Świadectwo Rafała

Moderator: Marek MRB

Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11190
Rejestracja: 24-10-07, 22:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Świadectwo Rafała

Post autor: hiob » 28-10-07, 11:40




</h2>
<br>
<h1>Świadectwo Rafała</h1>
Trudno mi zaczynać pisać o moim życiu, trudno zebrać myśli, ale postaram się to zrobić, bo chcę żeby wszyscy, którzy nie wierzą uwierzyli w obecność Pana.


Świadectwo Rafała.

Mam 23 lata, jestem studentem 4 roku. Moje życie nie było kiedyś takie jak jest teraz. Urodziłem się w rodzinie katolickiej, mam wspaniałych rodziców i siostrę. Zawszę mogę na nich liczyć, nigdy nie było w mojej rodzinie jakichś poważnych problemów. Zawszę jakoś żyliśmy w szczęściu i w radości. Pewnego dnia ja zacząłem być problemem, tzn. moje złe uczynki stanowiły ten problem.

Moja relacja z moim ojcem nigdy nie była dość dobra, ale wiedziałem że mnie bardzo kocha. On jakoś nigdy nie umiał okazać mi miłości i ja też nie umiałem mu tego okazać, teraz już wiem że przyczyną tego było jego wychowanie, bowiem moja babcia też jest dość oschłą osobą i nie umiała przelać tej miłości na swojego syna, a ojciec w perspektywie na mnie. Ja też nie jestem bez winy bowiem nie umiałem z nim rozmawiać.
Zupełnie inna jest moja matka, ona jest przeciwieństwem ojca w kwestii okazywania uczuć. Jej miłość matczyna jest wspaniała. Z racji tego że nie umiałem jakoś zbliżyć się do ojca, zacząłem szukać przyjaźni u innych mężczyzn.

Znalazłem przyjaciela - kolegę z roku. Byłem tak rozradowany jak nigdy dotąd. Czułem się wspaniale że mam kogoś komu mogę zaufać i znaleźć w nim oparcie. Moja radość nie trwała zbyt długo bowiem Wojtek, tak miał na imię, poznał dziewczynę i większość czasu spędzali razem. Mnie to początkowo strasznie denerwowało, chciałem mieć go na własność, tylko dla siebie. Rozmawiałem z nimi i powiedziałem co przeżywam. Wojtek zapewniał mnie że jego stosunek się nie zmienił wobec mnie i nadal jest moim przyjacielem. Jego zapewnienia nic nie dały, byłem strasznym egoistą, chciałem mieć go na własność. Czułem początki choroby nerwowej, pojawiła się depresja. Któregoś dnia nawet myślałem o tym ze ich zabiję.

Miałem ochotę kupić pistolet i zrobić to, bo nie umiałem sobie z tym poradzić. Z dnia na dzień tkwiąc w czterech ścianach słuchałem piosenek Ewy Demarczyk, wtedy bardzo mocno identyfikowałem się z jej piosenkami. Wszechogarniająca samotność i zamknięcie w sobie spowodowało, że trafiłem do psychiatry. Diagnoza lekarza brzmiała: depresja, nerwica, lęki społeczne. Bałem się ludzi, byłem bardzo przygnębiony nie widziałem sensu życia. Bóg nie istniał wtedy dla mnie. Czułem że jestem niepotrzebny nikomu i zacząłem myśleć o samobójstwie, a leki psychotropowe potęgowały te myśli. Chciałem nie obudzić się kolejnego dnia, chciałem umrzeć. Myślałem, że zażyję wszystkie tabletki, jakie są w domu i w końcu problem się rozwiąże.

Jedyną deską ratunku była dla mnie rodzina. Sama myśl o tym jak by się czuła moja matka jakbym popełnił samobójstwo powstrzymywała mnie przed tym krokiem. Z czasem zapomniałem o Wojtku żyłem z dnia na dzień. Mój dzień to uczelnia dom i spanie. Spałem często, bo tabletki psychotropowe mają działanie uspokajające a ja brałem je znacznie częściej niż zalecił psychiatra. Czułem ogromny żal do świata! Dlaczego mnie to spotyka? Jestem do niczego! Z czasem jakoś powoli mijały myśli samobójcze, przestałem brać leki. To oczywiście nic nie zmieniło mojego nastroju, ale wiedziałem, że tak być nie może. Często prosiłem Boga o pomoc, ale On był głuchy na moje wołanie.Po tych wszystkich doświadczeniach nie dałem za wygraną i nadal szukałem bratniej duszy.

Wpadłem w środowisko homoseksualistów. Czułem się bardziej dowartościowany, poznałem wiele osób. Prócz tego, że czułem się szczęśliwy z tego powodu, że mam przyjaciół to czułem też do nich pociąg seksualny. I stało się najgorsze. Prawie każda nowa znajomość kończyła się na współżyciu. Nie myślałem, co robię, nie uważałem tego za coś złego, wiedziałem, że jestem szczęśliwy, bo mam oparcie w tym środowisku. Jednak po każdym stosunku seksualnym miałem ogromną niechęć do siebie, czułem się strasznie, zadawałem sobie pytanie: "co ja robię?" Nie szanowałem ani siebie ani swojego ciała. Ten okres trwał kilka miesięcy aż w końcu rodzice dowiedzieli się o tym co robię. Rodzice byli bardzo zasmuceni.

Ojciec bardzo to przeżył, powiedział że jeżeli nie skończę z tym to pochowam go w niedługim czasie na cmentarzu. Mama każdego wieczoru płakała i błagała: Synu nie rób tego, pomódl się do Jezusa i proś o uleczenie! Mówiła że takie zachowanie nie są wrodzone, to wynik błędów wychowawczych i środowiska do którego trafiłem. Po mnie wszystko spływało jak po kaczce, nie miałem ochoty na rozmowy z matką, nie wzruszało mnie co mówił ojciec. Twierdziłem że to ja jestem szczęśliwy więc odczepcie się ode mnie i dajcie mi spokój. I tak uciekały miesiące w których Boga nie było, nie było rodziny, ja byłem najważniejszy dla siebie, nie wzruszał mnie płacz matki. I nagle coś się stało!

Ojciec przez cały ten czas modlił się do Boga by wyrwał mnie z tego w czym tkwię. Nie wiem co się stało ale stopniowo porzuciłem środowisko homoseksualistów, wyrzuciłem wszystkie numery telefonów do moich byłych pseudoprzyjaciół. Poszedłem do księdza bo wiedziałem że nie mogę tak dalej żyć. Czułem przez cały ten czas że Jezus czuwa nade mną i chce mnie wyrwać z rąk szatana. Chciałem poznać Boga, pierwszy raz wyznałem na spowiedzi ten grzech a jak wstałem od konfesjonału poczułem ogromną ulgę. Po jakimś czasie zacząłem czytać ewangelię, tak przypadkowo trafiła mi do ręki. Ale jeszcze była daleka droga do Pana.

Życie sakramentalne w tamtym czasie to sporadyczna spowiedź nie mówiąc już o Komunii Świętej. Pewnej niedzieli, jak była Eucharystia, zadałem sobie pytanie: "Dlaczego ja nie mogę jej przyjąć, ja też chce"! Ale ciągłe obawy i słaba wiara przeszkadzały mi w przyjęciu Pana.Moje wszystkie doświadczenia nawrócenia przeżyłem właśnie w świątyni. W październiku wyjechałem na studia do Krakowa. Szybko poznałem miasto, kolegów i koleżanek z roku nie znałem więc trochę się nudziłem. Wiedziałem że w Krakowie był papież, że odwiedził Łagiewniki i sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Pewnego dnia tak nudząc się w domu, wziąłem plan miasta poszukałem Łagiewniki i wsiadłem w tramwaj. Nie jechałem tam do Boga ale z czystej ciekawości.

Naglę zobaczyłem przed oczami ogromną budowlę, pełno ludzi i ja sam jak palec. Nikogo nie znałem. Gdzieś daleko w głębi duszy czułem opiekę jakiejś mocy, ale nie zwracałem większej uwagi na to. Pomodliłem się (a raczej wyklepałem Ojcze Nasz) obejrzałem świątynie i wróciłem do domu. Ale Pan nie dał za wygraną. Byłem tam jeszcze kilka razy. Teraz wiem że to był początek końca złego życia. Z racji tego że studia w Krakowie nie były tym czego oczekiwałem i bardzo tęskniłem za domem wróciłem do mego miasta rodzinnego. Czułem, że nie mogę tak dalej żyć, że musze zaufać Panu.
Pewnej niedzieli, gdy byłem na Mszy Świętej, poczułem bardzo dziwne uczucie. Dookoła było pełno ludzi, a ja ich nie widziałem, czułem jak moje ciało ogarnia jakaś dziwna moc, przechodziły mnie dreszcze. Bardzo przeżyłem tą Mszę. Takie doświadczenia zdarzały się bardzo często. Teraz już wiedziałem kto mnie wyratował z opresji i kto zesłał na mnie taką moc - to Bóg. Ale nadal byłem jakiś nieufny wobec tego wszystkiego.

Pewnego dnia mój znajomy wyznał mi swój wielki problem. Ja bardzo poruszony tym wziąłem po raz pierwszy od lat dziecinnych do ręki różaniec i zacząłem wołać do Matki o pomoc dla niego. Płakałem jak małe dziecko. Po paru dniach kolega powiedział, że jakoś się unormowało. Ja wiedziałem że Maryja wstawiła się do Pana o pomoc i to On mu pomógł. Któregoś dnia trafiła mi do ręki książka wydana z okazji wizyty Jana Pawła II do Polski, książka nosiła tytuł Święta Siostra Faustyna i Boże Miłosierdzie.

Kiedyś obejrzałem polski film "Faustyna" i bardzo mnie poruszył. Bardzo spodobała mi się rola którą zagrała Dorota Segda. Film był jakąś iskierką nadziei. Zacząłem czytać książkę, najbardziej interesowały mnie przesłania Jezusa skierowane do Faustyny. Potem szukając czegoś w internecie znalazłem wiadomości o Faustynie i bardzo dużo tego co zapisała w swoim Dzienniczku. Przeczytałem o wizji piekła, czytałem rozmowy Jezusa z duszami. Szczególnie rozmowy z duszą w rozpaczy wywarły na mnie wrażenie. Zrozumiałem że ja tez mogę skorzystać z Miłosierdzia Bożego. I tak się stało. Sakrament pokuty był tego początkiem. Potem zacząłem odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia i z dnia na dzień czułem się radośniejszy, czułem że mam siłę do życia. Ale przychodziły chwile zwątpienia.

Pewien zielonoświątkowiec zasypał mnie zarzutami skierowanymi pod adresem Maryi, kultu obrazów, a najbardziej zezłościł mnie tym co powiedział o Faustynie. Jego słowa brzmiały: "Faustyna była nawiedzana przez szatana który przybrał postać Jezusa", ja nie mogłem zrozumieć co on mówi. W odpowiedzi na to powiedziałem mu że skutkiem działania szatana jest zło, a sam Pan Jezus nakazał Faustynie oddać się Bogu i Jego Miłosierdziu. Czyżby szatan mógł tak postąpić? Z pewnością nie! Ale on nie dawał za wygraną, cały czas zarzucał mnie swoimi listami w których wskazywał jaki to Kościół Katolicki jest zakłamany itd. Początkowo myślałem że się obronię przed tymi zarzutami ale moja wiara i siła były słabe. Wieczorem usiadłem w pokoju i gorzko zapłakałem, bo ktoś mi mówi że to co kocham tego nie ma, a ja nie umiem się obronić przed tym. Czułem się bardzo źle. Tą całą znajomość z tym człowiekiem odczytałem jako działanie szatana który chce mnie znowu zabrać od Pana. Już nawet byłem bliski załamaniu ale wiedziałem że nie mogę się poddać. Porozmawiałem z księdzem na temat tych pseudo zarzutów i byłem już spokojny.

Całe to zamieszanie z tym człowiekiem miało miejsce w okolicach Świąt Wielkanocy a więc w szczególnym czasie dla mnie. Z jednej strony tajemnica zbawienia i zmartwychwstania Jezusa, a z drugiej czekające na mnie sidła szatana. Nie poddałem się! Zakończyłem znajomość i wszystko ucichło. Modliłem się o spokój serca i radość życia. I rzeczywiście tak było! Na takiej gorliwej modlitwie trwam od ponad miesiąca i widzę ogromne skutki działanie Jezusa w moim życiu. Przede wszystkim uzdrowił mnie ze złych skłonności, dał mi spokój i radość serca, obdarzył mnie prawdziwym przyjacielem który wszystko o mnie wie i pomaga mi każdego dnia.

Całkowicie porzuciłem środowisko homoseksualistów i nie chcę mieć z tym już nic wspólnego. Teraz jest mi szkoda tych ludzi! Jezus obdarzył mnie takimi darami i łaskami o jakie nawet nie prosiłem. Poznałem dobrych ludzi którzy pomagają mi. Wiem że nie miał bym tego gdybym nie zaufał Jemu, gdybym nie zrobił pierwszego kroku. Kocham Jezusa za to co mi dał. Nie znaczy to że nie ma już chwil zwątpienia, one są, to jest pewne doświadczenia, a może zbyt dużo otrzymałem i teraz jestem już oślepiony Jego obecnością. Najważniejsze jest jednak by się nie załamywać nigdy, nawet jeśli nie czuję obecności Jezusa to i tak wiem że jest, On nie ześle nigdy na człowieka takiego cierpienia by człowiek tego nie zniósł. Bóg czasami nas doświadcza cierpieniem by zobaczyć jak my postąpimy. Czy porzucimy ten krzyż czy będziemy trwać w modlitwie i dzielnie go nieść.

Moja wiara nie jest jeszcze doskonała i nigdy pewnie taka nie będzie.Napisałem ten list dla tych wszystkich ludzi, którzy nie widzą sensu życia, są załamani, albo czują że mają tyle grzechów że nie są już godni przyjść do Pana. Uwierzcie mi!!! Im więcej waszej słabości i beznadziei tym szybciej powinniście pójść do Jezusa i modlić się do niego. On właśnie pomaga takim biedakom, takim załamanym. On jest zawsze z nami ale to my Go odrzucamy.

Nie wiem może uznacie to co napisałem za zmyśloną historie i bajkę, to już wasza sprawa. Ja wiem jedno - w największym cierpieniu idę do Pana, biorę różaniec i odmawiam Koronkę do Bożego Miłosierdzia i wiem że pomaga. Nie bójcie się Pana, On przyjdzie wam z pomocą. Wiem, że gdyby nie te wszystkie moje doświadczenia życiowe nie bym był tym kim jestem, wszystko miało sens, to dało mi wiele do myślenia. Bez tego nie nawróciłbym się nie poznałbym Jezusa. On żyje w nas. Żyje w drugim człowieku, którego spotykamy, On jest radością życia. Nie ustawajcie na modlitwie i nawet gdyby tak było ze już nie wierzycie w Niego, módlcie się, korzystajcie z Eucharystii a przyjdzie taki dzień że pojawi się światło i radość. Pozdrawiam każdego kto wysłuchał tego. Mam nadzieje że moje świadectwo pomoże zatroskanym, smutnym i wątpiącym.

Rafał, maj 2003 r




Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

ODPOWIEDZ