Trwa aktualizacja forum. Pisać już można, skorzystajcie z opcji przypomnij hasło, gdyż hasła przepadły. Nowe hasło dostaniecie mailem, na email podany podczas rejestracji.

Czy kochający Bóg jest sadystą?

Teksty jakie zamieściłem w tym roku na swoich blogach: www.polonus.alleluja.pl, www.polon.us, www.hiob.us i www.jaskiernia.com
Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11136
Rejestracja: 24-10-07, 21:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Czy kochający Bóg jest sadystą?

Post autor: hiob » 17-01-05, 01:00

Wpisał się mi dzisiaj ktoś o nicku "spokojny" do księgo gości mówiąc: <font color=purple>

"Jeśli Bóg istnieje to nie jest sadystą i nawet ateista nie będzie cierpiał po śmierci. A jeśli do tego nie wierzy on w zycie po smierci to czemu się ma bać skoro mysli ze nic go za grobem nie czeka? ;) Przestań straszyc Hiobie bo mi to wygląda na straszenie dzieci czarownicą lub smokiem. To "dobre" dla naiwnych. Powtarzam, jesli Bóg istnieje to jest dobry i nie mamy się czego obawiać Jego zemsty czy innych prymitywnych reakcji, które nie leżą w Jego naturze. A dobrzy winniśmy być, nie dlatego ze sie piekła boimy, czy dla nagrody ale dlatego, ze chcemy dobrze dla bliźnich i ewentualnie z miłosci do Boga ( jesli ktos w Niego wierzy). Ale to wszystko może być nieprawdą jesli się mylę. Rozważcie to sami..."


Właśnie. Jak to jest? Czy Bóg, który jest miłością może być tak okrutny? Pytanie trudne, przynajmniej dla mnie. Ale ponieważ dość często ono pada, to napiszę co ja o tym myślę. Przede wszystkim musimy trochę posegregować ten wpis "spokojnego". Po pierwsze więc, jeżeli ateista nie wierzy w życie pozagrobowe, to na pewno się nie boi. Trudno się z tym nie zgodzić. Ale to w niczym nie zmienia obiektywnej rzeczywistości. Kierowca pędzący w nocy autostradą i dojeżdżający do niewidocznego mostu, który właśnie się zawalił, też się nie boi. Ale obiektywnie zaraz spadnie do rzeki. Subiektywnie dobre samopoczucie nie jest wystarczającym powodem do tego, żeby uznać to jako jakikolwiek argument w poszukiwaniu rzeczywistej, realnej i obiektywnej prawdy. Ja, jako chrześcijanin, mam obowiązek, wynikający z miłości bliźniego, do poinformowania kierowcy, że mostu nie ma. Poinformowania grzesznika, że pędzi do własnej zguby. Że śmierć niczego nie kończy. Że śmierć to dopiero początek prawdziwego życia.

Druga rzecz. Motywacja. Czy powinniśmy uznać w Bogu naszego Pana ze strachu? Czy to wystarczy? Oczywiście, że Kościół uczy nas, że powinniśmy Boga pokochać. Jest to przykazanie Boże. Przypomnijcie sobie tą rozmowę Jezusa z uczonym w Piśmie: <br><br> Zbliżył się także jeden z uczonych w Piśmie, który im się przysłuchiwał, gdy rozprawiali ze sobą. Widząc, że Jezus dobrze im odpowiedział, zapytał Go: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział: Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych. (Mk 12, 28-31)

Całe prawo, cała nauka chrześcijaństwa zawiera się w tych prawach miłości. Dlatego to właśnie nie wolno nam przechodzić obojętnie koło tych, co pędzą w stronę zwalonego mostu. Ale Kościół uznaje też fakt, że czasem nam trudno wzbudzić sobie tą miłość. Miłość do bliźniego jak siebie samego? Dlaczego nie? Przynajmniej teoretycznie, to proste. Ale miłość "całym sercem, całą mocą i całym umysłem"? A co z tymi, którzy "nie mają serca" dla Boga? Na pierwszy rzut oka nakaz miłowania Boga jest dużo mocniejszy, niż bliźniego. Ale jeżeli nie potrafimy wzbudzić w sobie tej miłości? Z tego co wiem, to przynajmniej w sakramencie spowiedzi Kościół dopuszcza żal za grzechy, zwany "niedoskonałym", którego motywacją jest strach przed karą. Ale taka motywacja ma być drogą do celu, którym jest miłość do Boga. Katechizm tak to przedstawia: <font color=Maroon>

1453. Także żal nazywany "niedoskonałym" (attritio) jest darem Bożym, poruszeniem Ducha Świętego. Rodzi się on z rozważania brzydoty grzechu lub lęku przed wiecznym potępieniem i innymi karami, które grożą grzesznikowi (żal ze strachu). Takie poruszenie sumienia może zapoczątkować wewnętrzną ewolucję, która pod działaniem łaski może zakończyć się rozgrzeszeniem sakramentalnym. Żal niedoskonały nie przynosi jednak przebaczenia grzechów ciężkich, ale przygotowuje do niego w sakramencie pokuty.


Biblia nas uczy:

Bojaźń Pańska jest szkołą mądrości, pokora poprzedza sławę. (Prz 15,33)

Miłość i wierność gładzą winę, bojaźń Pańska ze złych dróg sprowadza. (Prz 16,6)

Bojaźń Pańska jest początkiem przygarnięcia, a mądrość od Niego zdobywa miłość. (Syr 20,18)

Wynika z tego, że bojaźń, strach przed potępieniem powinien być początkiem drogi, która doprowadzi nas do prawdziwego Boga. Boga, który jest Miłością.

W ten sposób doszliśmy do największego pytania: Jeżeli jest On rzeczywiście miłością, to jak można przypuszczać, że skaże tych, co Go nie kochają na męki wieczne? Jak pogodzić taki okrutny wyrok z wizerunkiem Boga miłosiernego?

Przede wszystkim jest to problem, którym zajmowało się wielu wspaniałych teologów w historii Kościoła i ja tu w tak króciutkim tekście nie dam na pewno satysfakcjonującej i wyczerpującej odpowiedzi. Raczej napiszę tylko, co mi się narzuca od razu, gdy o tym myślę.

Po pierwsze problem wolnej woli. Pisałem już nie raz o tym. Ale jest to coś, co rzutuje na całe nasze życie. Tym się różnimy od zwierząt. W tym jesteśmy podobni aniołom i samemu Bogu. Gdyby nie wolna wola, bylibyśmy tylko zwierzętami. Ale wolna wola jest tylko wtedy wolna, jak ma rzeczywiście wybór. Gdyby odrzucenie Boga nie miało żadnych konsekwencji, gdyby nie było piekła, nie było kary za wybór zła, to nie tylko nie mielibyśmy wolnej woli, ale mielibyśmy straszliwą niesprawiedliwość. Każdy nasz wybór, zły czy dobry, w konsekwencji doprowadziłby do tego samego. A więc praktycznie to ci, co przeszliby po trupach innych całe życie, deptając, kradnąc i oszukując, łamiąc wszystkie inne ludzkie i Boże przykazania, uzyskaliby większą nagrodę. Nie dość, że mieliby lepsze materialnie życie, kosztem innych, to koniec tego życia byłby dla nich taki sam, jak tych, którzy żyli nie z innych, ale dla innych. Po śmierci Matka Teresa i Hitler razem cieszyliby się wiecznym szczęściem. Podałem nazwisko Hitlera przykładowo. Nie twierdzę, że jest on potępiony, bo Bóg każdy grzech przebaczy tym, którzy Go o to poproszą. Podałem go, bo jest on symbolem, ucieleśnieniem zła. Gdyby więc Bóg nasz taki nam stworzył świat, to właśnie taki świat byłby tworem sadysty, a nie Boga, który jest miłością.

Druga rzecz, jaka mi się nasuwa, to fakt śmierci Jezusa za nasze grzechy. Bóg nikogo nie skazuje na piekło i każdemu daje zbawienie. Ale nasze zbawienie, mimo, że jest darmowe, mimo, że jest prezentem, nie jest wcale tanie. Bóg sam zapłacił olbrzymią cenę za nie. Cenę najwyższą. Oddał swoje życie za nas. On, Bóg, za swe stworzenie. Nieprawdopodobne. Poniżył się na tyle, że stał się jednym z nas i oddał za nas życie w takiej formie, w takich okolicznościach, że trudno sobie wyobrazić bardziej poniżającą sytuację. Śmierć zarezerwowana dla niewolników, obdarty ze wszystkiego, resztek godności, wyśmiany, opluty, pozbawiony wszystkich dóbr materialnych- Bóg, Stworzyciel Wszechświata. Jeżeli to nie jest dowodem miłości, to ja nie wiem, co nim może być.

Inny aspekt, to samo piekło. Czym ono jest naprawdę? Mamy jakieś naiwne i głupie wyobrażenie o piekle, jako o kotle ze smołą, czy jeziorze ognia. Sama Biblia nam symbolicznie takie obrazy ukazuje, bo nie można znaleźć słów na to, co nas czeka po śmierci. Święty Paweł pisze, że "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują."(1Kor 2,9b) Podobnie z rzeczywistością piekła. Podajemy symbolicznie, że to ogień nieugaszony, bo ogień kojarzy nam się z cierpieniem. Ale ogień jest też symbolem miłości Bożej. Także czyściec jest ogniem:

I tak jak ktoś na tym fundamencie buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drzewa, z trawy lub ze słomy, tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień /Pański/; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest. Ten, którego dzieło wzniesione na fundamencie przetrwa, otrzyma zapłatę; ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę: sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień.
(1Kor 3,12-15)

Ten fragment Biblii musi mówić o czyśćcu, bo ukazuje rzeczywistość po śmierci, ukazuje rzeczywistość sądu i oczyszczenia w ogniu. Dzieła, które nie są miłe Bogu, spłoną, ich twórcy poniosą szkodę, ale sami ocaleją. Nie może więc to być wizerunek nieba, bo tam nikt szkody nie ponosi, ani nie odczuwa bólu, ale nie jest to też wizja piekła, bo Święty Paweł wyraźnie mówi, że osoba, która przeszła przez to oczyszczenie, ocaleje.

Mnie najłatwiej wyobrazić sobie rzeczywistość po śmierci w ten sposób: Bóg jest jak płonące, rozgrzane, wielkie słońce. Jego miłość jest tak gorąca. Nie ma miejsca w istniejącej rzeczywistości, gdzie ta miłość by nie docierała. Jest ona źródłem wszystkich innych miłości, źródłem całego istniejącego życia. Nasza miłość jest jak malutki płomyczek świeczki. Czasem się tli on mocniej, czasem słabiej. Czasem jest samoistny, a raczej podtrzymywany przez miłość Bożą, częściej jest od częścią "świeczki". Płonie nie dla Boga, ale dla naszych małych, samolubnych, egoistycznych miłości. Po śmierci ujrzymy tego wspaniałego Boga, tą czystą miłość. Wtedy ci, którzy są też płomyczkiem miłości, jak Matka Teresa z Kalkuty, jak Padre Pio, jak Maksymilian Kolbe, jak tysiące innych kanonizowanych świętych i miliony bezimiennych, ci połączą się od razu z Ogniem Miłości Boga. Zaznają takiego szczęścia, jakie jest wprost niewyobrażalne dla nas. <br><br>

Ci, których miłość nie jest taka czysta, taka bezinteresowna i pełna, będą się zbliżali do Boga powoli i nie bez bólu. Powoli, bo będą się musiały wypalić te wszystkie nieczystości. Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu - w piecu utrapienia. (Syr 3,5) Im bardziej kochamy Boga, a mniej dobra doczesne, tym szybsze i mniej bolesne będzie nasze zbliżenie się do Niego.

<br><br>Ale też jest grupa ludzi, którzy odrzucili Boga. On nikogo nie "wrzuca do piekła". To część z nas, zobaczywszy swe życie w świetle Bożej miłości, odejdzie od Niego. Niejako nawet wbrew Niemu. Bo Bóg niemalże szuka pretekstu, żeby nas zbawić. On nie potrafi nas przestać kochać. Miłość jest Jego naturą, nie wyborem. I to właśnie ta miłość jest, paradoksalnie, źródłem cierpienia. To trochę tak, jak po kłótni z najbliższą osobą, jej oznaki miłości są nam często przykre. Czy to będzie współmałżonek, czy rodzic, czy przyjaciel. Dopóki nam nie przejdzie złość, każda oznaka miłości jest nie do zniesienia. Coś, co zazwyczaj jest źródłem bardzo miłych odczuć, jak pocałunek, w takim momencie jest rzeczą wstrętną i sprawia przykrość. Tylko, że miłość Boga, która jest nieskończona, raz odrzucona, jest źródłem nieskończenie wielkich cierpień. Biblia, a zwłaszcza Nowy Testament, słowami samego Jezusa, uprzedza nie raz o tym, że cierpienie to jest wielkie. Nie bądźmy więc głupcami, nie odrzucajmy Boga. Nie jemu zrobimy na złość.

To doprowadziło mnie do kolejnego aspektu realności istnienia piekła. Jezus sam mówił o nim wielokrotnie. A wiemy, że On nigdy nie skłamał, On jest Prawdą. My często, znając tylko pobieżnie Biblię, mamy czasem wrażenie, że to Bóg Starego Przymierza był Bogiem okrutnym, a Jezus jest samym Miłosierdziem. Prawda tymczasem jest taka, że Bóg zawsze jest taki sam. Inaczej nie byłby Bogiem. Nasze poznanie Go przez wieki się zmienia, poznajemy Go coraz lepiej. Ale On sam jest niezmienny.I to właśnie Jezus w NT wielokrotnie mówi o piekle i ostrzega przed nim:

Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza.[...] Otóż jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny. (Mt 18;6,8) <br>
Węże, plemię żmijowe, jak wy możecie ujść potępienia w piekle? (Mt 23,32<br>
Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!
(Mt 25,41)<br>
Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. (Mt 26,24)<br>
Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.
(J 3,18)<br>
a ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia; ci, którzy pełnili złe czyny - na zmartwychwstanie potępienia.(J5,29)

Jest jeszcze problem osób, które nie zetknęły się nigdy z nauką o prawdziwym Bogu. Ale każdy z nas ma w sercu wyryte naturalne prawo. Co prawda człowiek współczesny tak jest skażony przez otaczającą go rzeczywistość: telewizję, czasopisma, filmy, fałszywi nauczyciele, że ten głos serca jest zupełnie przytłumiony. Ale ludzie żyjący w czasach, gdzie nie dało się oddzielić codziennego życia od otaczającej natury, łatwiej było ten naturalny głos Boga usłyszeć. Święty Paweł uczy:

Nie ci bowiem, którzy przysłuchują się czytaniu Prawa, są sprawiedliwi wobec Boga, ale ci, którzy Prawo wypełniają, będą usprawiedliwieni. Bo gdy poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające. (Rz 2, 13-15)

Czy to znaczy, że cała nauka Kościoła nie jest nam potrzebna? Że wystarczy się wsłuchać we własne serce? Niezupełnie. Przede wszystkim jeżeli ktoś myśli, że będzie to łatwiejsza droga do zbawienia, to już popełnił falstart. To właśnie chrześcijaństwo jest najprostszą i najpewniejszą drogą. A raczej sam Jezus. Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. (J 14,6) A że nie jest to droga łatwa? Cóż&#8230;nikt nam tego nie obiecywał. Pan Jezus nas ostrzega: Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują. (Mt 7,13-14) <br><br>

Ale na pewno, biorąc to wszystko, co napisałem, nie można powiedzieć, że Bóg jest niesprawiedliwy, czy że jest sadystą. Ja nie straszę smokiem. No, może uprzedzam przed nim. Smokiem nazwany jest szatan w Apokalipsie. Ale nie jest to straszenie małych dzieci. Sam Jezus uprzedza przed tą istniejącą rzeczywistością. Tylko, że wszystkie atuty są teraz w naszych rękach. To my wybieramy naszą przyszłość. To my mamy dostęp do wszystkich danych. To my możemy poznać prawdę. Biblia nie kosztuje już tyle, co cała wioska, jak to bywało w dawnych wiekach. Można ją za darmo ściągnąć z mojej stronki i zainstalować na swym komputerze. Bóg już nam dał dar zbawienia. My tylko musimy go przyjąć. Nie gębą, ale czynem. Nie pro forma, ale sercem. Oddajmy Mu nasze życie. To tak niewiele. I tak tylko dzięki Niemu je mamy. A nagroda, która będzie na nas czekała, przejdzie nasze największe oczekiwania.

Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

ODPOWIEDZ