Królowa Śniegu, wąska droga i przepis na dobre Święta.

Teksty jakie zamieściłem w tym roku na swoich blogach: www.polonus.alleluja.pl, www.polon.us, www.hiob.us i www.jaskiernia.com
Awatar użytkownika
hiob
Administrator
Posty: 11157
Rejestracja: 24-10-07, 21:28
Lokalizacja: Północna Karolina, USA
Kontakt:

Królowa Śniegu, wąska droga i przepis na dobre Święta.

Post autor: hiob » 25-12-08, 17:25

Ostatni tydzień był dla mnie niesamowitą karuzelą. Dwanaście dni temu dostałem towar do Laredo w Teksasie i ruszyłem w swoją ostatnią przed Świętami trasę. Zabrałem domowy chlebek, upieczony przez moją kochaną Grażynkę i w drogę.

[center]Obrazek Obrazek [/center]

Wiele czasu, łatwa droga. Myślałem, że w tydzień obrócę i spokojnie będę czekał na ten wspaniały, świąteczny dzień. Niestety w Laredo nie było żadnych ładunków powrotnych i jedyne, co mi się udało znaleźć to ładunek do Eugene w stanie Oregon. Ale to jest na drugim końcu świata, nad Pacyfikiem. Ciągle nic straconego, ciągle sporo czasu i sporo cebuli czeka w Oregon na przewiezienie do Atlanty i Charlotte. Ruszyłem więc na północny zachód. Jednak wkrótce wszystko się zaczęło walić. Królowa Śniegu chciała chyba, bym nie miał Świąt w tym roku. I nagle wszystko, co mogło się źle potoczyć, toczyło się źle.

Autostrada I-5 idzie wzdłuż wybrzeża Pacyfiku i na północ od Los Angeles przechodzi przez niezbyt wysoką przełęcz, Tejon Pass. To tylko 1250 metrów nad poziomem morza, a szerokość geograficzna tego miejsca jest taka jak Cypru, Krety, czy Casablanki, więc śnieg nie jest tam codziennym zjawiskiem, ale tego dnia spadło go akurat tyle, że drogę zamknięto zupełnie na 12 godzin.


[center] Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek [/center]

Przespałem się więc wraz z tysiącami innych kierowców w pobliskim miasteczku, przestawiany przez lokalną policję kilka razy, a o świcie ruszyłem w dalszą drogę. Królowa śniegu ciągle jednak nie dawała za wygraną.

Na granicy Kalifornii i Oregonu znowu są góry i tam pada niemal zawsze. W lecie deszcz, w zimie śnieg. Jednak ponieważ służby drogowe się tego tam spodziewają, droga zwykle jest przejezdna, ale wymagane są łańcuchy na kołach. Więc zaczęła się moja przygoda z łańcuchami. Czterokrotnie musiałem zakładać je na ciężarówkę. Sześć kół: Cztery zewnętrzne opony ciągnika i po dwie opony naczepy. A jest to, uwierzcie mi, ciężka fizyczna praca. Na mrozie, w topniejącym śniegu kapiącym z naczepy za kołnierz, klęcząc w ciapie solno-śnieżnej mieszkanki i użerając się z durną materią, która w żaden sposób nie chce z nami kooperować. A po założeniu łańcuchów trzeba przejechać kilkaset metrów i zatrzymać się, naciągnąć je lepiej, poprawić, bo inaczej łatwo się je zgubi.


[center] Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek [/center]

Wielu kierowców po prostu zatrzymało się na poboczu i czekało na lepszą pogodę, ale dla mnie taka opcja nie wchodziła w grę. Musiałem zdążyć na piątek do Eugene, by mieć jakąkolwiek szansę na zobaczenie rodziny w Święta. A przez te niespodziewane i wyjątkowo obfite opady śniegu podróż, która miała być spacerkiem stała się uciążliwą, wyczerpującą walką z pogodą i czasem. Czas, który miałem poświęcić na odpoczynek, na spanie, na pisanie życzeń świątecznych straciłem na walkę z łańcuchami i złą Królową Śniegu.

Do tego doszła dodatkowa trudność: Wczesna fala mrozów na Środkowym Zachodzie. Cebulę można wozić na naczepie każdego rodzaju. Nie jest zazwyczaj wymagana lodówka, jedynie otwory wentylacyjne. Gdy jednak ma być -20 stopni mrozu, to nawet mając piecyk w naczepie nie da się uratować cebuli przed zmarznięciem. Towar, na który liczyłem, uciekł i trzeba było szukać czegoś innego. Udało się po wielu godzinach szukania znaleźć ładunek do Joplin w Missouri na poniedziałek i obietnicę, że stamtąd będzie coś do Północnej Karoliny na środę. Dwie trudności z takim planem wynikały z faktu, że do Joplin jest z Oregonu 3400 km, a środa to już Wigilia Bożego Narodzenia. Ale nie było specjalnie wyjścia, trzeba było się cieszyć, że w ogóle coś jest. Głównie, że jest ciągle nadzieja, że Święta będą rodzinne.

W Oregon ciągle padało. To miasto nad samym oceanem i zwykle ocean wystarczająco łagodzi klimat, by tam były opady deszczu, ale w ostatnią sobotę sypało w najlepsze. Ja się załadowałem dopiero późnym popołudniem i nie mając wiele czasu do stracenia ruszyłem w ten śnieg. Musiałem jeszcze dwukrotnie zakładać tego dnia łańcuchy. W sumie sześć razy. Więcej w ten jeden dzień, niż w sumie w czasie moich poprzednich 30 lat za kierownicą. Ale już się nawet nie złościłem, nie denerwowałem. Zacząłem się wręcz śmiać. Cóż mi zresztą innego pozostawało?


[center] Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek [/center]


Dalej już było nieźle, choć mróz trzymał, a pech się wcale nie skończył. W ostatnią niedzielę Adwentu byłem na mszy w Rawlins, w Wyoming i po Mszy zobaczyłem, że mam dziurawą oponę. Jednak mimo niedzieli udało się ją naprawić. Straciłem jednak kolejne godziny cennego czasu.

[center] Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek [/center]

Dojechałem do Joplin, rozładowałem się, zabrałem kolejny ładunek z okolic Kansas City i nawet udało się dobrać jeszcze jakiś dodatkowy towar z Kentucky. W Kentucky jednak Królowa Śniegu jeszcze raz pokazała, że chce, by to do niej należało ostatnie słowo.

Gdy ruszyłem w drogę, zaczęło padać. Zwykły, wydawałoby się, deszcz, ale termometr pokazywał minus dwa stopnie. I kto nie skojarzył tych faktów, szybko zakończył jazdę, bo droga momentalnie zamieniła się w lodowisko.


[center] Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek [/center]

Znowu kierowcy się zatrzymywali, ale dla mnie nie była to możliwa opcja. Musiałem jechać. Nie przekraczając więc 20 km/godzinę ostrożnie posuwałem się na południe, gdzie po kilkudziesięciu kilometrach ociepliło się na tyle, że deszcz przestał marznąć. I dalej nie było już żadnych przeszkód mojej podróży.

[center] Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek [/center]

Piszę o tym, by się jakoś wytłumaczyć. Otrzymałem dziesiątki, a może nawet setki życzeń od Was wszystkich. Gadu gadu, email, skype, prywatne wiadomości na forum i życzenia w nowym wątku, jaki ktoś na forum założył. Nie odpowiedziałem nikomu. Naprawdę nie miałem czasu. Ale chciałbym Wam tutaj i teraz wszystkim serdecznie podziękować i za życzenia i za modlitwy w intencji mojego szczęśliwego powrotu do domu.

Jednak dzień Bożego Narodzenia jest dopiero dzisiaj, więc nie jest jeszcze wcale za późno na życzenia. Życzę więc Wam wszystkim wiele dobrego. Zdrowia i miłości w rodzinie. Prawdziwej miłości, a nie fałszywego "ciepełka", które szybko wymarza i odchodzi w przeszłość i o którym mówił Paweł Wdówik we wtorkowej audycji "Bądź zimny, bądź gorący" w Radiu Józef. Nie dajmy się Królowej Śniegu, ani żadnemu innemu wcieleniu kudłatego. Jezus nam przyniósł prawdziwą Miłość. Życzę Wam wielu Bożych błogosławieństw. I wiele sił na pokonywanie trudności, jakie nas czekają. Bo czekają one każdego z nas. Ale z Nim, z nowonarodzonym Synem Bożym, pokonamy każdą trudność.

Pan Franek Kucharczak napisał mi w liście z życzeniami bardzo mądre słowa:


"Z okazji urodzin Pana Jezusa życzę Ci szerokiej drogi tylko dla samochodu. Poza tym życzę drogi wąskiej, czyli tej, po której świadomie idziesz. Ona prowadzi najpierw do stajenki a potem do nieba. Pamiętasz ten tekst o Tobie w MGN? Nazwałem go "kierowany kierowca". Tak sobie myślę, że Maryja niczego nie zakładała - przyjęła Jezusa. Tylko tyle - a On wywrócił świat na właściwą stronę. Ona całe życie pozwalała sobą kierować. Życzę, żebyś chodził z Panem Jezusem i jeździł z Panem Jezusem. A jak trzeba, to i siedział z Panem Jezusem."

Cóż, jeśli chodzi o to, czy ja już chodzę po wąskiej drodze, to chyba pan Kucharczak mnie ocenia zbyt optymistycznie. Pewnie ocenia po sobie. Ja tam jestem bardzo szybki w uciekaniu do drogi szerokiej i łatwej. Ale łatwo zapamiętać, że to ta wąska prowadzi do nieba. I pewnie dlatego pierwsze święto, jakie mamy w liturgicznym kalendarzu po Bożym Narodzeniu w naszym Kościele to Świętego Szczepana, który oddał za wiarę w Jezusa swe życie.

Jednak dziś ciągle mamy radosny dzień Narodzin Pana Jezusa, więc przytoczę jeszcze jeden świąteczny przepis, jaki podał nam na forum misjonarz w Hiszpanii, ksiądz, którego znamy pod pseudonimem "xsa":


PRZEPIS NA DOBRE ŚWIĘTA. Składniki: 50 dag modlitwy, 1 kg wiary w Pana Jezusa, 20 dag oczekiwania, 20 dag radości, 12 dag życzliwości, 1 spowiedź, 1 dag miłości oczyszczonej, 2 łyżki ofiarności. Przepis: Modlitwę wymieszać z miłością oczyszczoną i wiarą, zrobić zagłębienie i wlać życzliwość. Zagnieść ciasto i rozwałkować na grubość około 3 mm. Wycinać kształty jakie kto potrafi i lubi. Ciastka piec w nagrzanym miłością, dobrocią i ciepłem piekarniku - przez około 10 minut. Po paru dniach można je dowolnie ozdabiać dobrymi uczynkami.

Przepis trudny, ale każdy z nas powinien go spróbować. Może na początku nam wyjdzie zakalec, ale jak będziemy wytrwale próbować, za którymś razem na pewno nam wyjdzie coś wspaniałego. Zwłaszcza, gdy je przyozdobimy dobrymi uczynkami. Czego i Wam życzę. Wszystkiego dobrego! Wesołych, radosnych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!

Piotr Jaskiernia z rodziną.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

ODPOWIEDZ