zatem logicznie niemożliwe, by nie istniały żadne zdania prawdziwe.
Jeżeli istnieją konieczne zdania, to pojecie bytu koniecznego nie jest już z góry absurdalne. Tradycyjna koncepcja Boga w teologii chrześcijańskiej, rozwinięta w znacznej części przez św. Tomasza z Akwinu w trzynastym wieku, określa Go jako byt konieczny, bezczasowy, doskonały i niezmienny, od którego świat jest całkowicie zależny w swym istnieniu, lecz który z kolei zupełnie nie zależy od istnienia świata. Jakkolwiek taka wizja Boga jako ostatecznego uzasadnienia świata zdaje się być wymuszona przez wymogi racjonalności, istnieją poważne trudności z pogodzeniem jej z ideą przygodnego, zmiennego świata, a zwłaszcza świata, w którym występują istoty obdarzone wolną wolą. Jak ujął to niegdyś ateistyczny filozof A.J. Ayer, ze zdań koniecznych wynikają tylko zdania konieczne.
Ta niepokojąca sprzeczność trapiła zasadniczo myśl teologiczną Zachodu już od czasów Platona. U Platona, jak widzieliśmy, samo pojęcie "racjonalności" związane było z istnieniem abstrakcyjnego świata wiecznych, niezmiennych i doskonałych Idei, który stanowił dla niego jedynie prawdziwą rzeczywistość. I w tej niezmiennej dziedzinie Platon umieścił najwyższy cel poznania, Dobro. W przeciwieństwie do niej, dostępny bezpośrednio zmysłom świat rzeczy materialnych nieustannie się zmienia. Powiązanie wiecznego świata Idei i przemijającego świata materii stwarza zatem znaczne problemy. Jak wyjaśniałem w rozdziale l, Platon postulował istnienie Demiurga, bytującego w czasie, który stara się kształtować materię jak najwierniej na wzór Idei, lecz to naiwne usiłowanie pogodzenia tego, co zmienne, z tym, co Niezmienne, jeszcze bardziej uzmysławia, jak poważny jest paradoks pojęciowy zawarty we wszelkich próbach uzasadnienia przygodnego świata.
Ważne jest, aby zrozumieć, że paradoks ten nie jest jedynie technicznym problemem pojawiającym się w dyskusjach teologicznych, lecz nieuchronną konsekwencją pewnych racjonalnych metod uzasadniania. Kartezjusz i jego zwolennicy starali się osadzić nasze doświadczenie świata na opoce intelektualnej pewności. Jeśli będziemy trzymać się tej tradycji, to w naszych poszukiwaniach wiedzy pewnej nieuniknienie dojdziemy do systemów pojęć bez-czasowych, takich jak matematyka i logika, ponieważ prawda rzeczywista z definicji nie zależy od czasu. Rzetelność tych abstrakcyjnych dziedzin jest zapewniona przez to, że ich elementy spojone są ze sobą pewnością koniecznego wynikania logicznego. Jednak sam świat doświadczenia, na którego uzasadnieniu nam zależy, jest przygodny i zależny od czasu.
Napięcia wywołane tą sprzecznością pojawiają się w nauce równie często, jak w religii. Widzimy je w nieustających trudnościach, w jakie wikłają się próby pogodzenia wiecznych praw fizyki z istnieniem we Wszechświecie "strzałki czasu". Widzimy je w zażartych debatach, jak możliwy jest postęp w ewolucji biologicznej zachodzącej wskutek chaotycznych mutacji. I widzimy je w starciu paradygmatów, jakie towarzyszy najnowszym badaniom nad układami samoorganizującymi się, które spotykają się z taką wrogością, że wskazuje to na jakieś głęboko zakorzenione uprzedzenia kulturowe.
Oryginalnym wkładem myśli chrześcijańskiej w przezwyciężenie tego paradoksu jest doktryna stworzenia ex nihilo, którą przedstawiłem w rozdziale 2. Była to śmiała próba wyrwania się z logicznej pułapki przez zapostulowanie, aby pozaczasowy byt konieczny nadprzyrodzoną mocą powoływał do istnienia (nie w sensie czasowym) świat materialny w wyniku wolnej decyzji. Przez zadeklarowanie, że świat stworzony jest czymś innym niż Stwórca, czymś, czego Bóg nie musiał stwarzać, lecz zdecydował się stworzyć, myśliciele chrześcijańscy uniknęli zarzutów, na jakie narażona była alternatywna koncepcja świata jako emanacji Boga, w której świat fizyczny wyłania się bezpośrednio z istoty Boga, dziedzicząc w ten sposób Jego konieczny charakter. Zasadnicze znaczenie miało w tym przypadku wprowadzenie elementu boskiej Woli. Wolna wola z definicji zakłada przygodność, ponieważ o wolnym wyborze możemy mówić tylko wtedy, jeśli mógł on być inny. Zatem jeśli Bóg dysponował swobodą wyboru pomiędzy alternatywnymi możliwymi światami, przygodność rzeczywistego świata znajduje swoje uzasadnienie. Natomiast wymóg poznawalności jest spełniony poprzez przypisanie Bogu natury racjonalnej, na mocy której jego decyzje również są racjonalne.
Może się wydawać, że osiągnięto w ten sposób pewien rzeczywisty postęp. Na pierwszy rzut oka koncepcja stworzenia ex nihilo stanowi rozwiązanie paradoksu, w jaki sposób zmienny, przygodny świat może być uzasadniony przez pozaczasowy byt konieczny. Niestety, mimo iż całe pokolenia filozofów i teologów usiłowały nadać tej koncepcji spójny logicznie kształt, nie udało się tego osiągnąć. Zasadniczą przeszkodę stanowi trudność wytłumaczenia, dlaczego Bóg zdecydował się stworzyć ten, a nie inny, świat.
W przypadku wolnej woli u ludzi, ostateczny wybór zależy od ich wewnętrznej natury Coz więc możemy powiedzieć o naturze Boga? Można przypuszczać, ze jest ona wyznaczona przez to, ze Bóg jest bytem koniecznym Nie chcielibyśmy tu przywoływać możliwości, ze jest wiele rożnych typów Boga, gdyż wtedy wprowadzanie pojęcia Boga me prowadziłoby do niczego Zostalibyśmy z problemem, dlaczego istnieje ten konkretny Bóg, a me inny Cały sens powoływania się na Boga jako byt konieczny polega na tym, ze jest On jedyny możliwy jego natura me mogłaby być inna Lecz jeśli istota Boga wyznaczona jest przez jego konieczność, czy był on w stanie stworzyć świat innym, mz jest? Tak mogłoby być tylko wtedy, gdyby stworzenie nie było aktem racjonalnego wyboru, lecz jakimś kaprysem, boskim odpowiednikiem rzutu monetą Jednak w takim razie istnienie świata i tak ma charakter arbitralny, więc celowość wprowadzania Boga staje się problematyczna.
Filozof Keith Ward przeprowadził szczegółową analizę sprzeczności pomiędzy konieczną naturą Boga a przygodnym charakterem świata, streszczając jej istotę następująco:
Przede wszystkim, jeżeli Bóg jest naprawdę samoistny, jak wymaga tego aksjomat racjonalności, jak doszło do tego, ze wogóle stworzył świat. Wydaje się to czymś arbitralnym i bezcelowym. Z drugiej strony, jeżeli Bóg jest naprawdę bytem koniecznym i niezmiennym, w jaki sposób byłby w stanie podjąć wolną decyzję? Przecież wszystko, co czyni, czyni z konieczności i bez żadnej możliwości wyboru. Nieusuwalny dylemat - albo akty Boga są konieczne, a zatem nie wolne (nie mogłyby być inne), albo są one wolne, a zatem arbitralne (nic nie może ograniczać wolnej woli Boga) - zabijał klina olbrzymiej większości chrześcijańskich filozofów przez stulecia.
Problem polega na tym, ze cokolwiek byśmy zrobili, powracamy do tej samej podstawowej trudności, ze byt czysto przygodny nie może powstać z bytu w pełni koniecznego.
Jeżeli Bóg jest stwórcą lub przyczyną przygodnego świata, to sam musi być przygodny i istniejący w czasie, lecz jesli Bóg jest bytem koniecznym, to wszystko, co stwarza, musi być stwarzane w sposób konieczny i niezmienny. Na tej opoce zasadzają się obydwie wersje teizmu. Wymóg racjonalności pociąga za sobą istnienie bytu koniecznego, niezmiennego i wiecznego. Stworzenie zdaje się wymagać Boga przygodnego, istniejącego w czasie, który oddziaływa ze światem stworzonym, a zatem nie jest samoistnym bytem w sobie. Lecz jak to z sobą pogodzi?ć
I w innym miejscu:
Jak może byt, który jest konieczny i niezmienny, mieć zdolność uczynienia wszystkiego? Jako konieczny, me może uczynić nic innego, mz czyni, jako niezmienny, nie może uczynić niczego nowego ani oryginalnego. Nawet jeżeli stworzenie pojmować będziemy jako dokonujący się poza czasem akt Boga, rzeczywista trudność nadal pozostanie, gdyż jako że Bóg jest w pełni konieczny, będzie musiał to być akt konieczny, który pod żadnym względem nie mógłby być inny. Pogląd ten kłóci się z zasadniczym motywem tradycji chrześcijańskiej, mianowicie, ze Bóg nie musiał stwarzać świata i nie musiał stwarzać właśnie tego świata Jak może byt konieczny odznaczać się jakąkolwiek wolnością?
Taką samą tezę stawia Schubert Ogden.
Teologowie zazwyczaj mówią nam, ze Bóg stworzył świat w akcie wolnej woli, jak świadczy o tym przygodny, czyli wewnętrznie niekonieczny świat naszego doświadczenia. Jednocześnie, trzymając się utartych założeń klasycznej metafizyki, mówią, ze boski akt stworzenia wypływa z jego wiecznej istoty, która jest pod każdym względem konieczna i wyklucza wszelką przygodność. Zatem, gdybyśmy chcieli potraktować ich słowa poważnie, uznając obydwa twierdzenia za prawdziwe, popadniemy natychmiast w nierozwiązywalną sprzeczność, ze całkowicie przygodny świat powstał w wyniku całkowicie koniecznego aktu stworzenia.
Całe tomy zapisane zostały przez filozofów i teologów próbujących wydobyć się z tej jaskrawej, uporczywej sprzeczności Z braku miejsca omówię tu jedynie jeden konkretny, dość oczywisty sposób, w jaki można tego dokonać.

Dwubiegunowy Bóg i chmura Wheelera

Jak widzieliśmy, Platon rozwiązał antagonizm konieczności i przygodności postulując istnienie dwóch istot boskich Dobra i Demiurga, z których pierwsza była konieczna, a druga przygodna. Być może da się spełnić wymogi monoteizmu przez pokazanie, że sytuację tę można właściwie opisać jako istnienie w rzeczywistości dwóch komplementarnych aspektów jednego, "dwubiegunowego", Boga. Jest to stanowisko podzielane przez wyznawców kierunku znanego pod nazwą "teologu procesu".
Filozofia procesu jest próbą przedstawiania sobie świata nie jako zbioru ciał materialnych, ani nawet zbioru zdarzeń, lecz procesu przebiegającego w określonym kierunku. Zasadniczą rolę odgrywa zatem w niej upływ czasu i uznaje ona wyższość stawania się nad byciem. W przeciwieństwie do sztywnego mechanistycznego obrazu świata, jaki wyłania się z prac Newtona i jego następców, w filozofii procesu kładzie się nacisk na otwarty i indeterministyczny charakter przyrody. Przyszłość nie zawiera się w teraźniejszości; zawsze możliwy jest alternatywny rozwój wypadków. W ten sposób przyrodzie przypisana została wewnętrzna wolność, jaka nie występowała w koncepcji świata-mechanizmu Laplace'a. Wolność ta zostaje osiągnięta za cenę odejścia od redukcjonizmu; świat staje się czymś więcej niż prostą sumą swoich elementów. Musimy porzucić pogląd, że układy fizyczne, takie jak kamienie, chmury czy ludzie, nie są wyłącznie zbiorowiskami atomów, i uznać, że struktura rzeczywistości ma wiele odrębnych poziomów. Człowieka, na przykład, bez wątpienia można rozpatrywać jako zbiorowisko atomów, lecz zawiera on także szereg wyższych poziomów strukturalnych, których ten prymitywny opis nie uwzględnia, a które odgrywają zasadniczą rolę w tym, co rozumiemy pod pojęciem "osoby". Przy traktowaniu układów złożonych jako hierarchii poziomów strukturalnych proste widzenie przyczynowości jako dokonującej się wyłącznie "od dołu", począwszy od cząstek elementarnych oddziaływających ze sobą wzajemnie, musi ustąpić miejsca bardziej wyrafinowanemu, wielopoziomowemu obrazowi, w którym wyższe poziomy mogą także oddziaływać na niższe poziomy. Pozwala to wprowadzić do biegu spraw w świecie elementy teleologii, czyli zachowań celowych. Filozofia prowadzi w naturalny sposób do ekologicznego pojmowania świata jako wielkiego organizmu, przypominającego poglądy kosmologiczne Arystotelesa, Ian Barbour uważa, że wizja rzeczywistości w filozofii procesu wyraża się w poglądzie, że świat jest w większym stopniu społecznością niezależnych istot aniżeli zbiorowiskiem trybików w maszynie.
Jakkolwiek motywy przewodnie filozofii procesu zajmują poczesne miejsce w historii filozofii, w nauce myślenie w kategoriach procesu stało się modne stosunkowo niedawno. Powstanie mechaniki kwantowej na przełomie lat trzydziestych naszego stulecia położyło definitywnie kres pojmowaniu świata na kształt deterministycznej maszyny, ale decydujący wpływ miały tu dopiero najnowsze badania dotyczące chaosu, samoorganizacji i teorii systemów. Zmusiły one badaczy do myślenia w coraz większym stopniu w kategoriach układów otwartych, które nie są ściśle wyznaczone przez swoje części składowe, ponieważ pozostają także pod wpływem swojego środowiska. Zazwyczaj układy otwarte o znacznym stopniu komplikacji są bardzo czułe na oddziaływania zewnętrzne, co czyni ich zachowanie nieprzewidywalnym, wprowadzając do nich w ten sposób pewien element wolności. Najbardziej zaskakujące było, że układy otwarte mogą także zachowywać się w sposób uporządkowany, według określonych prawidłowości, pomimo ich indeterministycznego charakteru i pozostawania na łasce wyraźnie przypadkowych zaburzeń zewnętrznych. Najwyraźniej istnieją jakieś ogólne prawa strukturalne, rządzące zachowaniem układów złożonych na wyższych poziomach organizacji, prawa, które istnieją niezależnie od praw fizyki (które działają na najniższym poziomie poszczególnych cząstek). Prawa te są niesprzeczne z prawami fizyki, lecz nie sprowadzają się do nich ani nie mogą być z nich wyprowadzone. W ten sposób naukowcy doszli do ważnego pojęcia porządku przygodnego. Bardziej wyczerpujące omówienie tej problematyki znajduje się w moich książkach The Cosmic Blueprint i The Matter Myth.
Myślenie w kategoriach procesu zostało wprowadzone do teologii przez Alfreda Northa Whiteheada, matematyka i filozofa, który wspólnie z Bertrandem Russellem napisał wpływowe dzieło Principia Mathematica. Whitehead wysunął tezę, że świat fizyczny stanowi wzajemnie połączony system tego, co nazwał "zaktualizowanymi możliwościami". Są one czymś więcej niż po prostu zdarzeniami, gdyż cechuje je wolność i zdolność uczenia się, które nie występowały w mechanistycznej wizji świata. Rdzeniem filozofii Whiteheada jest to, że Bóg jest sprawcą porządku w świecie, lecz nie działając bezpośrednio, lecz poprzez stworzenie różnych możliwości, które świat fizyczny aktualizuje potem według własnego uznania. W ten sposób Bóg, nie naruszając zasadniczo otwartego i indeterministycznego charakteru świata, jest pomimo to w stanie sprawiać, by podążał on ku dobru. O istnieniu takiego subtelnego, pośredniego oddziaływania może świadczyć na przykład progresywny charakter ewolucji biologicznej oraz występująca w świecie tendencja do samoorganizowania się w coraz to bardziej różnorodne i złożone struktury. Whitehead zastępuje w ten sposób monarchistyczną wizję Boga jako wszechmocnego stwórcy władającego światem koncepcją Boga-współuczestnika procesów twórczych zachodzących w świecie. Nie jest on już niezależnym i niezmiennym bytem w sobie, lecz wpływa - i znajduje się pod wpływem - na rozwój wydarzeń postępujący w rzeczywistym świecie fizycznym. Z drugiej strony, Bóg nie jest przy tym w pełni poddany strumieniowi czasu. Zasadnicza natura i cele Boga pozostają niezmienne i wieczne. W ten sposób aspekty pozaczasowego bytowania i zmienności w czasie zostają ze sobą pogodzone w ramach jednej koncepcji.
Niektórzy utrzymują, ze pojęcie "dwubiegunowego" Boga również pozwala na pogodzenie konieczności z przygodnością. Jednakże wiąże się to w tym przypadku z porzuceniem wszelkiej nadziei, by Bóg mógł być prosty w swej boskiej doskonałości, jak zakładał Tomasz z Akwinu. Keith Ward, na przykład, zaproponował model złożonej natury Boga: niektóre jego elementy miałyby być konieczne, a inne przygodne. Taki Bóg, aczkolwiek istniejący w sposób konieczny, poddany jest jednak wpływom świata stworzonego i własnych działań stwórczych, przez co wprowadzony zostaje element otwartości czy tez wolności.
Przyznaję, ze sprawiło mi wielką trudność zrozumienie filozoficznych zawiłości niezbędnych przy uzasadnianiu koncepcji dwubiegunowego Boga. Pomoc przyszła jednakże z nieoczekiwanej strony od mechaniki kwantowej. Zrekapitulujmy raz jeszcze zasadnicze wnioski wypływające z kwantowej zasady nieoznaczoności. Cząstka, na przykład elektron, nie może mieć jednocześnie dokładnie wyznaczonego położenia i pędu. Można dokonać pomiaru położenia, otrzymując jego dokładną wartość, lecz wtedy wartość pędu będzie całkowicie nieokreślona, i na odwrót. W ogólnym przypadku dla danego układu kwantowego niemożliwe jest określenie z góry, jaki wynik otrzyma się po przeprowadzeniu pomiaru można tylko podać wartości prawdopodobieństwa otrzymania poszczególnych wartości. Zatem, jeżeli dokonuje się na takim układzie pomiaru położenia, mamy do dyspozycji szereg możliwych wyników. Układ ten posiada więc charakter niedeterministyczny - można powiedzieć, ze ma wolność wyboru spośród wielu możliwości - i rzeczywisty wynik pomiaru jest czysto przygodny. Z drugiej strony, to eksperymentator określa, czy pomiar będzie dotyczył położenia, czy pędu, a więc wybór alternatywnych zbiorów wartości (to znaczy, czy to będzie zbiór możliwych wartości położenia, czy wartości pędu) dokonywany jest przez czynnik zewnętrzny. Z punktu widzenia elektronu istniejące alternatywne możliwości są czymś koniecznym, a faktycznie zrealizowany wybór czymś przypadkowym.
Aby uczynić to bardziej jasnym, pozwolę sobie przytoczyć znaną historię, pochodzącą od Johna Wheelera. Pewnego dnia współpracownicy Wheelera zaproponowali mu grę w dwadzieścia pytań, nie wtajemniczając go bliżej, o co im chodzi. Przypomnijmy, ze tradycyjna gra polega na odgadnięciu przez jednego z grających uzgodnionego przez pozostałych uczestników słowa, przy czym może on zadać co najwyżej dwadzieścia pytań, na które można odpowiadać tylko tak-nie. Wheeler rozpoczął od standardowych pytań czy to jest duże? czy to jest coś żywego? Z początku odpowiedzi padały szybko, później coraz wolniej, z coraz większym wahaniem. W końcu spróbował zgadnąć "Czy to jest chmura?" Odpowiedź była twierdząca i wszyscy wkoło wybuchnęli śmiechem. Koledzy ujawnili następnie Wheelerowi, że chcąc mu spłatać figla, nie wybrali wcale żadnego słowa, lecz umówili się, iż będą udzielać odpowiedzi czysto przypadkowych, byle tylko nie były sprzeczne z poprzednimi odpowiedziami. Mimo to odpowiedzi te doprowadziły do rozwiązania. Rozwiązanie to oczywiście było przygodne, gdyż nikt go z góry nie ustalał, lecz nie było całkiem arbitralne, po części wyznaczone było przez pytania, które Wheeler zdecydował się zadać, a po części wynikało z czystego przypadku. W ten sam sposób rzeczywistość odkrywana w procesie pomiaru kwantowego jest częściowo zależna od tego, jakie pytania eksperymentator postawi przyrodzie (tzn czy będzie wyznaczał dokładne położenie, czy dokładny pęd), a częściowo przez przypadek (tzn prawdopodobieństwo otrzymania określonych wartości jako wyników pomiarów tych wielkości).
Powróćmy teraz do przykładu teologicznego. Z podobnym połączeniem przygodności i konieczności mamy do czynienia w przypadku Boga, który w sposób konieczny wyznacza alternatywne światy, jakie możliwe będą do realizacji, lecz pozostawia przyrodzie wolność co do wyboru którejś z tych możliwości. W teologii procesu czyii się założenie, że alternatywne możliwości są z konieczności ustalane tak, aby osiągnąć założony cel, tzn by kierowały czy też wspomagały (pod innymi względami wolny) świat w ewolucji ku jakiemuś dobru. Jednakże to ukierunkowywanie nie wyklucza otwartości. Dlatego świat nie jest ani całkowicie zdeterminowany ani w pełni arbitralny, lecz, tak jak "chmura Wheelera", stanowi ścisły związek celowego wyboru i czystego przypadku.

Czy Bóg może nie istnieć?

Argumentacja, z której wnioski rozpatrywałem dotychczas w tym rozdziale, nosi nazwę kosmologicznego dowodu istnienia Boga. Dowód ten nie polega na wykazaniu, że istnienie Boga jest koniecznością logiczną. Można sobie przecież wyobrazić, iż nie istnieje ani Bóg, ani świat, albo że istnieje tylko świat, a nie Bóg. Na pierwszy rzut oka nie widać żadnej sprzeczności logicznej w obydwu przypadkach. Zatem, nawet gdyby dało się wykazać, że pojęcie bytu koniecznego ma sens, to nie wynikałoby z tego, że taki byt istnieje, a tym bardziej że musi istnieć.
Historia teologii zna jednak próby udowodnienia, że nieistnienie Boga jest logiczną niemożliwością. Argumentacja ta, znana jako "dowód ontologiczny", pochodzi od św. Anzelma i wygląda mniej więcej w ten sposób: Bóg z definicji jest najbardziej doskonałą z możliwych do pomyślenia rzeczy. Z kolei coś, co realnie istnieje, jest z oczywistych względów bardziej doskonałe niż sama myśl o tej rzeczy. (Detektyw, który naprawdę istniał, słynny Fabian ze Scot-land Yardu, jest bardziej doskonały niż postać literacka, Sherlock Holmes). Dlatego też bóg realnie istniejący jest bardziej doskonały niż bóg fikcyjny. Ale Bóg jest najbardziej doskonałym z możliwych do pomyślenia bytów, więc wynika stąd, że musi istnieć.
Dowód ontologiczny sprawia wrażenie sztuczki logicznej i nie wygląda, aby był użyteczny filozoficznie. W istocie jednak wielu filozofów w różnych okresach traktowało go poważnie, w tym przez krótki czas nawet ateista Bertrand Russell. Niemniej jednak, ogólnie rzecz biorąc, nawet wśród teologów nie znalazłoby się zbyt wielu chętnych do jego obrony. Jeden problem z tym dowodem polega na traktowaniu istnienia jako własności przysługującej rzeczy, podobnie jak masa i kolor. Porównujemy ideę boga-realnie-istniejącego z ideą boga-który-nie-istnieje. Ale istnienie nie jest atrybutem, który można przypisać czemuś lub nie, jak zwykłe własności fizyczne. Ma sens powiedzenie, że mam w kieszeni pięć małych monet i sześć dużych, lecz cóż to miałoby znaczyć, gdybym powiedział, że mam tam pięć monet istniejących i sześć nieistniejących?
Kolejnym problemem w przypadku dowodu ontologicznego jest wymóg, by Bóg stanowił rację świata. Nie wystarczy, aby istniał byt logicznie konieczny, lecz nie posiadający żadnego odniesienia do świata. Trudno sobie wyobrazić, aby byt przynależący do sfery czystej logiki mógł uzasadniać przygodne własności świata. Dowód ontologiczny opiera się na tym, co filozofowie nazywają "zdaniami analitycznymi". Zdanie analityczne to takie zdanie, którego prawdziwość (lub fałszywość) wynika wyłącznie ze znaczenia terminów w nim występujących. Zatem "Wszyscy kawalerowie są mężczyznami" jest zdaniem analitycznym. Zdania, które nie należą do klasy zdań analitycznych, nazywamy "syntetycznymi", ponieważ ustalają one związki pomiędzy rzeczami nie powiązanymi na mocy samej definicji. I tak, w teoriach fizycznych występują zawsze zdania syntetyczne, gdyż stanowią one wypowiedzi o faktach w przyrodzie, które mogą być testowane empirycznie. Skuteczność matematyki w opisywaniu przyrody, a zwłaszcza rządzących nią praw, może sprawiać wrażenie, jak się przekonaliśmy, niektórzy faktycznie bronili takiej tezy), że w świecie nie istnieje nic oprócz matematyki, a matematyka z kolei nie zawiera nic poza definicjami i tautologiami, tzn. zdaniami analitycznymi. Uważam ten pogląd za duże nieporozumienie. Choćbyśmy nie wiem jak się starali, nie można wyprowadzić zdania syntetycznego ze zdań analitycznych.
Do przeciwników dowodu ontologicznego należał Immanuel Kant. Utrzymywał on, że jeśli mają istnieć sensowne twierdzenia metafizyczne, to muszą istnieć zdania, które są koniecznie prawdziwe nie tylko na mocy samej definicji. Jak wspominałem już w rozdziale l, Kant był przekonany, iż posiadamy jakąś wiedzę a priori. Tak więc Kant twierdził, że muszą istnieć prawdziwie syntetyczne zdania a priori w przypadku każdego procesu myślowego odnoszącego się do świata obiektywnego. Tego typu zdania aprioryczne byłyby z konieczności prawdziwe, niezależnie od przygodnej charakterystyki świata, to znaczy, byłyby one prawdziwe w każdym świecie. Niestety, filozofom do tej pory nie udało się znaleźć żadnych koniecznych zdań syntetycznych a priori.
Jeśli nawet nie istnieją zdania syntetyczne konieczne, to może istnieją takie, które są niemożliwe do zakwestionowania. Można sobie wyobrazić, że system takich zdań mógłby posłużyć do uzasadnienia przygodnych własności świata, takich jak konkretna postać praw fizyki. Niejednego by to zadowoliło. Fizyk David Deutsch twierdzi, że "zamiast próbować otrzymać »coś z niczego«, czyli zdanie syntetyczne z analitycznego", powinniśmy wprowadzić na fundamentalnym poziomie fizyki zdania syntetyczne, "które trzeba i tak postulować, z powodów leżących poza samą fizyką". Dalej podaje przykład: Rzeczą, którą zawsze milcząco zakładamy a priori przy konstruowaniu teorii fizycznych, jest to, ze teoria ta nie zabrania, by dane procesy fizyczne zostały poznane i opisane przez ludzi. Żadne prawo fizyki, które jesteśmy w stanie poznać, nie może samo w sobie zabraniać, abyśmy je poznali. Fakt, ze każde prawo fizyczne musi spełniać ten bardzo specyficzny warunek, jest syntetycznym zdaniem a priori, nie dlatego, iż jest koniecznie prawdziwe, lecz dlatego, że nie możemy nie uznawać go za prawdziwe, starając się poznać te prawa.
John Barrow również sugeruje, ze istnieją pewne prawdy konieczne dotyczące wszystkich światów, w których istnieje obserwator. Przytacza on jako przykład różne wersje Zasady Antropicznej, które starają się wykazać, ze organizmy biologiczne obdarzone świadomością mogą powstać tylko we Wszechświecie, w którym prawa fizyki mają określoną szczególną postać "Te »antropiczne« warunki wskazują na określone własności, jakie Wszechświat musi posiadać a priori, a które są na tyle nietrywialne, ze można je uznać za syntetyczne. Zatem syntetycznym a priori mógłby stać się konieczny wymóg, ze żadne poznawalne prawo fizyki, wchodzące w skład »Tajemmcy Wszechświata«, nie może nam samo zabraniać możliwości, abyśmy je poznali".
Keith Ward uważa, ze pojęciu konieczności logicznej można by nadać szerszy sens Weźmy na przykład zdanie "Nic nie może być jednocześnie całe zielone i czerwone" Czy jest to zdanie koniecznie prawdziwe? Przypuśćmy, ze twierdzę, iż jest ono fałszywe. Moje stwierdzenie nie jest w żaden oczywisty sposób wewnętrznie sprzeczne. Niemniej jednak jest ono prawdopodobnie fałszywe we wszystkich możliwych światach, co nie jest równoważne, by było ono logicznie sprzeczne w formalnym sensie. Założenie, ze to pierwsze zdanie jest prawdziwe, jest, by użyć słów Deutscha, "czymś, co i tak założylibyśmy" Może stwierdzenie "Bóg nie istnieje" należy właśnie do tej kategorii zdań, które wprawdzie nie są sprzeczne z żadnymi aksjomatami jakiegoś systemu formalnej logiki zdań, lecz są fałszywe we wszystkich możliwych światach.
Na koniec należałoby wspomnieć o zastosowaniu przez Franka Tiplera dowodu ontologicznego do samego świata (a nie do Boga). Tipler próbuje ominąć zarzut, ze "istnienie" nie jest własnością, poprzez zdefiniowanie tego pojęcia w szczególny sposób. Widzieliśmy w rozdziale 5, jak Tipler utrzymywał, że światy symulacji komputerowych są dla istot bytujących w takim symulowanym świecie równie realne, jak dla nas nasz świat. Wskazuje on, że program komputerowy nie jest zasadniczo niczym innym, jak odwzorowaniem jednego zbioru znaków lub liczb na inny zbiór. Można by zakładać, ze wszystkie możliwe odwzorowania, a zatem i wszystkie możliwe programy komputerowe istnieją w jakimś abstrakcyjnym, platońskim sensie. Wśród tych programów będzie wiele (prawdopodobnie nieskończenie wiele) takich, które realizują symulowane światy. Pytanie brzmi, które z tych możliwych symulacji komputerowych odpowiadają "fizycznie istniejącym" światom. Używając sformułowania Hawkinga, które z nich są wypełnione życiem? Tipler stawia tezę, ze wyłącznie te symulacje, "które są wystarczająco złożone, by zawierać obserwatorów - istoty zdolne do myślenia i odczuwania - jako swoje podsymulacje", są tymi, które istnieją realnie, przynajmniej z punktu widzenia symulowanych istot. Ponadto symulacje te istnieją w sposób konieczny jako konsekwencja logicznych warunków związanych z operacjami matematycznymi zawartymi w odwzorowaniach. Zatem, konkluduje Tipler, nasz Wszechświat (i wiele, wiele innych) musi istnieć w następstwie logicznej konieczności.

Czy potrzebny jest Stwórca?

Mam nadzieję, że niniejsza dyskusja pozwoli przekonać czytelnika, że świat nie jest bezładną zbieraniną obiektów i sił, lecz niezwykle pomysłową, jednolitą strukturą matematyczną. Słowa takie jak "pomysłowy" lub "sprytny" niezaprzeczalnie odnoszą się do działalności człowieka, a pomimo to nieodparcie nasuwają się w odniesieniu do przyrody. Czy jest to tylko jeszcze jeden przykład narzucania przyrodzie naszych własnych kategorii myślowych, czy też odzwierciedla się w tym jakaś istotna głęboka właściwość świata?
Odeszliśmy już dość daleko od paleyowskiej wizji świata jako zegarka. Posługując się raz jeszcze moją ulubioną analogią, można powiedzieć, że świat fizyki cząstek elementarnych przypomina bardziej krzyżówkę niż mechanizm zegarka. Każde nowe odkrycie stanowi wskazówkę pozwalającą odkryć jakieś nowe elementy matematycznej struktury. W miarę gromadzenia się odkryć, coraz więcej tych krzyżujących się powiązań "wypełnia się" i zaczynają wyłaniać się zarysy całej struktury. W chwili obecnej w "krzyżówce" tej pozostaje jeszcze wiele pustych miejsc, niemniej da się już zauważyć, jak bardzo jest ona misterna i spójna. W odróżnieniu od mechanizmu, który może jedynie powoli z czasem zmierzać w kierunku form o większym stopniu złożoności i organizacji, "krzyżówka" fizyki cząstek jest gotowa od razu w całości. Powiązania nie powstają, lecz istnieją przez cały czas, ukryte w prawach. Musimy je po prostu bądź przyjąć jako zdumiewające nagie fakty, bądź też poszukiwać dla nich głębszego uzasadnienia.
Zgodnie z myślą chrześcijańską tym głębszym uzasadnieniem jest Bóg, który stworzył świat w całym jego bogactwie i złożoności, a zadaniem fizyki jest odkrywanie szczegółów tego Bożego zamysłu. Gdybyśmy się na to zgodzili, następnym pytaniem jest: jaki cel miał Bóg stwarzając świat w ten sposób? Aby odpowiedzień na to pytanie, musimy wziąć pod uwagę wszystkie "zbiegi okoliczności" wspomniane wcześniej w związku z zasadą antropiczną i warunkami występowania organizmów żywych. Wyraźne "dopasowanie" praw przyrody, niezbędne, aby we Wszechświecie mogły zrodzić się i przetrwać istoty żywe obdarzone świadomością, stwarza wyraźną sugestię, iż to właśnie Bóg tak zaprojektował Wszechświat, by możliwe było powstanie życia i świadomości. Oznaczałoby to, że istnienie nas samych we Wszechświecie stanowi zasadniczą część stwórczego planu Boga.
Lecz czy istnienie planu w konieczny sposób zakłada istnienie jego twórcy? John Leslie argumentuje, że tak nie jest. Jak pamiętamy, w jego teorii stworzenia świat powstał w wyniku "wymogu etycznego". Pisze on: "Świat istniejący w wyniku etycznej potrzeby mógłby być dokładnie taki sam, równie obfitujący w dowody działalności planowej, niezależnie od tego, czy potrzeba ta wymagała do swego urzeczywistnienia stwórczych aktów ukierunkowanej na dobro inteligentnej istoty, czy też nie". Krótko mówiąc, świat zrodzony przez dobro może jawić się nam jako planowy, nawet jeżeli faktycznie taki nie jest.
W książce The Cosmic Blueprint pisałem, że świat wygląda, jak gdyby rozwijał się według jakiegoś planu lub projektu. Idea ta jest (fragmentarycznie) wyrażona w schematyczny sposób na rysunku 12, gdzie rolę projektu (czy też kosmicznego programu komputerowego, jak kto woli) odgrywają prawa fizyki, wyobrażone w postaci maszynki do mięsa. Na wejściu mamy kosmiczne warunki początkowe, a na wyjściu zorganizowane struktury złożone, czyli rozbudowanie w głąb. Inna wersja tego schematu pokazana jest na rysunku 13, gdzie na wejściu mamy materię, a na wyjściu umysł. Zasadniczą myślą jest, że coś wartościowego powstaje w wyniku przetwarzania według pewnego z góry określonego zbioru reguł. Reguły te wyglądają, jak gdyby były dziełem istoty inteligentnej. Nie widzę, jak ktoś mógłby temu przeczyć. To, czy się wierzy, że zostały one naprawdę zaplanowane celowo, a jeśli tak, to przez kogo, musi pozostać już sprawą indywidualnych preferencji. Osobiście skłaniam się do przypuszczenia, że własności takie, jak przemyślność, oszczędność środków, piękno itp., mają naprawdę charakter trancendentny - nie są one wyłącznie wytworem ludzkim - i że własności te odzwierciedlają się w strukturze świata. Czy te własności są w stanie same z siebie powołać świat do istnienia, tego nie wiem. Gdyby tak było, można by uważać Boga wyłącznie za mityczną personifikację tych własności stwórczych, a nie niezależny czynnik sprawczy. Jasne jest, że nie zadowoliłoby to nikogo, kto uważa, że Bóg jest stroną relacji międzyosobowej.

Kim jest człowiek?

Czuję, że jestem w tym Wszechświecie u siebie.
Freeman Dyson

Czy szczere przyznanie, że nie ma dla nas żadnej nadziei na osiągnięcie poznania ostatecznego, oznacza, że wszelkie rozważania metafizyczne są bezwartościowe? Czy mamy przyjmować praktyczną postawę ateisty, który zadowala się przyjęciem, że Wszechświat jest mu dany jako taki, i zajmuje się katalogowaniem jego własności? Niewątpliwie wielu naukowców gwałtownie sprzeciwia się powoływaniu na argumenty metafizyczne, nie mówiąc już o mistycznych, w jakiejkolwiek postaci. Pogardliwie odnoszą się oni do przekonania, że mógłby istnieć Bóg, czy nawet jakiś nieosobowy czynnik stwórczy, czy też zasada bytu, pozwalająca na jakieś uzasadnienie rzeczywistości, by uczynić jej przygodne aspekty mniej arbitralnymi. Osobiście nie podzielam tej pogardy. Chociaż wiele metafizycznych i teistycznych teorii może się wydawać wydumanymi lub dziecinnymi, nie są one absurdalne bardziej niż przekonanie, że świat istnieje, i to istnieje właśnie w takiej postaci, bez żadnej racji. Wydaje się, że co najmniej warto spróbować zbudowania teorii metafizycznej, która w jakimś stopniu zmniejszałaby arbitralny charakter świata. Niemniej ostateczne racjonalne uzasadnienie świata w sensie stworzenia zupełnego zamkniętego systemu prawd logicznych jest prawie na pewno niemożliwe. Dostępu do wiedzy ostatecznej, do poznania ostatecznego uzasadnienia bronią nam te same reguły rozumowania, które wpierw skłaniają nas do poszukiwania takiego uzasadnienia. Jeżeli chcemy wyjść poza nie, musimy przyjąć inną koncepcję "poznania" niż poszukiwanie uzasadnienia na drodze racjonalnej. Możliwe, że poznanie takie da się osiągnąć poprzez mistykę. Sam nigdy nie miałem żadnych doświadczeń mistycznych, niemniej nie wzbraniam się przed uznaniem takich doświadczeń za wartościowe. Być może stanowią one jedyny sposób, by wykroczyć poza granice, do których doprowadza nas filozofia i nauki przyrodnicze, i jest to jedyna droga do Absolutu.
Zasadniczym wątkiem, którym zajmowałem się w tej książce, było to, że poprzez naukę my, ludzie, jesteśmy w stanie poznać przynajmniej niektóre sekrety przyrody. Udało nam się częściowo złamać kosmiczny szyfr. Dlaczego jest tak, że to właśnie Homo sapiens przypadła w udziale iskierka racjonalności, dająca klucz do świata, pozostaje niezgłębioną zagadką. My, którzy wyrośliśmy z tego Wszechświata jako ożywiony gwiezdny pył, jesteśmy pomimo to zdolni do refleksji nad jego naturą, aż po przebłyski poznania zasad, które nim rządzą. W jaki sposób zostaliśmy włączeni w ten kosmiczny wymiar, pozostaje tajemnicą. Jednak to, że tak się stało, jest faktem niezaprzeczalnym.
Co to oznacza? Kim jest Człowiek, skoro doznał takiego zaszczytu? Nie mogę uwierzyć, że nasze istnienie w tym Wszechświecie miałoby być jedynie kaprysem losu, przypadkiem w dziejach Wszechświata, malutkim omsknięciem w wielkim kosmicznym dramacie. W zbyt wielkim stopniu jesteśmy weń zaangażowani. Gatunek Homo sapiens jako taki może wiele nie znaczyć; jednak to, że na jakiejś planecie istnieją organizmy żywe wyposażone w umysł, jest bez wątpienia faktem o podstawowym znaczeniu. Oto, poprzez istoty świadome, Wszechświat wytworzył świadomość samego siebie. Świadomość ta nie może być nieistotnym szczegółem, bezwartościowym produktem ubocznym ślepych, bezmyślnych sił.
Naprawdę jesteśmy tu nieprzypadkowo.


Cóż, zapraszam do dyskusji. ;-)
Ostatnio zmieniony 16-05-13, 21:51 przez sajmun, łącznie zmieniany 1 raz.
Virtus in infirmitate.

rycho
Przyjaciel forum
Posty: 49
Rejestracja: 07-11-12, 20:58
Lokalizacja: Małopolska

Post autor: rycho » 16-05-13, 23:21

autora tego tekstu wysłałbym na Marsa :angel:
Bóg-Honor-Ojczyzna

Awatar użytkownika
KubaCh
Administrator
Posty: 1325
Rejestracja: 21-10-08, 09:10
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Post autor: KubaCh » 17-05-13, 09:35

rycho pisze:autora tego tekstu wysłałbym na Marsa :angel:
a tak konkretniej i z argumentami?

sajmun
Przyjaciel forum
Posty: 10
Rejestracja: 07-06-12, 20:19
Lokalizacja: Nowy Targ

Post autor: sajmun » 17-05-13, 21:32

rycho pisze:autora tego tekstu wysłałbym na Marsa :angel:
Dlaczego?
Virtus in infirmitate.

Awatar użytkownika
konik
Przyjaciel forum
Posty: 2390
Rejestracja: 16-12-10, 21:14
Lokalizacja: neunkirchen

od konika

Post autor: konik » 17-05-13, 21:40

Drogi sajmun - dobrze by bylo ( taka konska zachcianka ;-) ) , zebys ten tekst jakos "poszatkowal" i po kolei fragment opatrzyl wlasnym spojrzeniem, wowczas latwiej byloby sie rozpalic w dyskusji :->
Przyznam, ze nie wiem, do czego sie odniesc ... calosc jest obszerna ... a moze po prostu cizko mi sie mysli :oops:
Serdecznie pozdrawiam.
konik

rycho
Przyjaciel forum
Posty: 49
Rejestracja: 07-11-12, 20:58
Lokalizacja: Małopolska

Post autor: rycho » 17-05-13, 23:51

KubaCh nie mam żadnych argumentów. Po przeczytaniu "Czy Bóg jest bytem koniecznym"? nie czytałem dalej. Autor tych słów niech szuka sobie Boga na Marsie albo na innej planecie. Nie zastanawiam się nad tym, ja wierzę
Bóg-Honor-Ojczyzna

Awatar użytkownika
konik
Przyjaciel forum
Posty: 2390
Rejestracja: 16-12-10, 21:14
Lokalizacja: neunkirchen

od konika

Post autor: konik » 28-05-13, 14:27

Drogi rycho - pytania chyba mozna zadawac? Wielu ludzi ( niektorzy to nawet zostali swietymi w Kosciele) zamiast wysylac na marsa, zadali sobie pewne pytania i dzisiaj z odpowiedzi na te pytania mamy szereg rozwiazan technicznych przydatnych w zyciu. A nawet wiele nawrocen do Kosciola - gdyz nie kazdy akurat uwierzy teraz, lecz ma szanse uwierzyc , gdy zetknie sie z problemem Boga w swoim zyciu - konieczny jest Bog czy niekonieczny?
Pozdrowienia z konskiej stajni ( aktualnie stoi na ziemi ... nic nie wiem o kursie w kierunku marsa :-D
konik

rycho
Przyjaciel forum
Posty: 49
Rejestracja: 07-11-12, 20:58
Lokalizacja: Małopolska

Post autor: rycho » 28-05-13, 20:58

Witaj konik, z tym Marsem tak mi się nasunęło, bo gdzieś obiło mi się o uszy, że Paul Davies był zwolennikiem programu lotów na tę planetę (w jedną stronę). Może się pomyliłem, ale mylić się jest chyba rzeczą ludzką
Bóg-Honor-Ojczyzna

Awatar użytkownika
konik
Przyjaciel forum
Posty: 2390
Rejestracja: 16-12-10, 21:14
Lokalizacja: neunkirchen

od konika

Post autor: konik » 28-05-13, 21:46

:-)
Od razu widac, ze konie sa wyzszym etapem ewolucji, niz homo czemu sapiesz ...
Wciaz slysze, ze mylic sie jest rzecza ludzka, a nigdy nie obilo sie koniowi o uszy, ze mylic sie jest rzecza konska.
Jaki z tego wniosek? KONIE SA NIEOMYLNE.
I to jest bardzo optymistyczny akcent - z ktorego wynika nowy problem: czy spozycie siana przenosi sie na algebraicznie na wzrost nieomylnosci konskiej w koniu? A moze jest to zaleznosc logarytmiczna?
Cos czuje, ze wystrzela mnie zaraz na marsa ;-)
Serdeczne pozdrowienia.
konik

Anteas

Re: od konika

Post autor: Anteas » 29-05-13, 16:07

konik pisze:Wciaz slysze, ze mylic sie jest rzecza ludzka, a nigdy nie obilo sie koniowi o uszy, ze mylic sie jest rzecza konska.
Jaki z tego wniosek? KONIE SA NIEOMYLNE.
Ale nie wiadomo czy są nieomylne we wszystkich dziedzinach, czy tylko w decydowaniu o tym czy to siano czy owies mają jeść. Bo na ten przykład Papież jest co prawda nieomylny, ale tylko co do wiary katolickiej i Kościoła.
konik pisze:I to jest bardzo optymistyczny akcent - z ktorego wynika nowy problem: czy spozycie siana przenosi sie na algebraicznie na wzrost nieomylnosci konskiej w koniu? A moze jest to zaleznosc logarytmiczna?
Nie ma czegoś takiego jak wzrost nieomylności albo spadek. Albo jesteś niemylny albo nie. To tak jak z tym kamieniem co niby go Pan Bóg miał by nie unieść :-)
konik pisze:Cos czuje, ze wystrzela mnie zaraz na marsa ;-)
Jak byś pobierał lekcje latania :angel: u twojego kuzyna - pegaza, to byś sam doleciał :mrgreen:
Ostatnio zmieniony 29-05-13, 16:14 przez Anteas, łącznie zmieniany 4 razy.

rycho
Przyjaciel forum
Posty: 49
Rejestracja: 07-11-12, 20:58
Lokalizacja: Małopolska

Post autor: rycho » 29-05-13, 21:42

konik matematyczno-filozoficznych problemów nie rozwiązuję
Bóg-Honor-Ojczyzna

Andriej
Przyjaciel forum
Posty: 446
Rejestracja: 12-02-13, 16:05
Lokalizacja: Alpy

Post autor: Andriej » 04-06-13, 19:15

Jakto rycho nie rozwiazujesz ;-)
Przeciez za to, ze ktos w tekscie uzyl jakiegos okreslenia filozoficznego, chcesz wyslac go na marsa. A wiec na pewna teze odpowiedziales swego rodzaju antyteza.
A teraz sie wymigujesz :->

ODPOWIEDZ