Ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa.

Teksty jakie zamieściłem w tym roku na swoich blogach: www.polonus.alleluja.pl, www.polon.us, www.hiob.us i www.jaskiernia.com
Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11141
Rejestracja: 24-10-07, 21:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa.

Post autor: hiob » 20-12-07, 06:17

Gdy boli nas głowa, gdy się źle czujemy i poskarżymy się naszym bliskim, często usłyszymy w odpowiedzi: "Ofiaruj to". Bardzo dobra rada, nie wątpię, ale co ona tak naprawdę ma oznaczać? Jaką wartość ma ofiarowanie Bogu naszych cierpień, naszego bólu? Czy Bóg tego rzeczywiście potrzebuje? Zastanówmy się nad tym.

Jest pewien bardzo interesujący fragment Listu do Kolosan. Święty Paweł pisze tam:

Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół. (Kol 1,24).

Werset bardzo trudny do zrozumienia. Dla każdego z nas, ale szczególnie dla protestantów. Dla nich cierpienie nie ma żadnej wartości, może poza budowaniem charakteru. Czasami wręcz jest dla nich oznaką małej wiary. Bo jak ktoś ma wiarę i z tą wiarą będzie prosił Boga o zdrowie, to Bóg go uzdrowi, prawda? Cóż, niekoniecznie. Jeżeli wierzyć temu, co pisze święty Paweł, to nie zawsze jest to prawda.

Cierpienie ma wielką wartość. Ale nie samo z siebie, ale właśnie przez złączenie z cierpieniem Jezusa. Jezus, ponieważ jest Bogiem, zmienia wszystko, czego dotknie swą obecnością. Na przykład gdy zostajemy ochrzczeni wodą, otrzymujemy odpuszczenie wszelkich grzechów i stajemy się członkami Kościoła, Ciała Pana Jezusa. Ale to jest możliwe dlatego, że Jezus pierwszy dał się ochrzcić. Jednak w przypadku Jego chrztu to nie woda miała wpływ na Jego Osobę, ale raczej On uświęcił wodę. Chrzest Jezusa dał wodzie moc oczyszczania ludzi. Bez tego woda co najwyżej mogłaby zmyć z nas trochę brudu.

Podobnie z cierpieniem. Cierpienie samo w sobie jest złem. Nie jest czymś, czego oczekujemy i nie jest czymś, czego powinniśmy pragnąć. Sam święty Paweł chciał uniknąć cierpienia, które towarzyszyło jego życiu:

Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował - żebym się nie unosił pychą. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie (2 Kor 12,7-8)

Dopiero więc wtedy, gdy zobaczył Paweł, że Bóg nie wysłucha jego próśb o wybawienie z cierpienia, z radością je przyjął. Przyjął, by je ofiarować Bogu. Ale cierpienie ma wartość tylko dlatego, że zostało "uświęcone" przez cierpienie Boga-Człowieka, naszego Pana, Jezusa Chrystusa.

Ale o jakich "brakach udręk Chrystusa" mówi apostoł? Czy cierpienia naszego Pana na Krzyżu nie były wystarczające? Czy Pan Jezus może za wcześnie umarł? Za mało otrzymał uderzeń biczem? Dlatego musimy uzupełnić te cierpienia, bo im czegoś brakuje?

Oczywiście, że nie o to tutaj chodzi. Cierpienia Jezusa na Krzyżu były niewypowiedzianie wielkie. Nie można wręcz ich mierzyć ludzką miarą. Jezus bowiem miał na sobie jarzmo wszystkich naszych grzechów i ból, jaki On ofiarował Ojcu za nasze grzechy jest wręcz nie do opisania. To nie w cierpieniu Pana Jezusa były "braki udręk", które musiał uzupełnić święty Paweł, ale w cierpieniu Jego Ciała, którym jest Kościół.

Najpiękniejszym, najpełniejszym symbolem miłości Jezusa do nas jest krzyż. A krzyż składa się z dwóch belek: Poziomej i pionowej. Obie są bardzo ważne i bez żadnej z nich nie byłoby krzyża. Ta pionowa symbolizuje nasz osobisty stosunek do Boga. Nasze indywidualne modlitwy. Nasze "sam na sam" z Panem Bogiem. I ten aspekt jest bardzo podkreślany wśród wszystkich chrześcijan. Katolików i protestantów. Ci ostatni jednak często mają problem ze zrozumieniem poziomego aspektu symboliki krzyża. Co prawda u nich wspólnota parafialna, wspólnota osób należących do jednego zboru jest zazwyczaj nawet silniejsza niż w parafiach katolickich, ale jest to wspólnota w zupełnie innym wymiarze.

Protestanci bardzo duży nacisk kładą na jedność rodziny parafialnej. Słowa "parafialny" , z braku lepszego słowa, używam tu w znaczeniu "członków jednego zboru". Nie mają bowiem oni takich parafii, jak w Kościele Katolickim. U nich po nabożeństwie nikt nie leci pędem na parking, żeby wyjechać spod kościoła, zanim się zrobi tłoczno przy wyjeździe, jak to często widać w naszych kościołach. Niektórzy katolicy czasem nawet przed ostatnim błogosławieństwem księdza lecą na parking, czy przystanek tramwajowy. Tam po ostatnich słowach pastora nikt się nie spieszy. Wszyscy się spotykają, często mając wspólne śniadanie, rozmawiają, tworzą jedną wielką rodzinę.

To bardzo piękny zwyczaj i my, katolicy, moglibyśmy troszkę z niego przejąć. Smutne trochę, że w wielu parafiach, zwłaszcza w dużych miastach, ludzie chodzący do tego samego kościoła przez lata nic o sobie nie wiedzą. Można i trzeba by tu troszkę popracować nad tym. Przecież wszyscy jesteśmy braćmi. I oczywiście uogólniam tutaj, a więc z pewnością krzywdzę niektórych. Na pewno są wspólnoty protestantów, gdzie nie jest tak różowo, jak opisałem powyżej i z pewnością są kościoły katolickie, gdzie wierni tworzą zgraną wspólnotę. Ale w większość z nich, obawiam się, wiele można by w tej dziedzinie poprawić.

Ja jednak uważam, że mimo iż takie łączenie się w rodziny na poziomie parafialnym jest bardzo ważne, to znacznie ważniejsze jest coś innego. Mianowicie uświadomienie sobie, że my, członkowie Kościoła, tworzymy wszyscy Ciało Jezusa. I wiedząc, że dla zbawienia nas wszystkich On ofiarował swoje Ciało na Krzyżu, zauważamy tu bardzo ważną zależność. Dzięki Jego cierpieniu nasze zbawienie stało się możliwe, ale ono wcale nie zastąpiło naszego cierpienia. Ono tylko nadało naszemu cierpieniu sens.

Czy każdy z nas otrzymał przez śmierć Jezusa zbawienie? Tak i nie. Każdy ma je potencjalnie, ale nie jest ono automatyczne. Każdy z nas może je odrzucić. Zbawienie jest darem, ale darem, który musimy przyjąć. Bóg nikomu nie będzie się narzucał ze swoją ofertą Nieba. I choć na pewno pragnąłby On, by każdy z tej oferty skorzystał, to jednak wiemy, że będą osoby, które ją odrzucą i wybiorą inną drogę. Ale jak to jest możliwe? Czy ludzie są rzeczywiście tak głupi, by odrzucić taki piękny dar? Cóż, niestety tak, bo przyjęcie daru Pana Boga czasem wiąże się z wielkim kosztem.

Pan Jezus nas uczy:

Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują. (Mt 7,13-14)

Oraz:

Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. (Łk 21,12a)

Zostaliśmy uprzedzeni. Czekają nas prześladowania, czeka nas ciasna brama i wąska droga. Czekają nas udręki i są one konieczne, by zbawienie nasze było możliwe. A szatan pokazuje nam świat bez cierpienia. Kolorowy, pełen beztroskiej zabawy. Ale choć szatan kusi mówiąc: "Na pewno nie umrzecie" (por. Rdz3,4), to tylko wąska droga z Jezusem prowadzi do życia. A szatan jest kłamcą.

Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. (J 14,6)

Ale, może ktoś powiedzieć, mimo, że wielu świętych cierpiało bardzo w swej ziemskiej pielgrzymce, to nie brakuje i takich, którym Bóg nie dał cierpienia. Wielu zbawionych będzie spośród ludzi zdrowych, bogatych, szczęśliwych także w ludzkim rozumieniu tego słowa. Dlaczego więc jedni mają tak, a inni inaczej? Myślę, że odpowiedzią na to jest właśnie zrozumienie czym jest Ciało Jezusa. Czym jest Kościół. Ten werset Listu do Galatów rzuca nam trochę światła:

Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe. (Ga 6,2)

Ponieważ tworzymy jedno Ciało, to nasze cierpienia są wspólne. Gdy pomyślimy o takich świętych, jak choćby Padre Pio, mający niezwykle bolesne stygmaty, rany podobne tym, jakie miał Pan Jezus i miał je przez 50 lat, to wiemy, że nie były one konieczne do zbawienia tylko jego osoby. On i tak prowadził święte życie. Ale te cierpienia Ojca Pio ofiarowane Kościołowi, ofiarowane Jezusowi umożliwiły zbawienie bardzo wielu osób.

Dlaczego jednak taka "niesprawiedliwość" ze strony Pana Boga? Dlaczego jeden z nas ma całe życie lekko, a inni tak cierpią? Nie wiem. Wiem jednak, że Bóg z pewnością nie jest niesprawiedliwy. Teraz możemy tego nie widzieć, możemy czasem nawet się buntować, ale kiedyś zobaczymy, jak wielkim darem jest cierpienie ofiarowane Bogu. A czemu tylko niektórzy je otrzymali? Może te słowa apostoła Pawła nam dadzą odpowiedź:

Wszyscyśmy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, [aby stanowić] jedno Ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem. Ciało bowiem to nie jeden członek, lecz liczne [członki]. Jeśliby noga powiedziała: Ponieważ nie jestem ręką, nie należę do ciała - czy wskutek tego rzeczywiście nie należy do ciała? Lub jeśliby ucho powiedziało: Ponieważ nie jestem okiem, nie należę do ciała - czyż nie należałoby do ciała? Gdyby całe ciało było wzrokiem, gdzież byłby słuch? Lub gdyby całe było słuchem, gdzież byłoby powonienie? Lecz Bóg, tak jak chciał, stworzył [różne] członki umieszczając każdy z nich w ciele. Gdyby całość była jednym członkiem, gdzież byłoby ciało? Tymczasem zaś wprawdzie liczne są członki, ale jedno ciało.
[…] Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie, współweselą się wszystkie członki. Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami.
(1 Kor 12,13-20,26-27)

To z rozdziału dwunastego Pierwszego Listu do Koryntian, a rozdział trzynasty to oczywiście znany nam wszystkim Hymn o Miłości. Nie jest przypadkiem, że sąsiaduje on z tekstem mówiącym czym jest członkostwo w Ciele Chrystusa.

Do czego jednak Bogu jest potrzebne nasze cierpienie? Jemu do niczego. On nie potrzebuje nic, będąc bytem doskonałym. To my potrzebujemy cierpienia. Potrzebujemy go, by zrozumieć, jak wielką cenę zapłacił Bóg za nasze zbawienie i potrzebujemy go, by pokazać sobie samym, ile warte są nasze deklaracje o naszej miłości. Łatwo się wielbi Boga, gdy się jest zdrowym, młodym i bogatym. Ale jak przychodzi cierpienie, jak przychodzi czas próby, to nasza wiara często tego egzaminu nie chce zdać. Jednak dopóki samej próby nie doświadczymy, nie wiemy, ile jesteśmy warci, Cierpienia pomagają nam więc pogłębić naszą wiarę i stać się bardziej podobnymi Bogu.

Niedawno na jakimś forum podałem przykład, jaki znam od Scotta Hahna. Opowiadał on, że obserwował kiedyś sąsiada, który kosił trawnik przed domem, a jego malutki synek z plastikową kosiarką-zabawką plątał mu się pod nogami, przeszkadzając w pracy. Po chwili więc tata podniósł malca jedną ręką, drugą trzymając kosiarkę, a chłopiec, z szerokim uśmiechem na twarzy, chwycił rączkami prawdziwą kosiarkę obok ręki taty i pomyślał cały szczęśliwy: "Koszę trawę z tatusiem". Tata natomiast zapewne myślał: "Kocham tego szkraba". Czy tacie było łatwiej kosić w taki sposób? Na pewno nie. Czy "praca" synka pomogła cokolwiek? Oczywiście, że nie. Wręcz przeszkadzał on w szybkim wykonaniu pracy. Ale co z tego? Tu nie chodziło o pracę, ale o miłość.

Podobnie jest z naszym cierpieniem. Czy pomaga Bogu, gdy my cierpimy? Jemu nie. Jemu przeszkadza. On cierpi razem z nami. Ale doświadczenie to jest konieczne dla nas, bo uczy nas, jak bardzo nas Bóg umiłował. Uczy nas, jak wielką cenę zapłacił On za nasz grzech i uczy nas jak złą rzeczą ten grzech jest.

A wracając do krzyża chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na jeden aspekt tego symbolu. Na miejsce, gdzie się łączą obie belki krzyża. Ta pionowa, kierująca naszą uwagę do Boga i ta pozioma, wskazująca na naszą społeczność, "eklezję", na komunę wiernych. I tym miejscem, które jest w samym centrum Krzyża jest właśnie Komunia Święta. Eucharystia. Wspólny posiłek, który jednoczy nas przy jednym stole, przy jednym ołtarzu. Posiłek, dzięki któremu stajemy się jednym Ciałem. Ale także Posiłek, dzięki któremu jednoczymy się w niezwykły, wręcz intymny sposób z Jezusem.

Kielich błogosławieństwa, który błogosławimy, czy nie jest udziałem we Krwi Chrystusa? Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa? Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba. (1 Kor 10,16-17)

Wszystko zatem sprowadza się do miłości. A miłość jest zaprzeczeniem egoizmu. Miłość nie może być sama. Miłość nie jest miłością dopóki nie jest dawana i otrzymywana. Bóg, który jest Miłością, nie jest sam, ale jest Trójcą Świętą, bo nie można kochać będąc samotnikiem. I właśnie ta miłość umożliwia nam zrozumienie słów św. Pawła i powtórzenie za nim:

Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół.
(Kol 1,24).

A więc… Ofiarujmy to Panu Bogu. I róbmy to z radością. :-)
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

ODPOWIEDZ