Trwa aktualizacja forum. Pisać już można, skorzystajcie z opcji przypomnij hasło, gdyż hasła przepadły. Nowe hasło dostaniecie mailem, na email podany podczas rejestracji.

Nie wystarczy uwierzyć. Trzeba jeszcze siąść w taczkach.

Teksty jakie zamieściłem w tym roku na swoich blogach: www.polonus.alleluja.pl, www.polon.us, www.hiob.us i www.jaskiernia.com
Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11136
Rejestracja: 24-10-07, 21:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Nie wystarczy uwierzyć. Trzeba jeszcze siąść w taczkach.

Post autor: hiob » 11-01-08, 04:45

Święta, święta i już po. Aż trudno uwierzyć, że tłusty czwartek już za trzy tygodnie, a do Środy Popielcowej zostało 26 dni. Najkrótszy karnawał od niemal stu lat. A ja, jak zwykle spóźniony, chciałem napisać coś o święcie, jakie było w ostatnią niedzielę. Chodzi oczywiście o Święto Trzech Króli.

Co prawda najprawdopodobniej nie byli to wcale królowie i nie jest też pewne, czy było ich trzech, ale tradycja, ta przez małe "t" tak utrzymuje i nawet nadała im imiona Kacper, Melchior i Baltazar. Być może dlatego myślimy, że było ich trzech, bo Biblia wspomina o trzech darach, jakie przynieśli. Jednak wcale nie jest pewne, czy każdy z nich przyszedł z innym darem. Mogło być ich dwóch, mogło być więcej. Niemal pewne jest także, że nie byli to królowie, ale raczej magowie, astrologowie, czy mędrcy z Persji lub krainy Medów.

Nie jest też wcale pewne, że odwiedzili oni Jezusa w stajence. Raczej jest to wręcz mało prawdopodobne. Tekst Biblii sugeruje, że przybyli oni znacznie później i odwiedzili Świętą Rodzinę już w domu. Bowiem po narodzinach Jezusa, gdy tłumy przybyłe w związku ze spisem ludności rozjechały się do domów, nie było już powodu, dla którego Józef nie mógłby znaleźć jakiegoś znacznie przytulniejszego locum dla swej rodziny. Skoro pochodził on z Betlejem, zapewne miał tam jakiś krewnych i jest całkiem prawdopodobne, że pozostał tam jakiś czas, zamiast narażać Maryję i nowo narodzone dziecko na uciążliwą powrotną drogę. Zobaczmy sami co podaje nam Biblia:


Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. […] Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał /oprawców/ do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. (Mt 2, 7-12,16)

Jak widzimy Mędrcy "weszli do domu", nie do stajenki, a oszukany Herod "kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców." Czyli Biblia potwierdza, że Święta Rodzina mogła zamieszkać w Betlejem dłużej. Może niekoniecznie aż dwa lata, Herod "na wszelki wypadek" mógł pozabijać nawet starsze dzieci, ale chyba możemy przyjąć, że mieszkali tam co najmniej kilka, czy kilkanaście miesięcy. Możliwe jest też, że gwiazda ukazała się na niebie dopiero w momencie narodzin Pana Jezusa, a w tamtych czasach wędrówka z Persji do Palestyny zapewne mogła zająć wiele tygodni. A przecież mędrcy nie ruszyli tego wieczora, kiedy ujrzeli gwiazdę. Zapewne długo sprawdzali najpierw co to za fenomen powstał na niebie. Pamiętajmy, że to były czasy przed powstaniem Internetu, więc poszukiwania takie były dość pracochłonne.

Jest jeszcze jeden aspekt historii Narodzenia Pana Jezusa i odwiedzenia Go przez Mędrców, na który chciałem zwrócić uwagę. Mianowicie chodzi o wiarę i o to, co z nią zrobimy. Wielu protestantów, zwłaszcza fundamentalistów i "Evangelical Christians" uważa, że człowiek jest zbawiony tylko przez wiarę i zarzuca nam, katolikom, że my chcemy sobie "zapracować na niebo". Ale Biblia wyraźnie uczy, że sama wiara, wiara abstrakcyjna nie ma żadnej zbawczej mocy. Święty Jakub wręcz mówi:


Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz - lecz także i złe duchy wierzą i drżą. Chcesz zaś zrozumieć, nierozumny człowieku, że wiara bez uczynków jest bezowocna? (Jk 2,19-20)

W opowiadaniu o narodzinach Pana Jezusa mamy trzy, lub może nawet cztery postawy ludzi, którzy uwierzyli, że Jezus jest Mesjaszem. Niekoniecznie wiedzieli do końca co to oznacza, ale byli przekonani w swych sercach i w swoim rozumie, że jest to Król Żydowski. Jednak to, co zrobili ze swą wiarą różni ich diametralnie.

Pierwszą grupą byli pasterze:

W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do nich: Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie. I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania. Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili nawzajem do siebie: Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił. Udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie.
(Łk 2,8-20)

Im wiara została "podana na talerzu", sami aniołowie im oznajmili narodziny Zbawiciela. I gdy tylko się to stało, "udali się z pośpiechem" do żłóbka by oddać cześć Jezusowi. "Wielbili i wysławiali Boga" za to, co się stało i czego byli świadkami.

Mędrcy ze wschodu nie mieli żadnych odwiedzin anielskich. Sami musieli szukać, badać księgi, ale jak swą wytrwałą pracą doszukali się prawdy o przyjściu Mesjasza, zareagowali tak, jak pasterze. Niezwłocznie ruszyli w długą i uciążliwą drogę, aby oddać cześć nowonarodzonemu Królowi.

Herod, gdy przyjął Mędrców, zaczął ich rozpytywać o czas ukazania się gwiazdy. Zapytał też arcykapłanów i uczonych ludu:


Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok. (Mt 2,4-5)

Mamy tu dwie kolejne postawy. Zarówno uczeni i arcykapłani, jak i Herod uwierzyli, że narodził się Mesjasz. Ale uczeni po prostu przekazali swą wiedzę Herodowi, nie biorąc jej do serca. Wiedza ta nie miała żadnego wpływu na ich życie, na ich wewnętrzną postawę.

A Herod? On, niestety, także uwierzył, ale to tylko spowodowało u niego chęć pozbycia się "rywala". Z historii wiemy, że Herod zamordował swą własną matkę i synów, bo obawiał się, że chcą oni pozbawić go tronu. Nie dziwi więc, że gdy dowiedział się o narodzinach Króla Żydowskiego, zareagował w taki sam sposób.

No, a my? Do której z tych grup my się zaliczamy? Ale tak naprawdę? Niektórzy z nas otrzymali wiarę jak pasterze. Może nie całkiem objawili nam prawdę o Mesjaszu aniołowie, ale opowiedzieli nam o Nim rodzice, babcie, katecheci. Inni dochodzili do poznania prawdy o Jezusie długimi latami. Nieraz dalej szukają, nie będąc pewnymi. Innym opowiedzieli o Nim "uczeni ludu". Jeszcze inni są tymi "uczonymi". Teologami, katechetami. Ale co robimy z tą naszą wiarą?

Czy udajemy się niezwłocznie do Jezusa oddać Mu pokłon i zaczynamy żyć nauką, którą On nam przekazał? Czy też nasza wiara, nasza wiedza o Nim jest czysto akademicka i nie ma żadnego praktycznego wpływu na nasze życie? Czy może wręcz zwalczamy Go, na przykład aktywnie i głośno negując nauczanie Kościoła. Zapytacie co ma krytyka Kościoła wspólnego z Jezusem? Moim zdaniem wiele. Bo Kościół nie tylko nieomylnie przekazuje nam naukę Jezusa, ale jest Jego mistycznym Ciałem.

Bo nie wystarczy uwierzyć, że Jezus jest Synem Bożym. Nikt nie pozostanie do końca niedowiarkiem. Uwierzą w Niego nawet najwięksi sceptycy, materialiści i ateiści. Uwierzą w Niego jak Go spotkają w momencie śmierci. Ale to nie wiara zbawia. Nie taka wiara. Jezusa musimy przyjąć do naszych serc i postępować według Jego nauki. Taka wiara jest żywa i tylko taka wiara ma zbawczą moc.

Najpopularniejszy werset wśród Evangelical Christians i fundamentalistów to niewątpliwie J 3,16:


Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.

Często jest on cytowany jako dowód, że wystarczy uwierzyć i nic więcej nam nie trzeba. Ale, jak wszyscy wiemy, tekst bez kontekstu jest co najwyżej pretekstem. Zobaczmy co dalej mówi nam Święty Jan:

Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. (J 3,17-21)

Skoro więc uwierzyliśmy, "spełniajmy wymagania prawdy" i nie bądźmy jak ci ludzie, co "bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło". Bo prawdziwą, żywą wiarę poznaje się nie po tym, co kto wie, ale po tym, co robi z tą wiedzą. A żeby lepiej zilustrować różnicę, opowiem anegdotkę, którą kiedyś uslyszałem. Anegdotkę o prawdziwej wierze.


Nad Niagarą rozciągnięto linę i jakiś cyrkowiec postanowił przejść po tej linie nad przepaścią wodospadu. Zebrały się tłumy i głośno go dopingowały. "Naprawdę wierzycie, że potrafię to zrobić?" zapytał. "Wierzymy, wierzymy", odpowiedziały tłumy. Cyrkowiec przeszedł, po czym zapowiada: "A teraz przejdę w drugą stronę, tym razem z zawiązanymi oczami. Wierzycie, że to zrobię?" "Wierzymy" krzyczał tłum. Artysta ponownie przeszedł nad przepaścią i znowu mówi: "Teraz trzecia, najtrudniejsza próba. Przejdę z zawiązanymi oczami, bez tego pręta pomagającego utrzymać mi równowagę, ale za to pchając przed sobą po linie taczki z siedzącym w nich człowiekiem. Wierzycie, że to zrobię? Wierzycie, że mi się uda?" "Wierzymy, wierzymy" odpowiada podekscytowany tłum. "Wspaniale. W takim razie potrzebuję do taczek jednego ochotnika".

Właśnie. Jaka jest więc nasza wiara? Czy naprawdę jesteśmy gotowi siąść w tych taczkach? A jeżeli nie, to dlaczego? Pomyślmy o tym.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

ODPOWIEDZ